Da Lat

QyQumpndxqRGaGIWrX

xnUhp111sp5PzJFEWX

uEiW2f7LuBrPsDAGVX

yY7fmQiNMEYc3zRnfX

fCHwbCAtWU60rzxPJX

G54Lr6M5Umioa3PBeX

fzSxKVTL9zBUxQTyOX

Lqit8hQDyyvVHBdskX

SpdKMxKiMJhEDsCMnX

RH8cBcub8XurNQ5npX

erVDpJiTq4qPm3rfqX

PytX2tbiBys14J7kQX

R9kdgOa2DdSl8CagJX

ATX4RCVsGk227w8bCX

Do Da Lat nie chcę jechać turystycznym autobusem. Jadę więc na dworzec autobusowy i kupuję bilet. Nie jest zbyt tani, ale autobus jest znacznie wyższej klasy niż się spodziewałam. W autobusie są 3 rzędy na wpół leżących siedzeń. Rzeczywiście nie ma innych cudzoziemców poza mną, ale nie o taki autobus mi chodziło.

Da Lat to miejscowość znajdująca się w górach, położona w kotlinie na wysokości 1220 mnpm. Takie niby góry, niby miasto. Jest tu jezioro wokół którego spaceruję i bardzo ładny kwiatowy ogród. Dużo czasu spędzam czytając książkę w kawiarniach. W okolicy jest kilka wodospadów, ale nie da się tam dojechać transportem publicznym. W wegetariańskiej restauracji dostaję danie z wegetariańskim mięsem. Co to w ogóle jest? Jeśli to nie jest mięso, a wygląda jak mięso (nie wiem jak to smakowało) to musi to być jakiś chemiczny produkt. Fuj. Następnego dnia sama robię sobie obiad:)

Cho Hi Minh City (Saigon), Viet Nam

fNcf0XKTaLaV8x8fZX

rATDvEYtndbQ9txpGX
j4SECNEOW7rwhRnthX
ocpOTs6cazJViPHdiX
Y0Z7XdL26QqrKPm4xX
3Z1aGHCSmr4wX8gfQX

Im3AGcwL0jvhXfbFEX

9V9NC7snWaWyeutWxX

PzBA4lUaIeAs80etsX

7dw74tDvbEWemaVppX

oi4zc3fYiYssK5C5kX

o2Rbv5I07w4ABFxTfX

93JPIEAGFGIuM51bXX

ZJnbsxq0S9cVo2iK0X

VJWJyiTzyOolG65EQX

SFOxtDda7EJVdxeq4X

XTlapmFUtaBvVOVJ7X

rNKdag6evQ7OAXMSmX

LqGZ1NxqFtgYa72ZbX

Tym razem wybieram się na lotnisko odpowiednio wcześniej i nie muszę biec z obłędem w oczach. Gdy rano wychodzę z hostelu to jest tak zimno, że leci mi para z ust. Na lotnisku mam sporo czasu żeby poczytać książkę:) Mam miejsce przy oknie. Ze zgrozą widzę, że kobieta z dzieckiem siada koło mnie. Usadawia małego chłopca pomiędzy nami. A przede mną na 2 siedzeniach siedzą 2 małe dziewczynki. Matka zapięła pas chłopcu, ale przez dość długi czas nie ruszamy z miejsca, jest kolejka do startu. Jak samolot zaczyna kołować, ona rozpina dziecku pas i bierze na kolana. A chłopiec był na tyle duży, że miał swoje miejsce. A potem zaczęło się. Kopanie fotela przed nim (na szczęście tam siedziała jedna z dziewczynek, która sama wyczyniała różne głupoty. Wrzeszczenie, na szczęście nie zbyt głośno. Powtarzanie po dziesięć razy tego samego. Jak mnie pierwszy raz kopnął to ostro zareagowałam i potem matka go raczej pilnowała. Potem ułożyła go do snu. Ja próbowałam spać. Jak on się rozpychał i mnie kopał to od razu się wybudzałam. Ciekawe jak rodzice to znoszą, ciągłe dotykanie, kopanie, szarpanie za rękę, nogę, ubranie, powtarzanie mama, mama, bez końca (albo czegoś innego). Na szczęście dziadkowie siedzący z tyłu wzięli go na większą część lotu. Matka dawała mu jakieś mleczne napoje w kartonikach do picia, a on co chwile puszczał bąki:( Niektóre dzieci normalnie się zachowują. I nawet jak chwilę płaczą to mi to jakoś bardzo nie przeszkadza. Zdarzą się, że mnie też bolą uszy przy lądowaniu, więc rozumiem (choć wtedy nie drę się i nie płaczę). W samolotach powinna być strefa dla osób podróżujących z dziećmi. We własnym natężeniu hałasu, dotyku, kopniaków i zapachów. Przy lądowaniu też nie był przypięty pasem, stał obok babci. A dwie dziewczynki przede mną, siedziały na jednym fotelu, też nie przypięte i z uciechą podnosiły i opuszczały zasłonę okna.

Na lotnisku w Cho Hi Minh City wizę dostaję po kilku minutach. Kiedy patrzę na swoje oblicze w lotniskowej łazience to stwierdzam, że potrzebuję prysznic, krem na twarz i sen – co najmniej tyle, zestaw minimum. Mimo to chłopak sprzedający bilety w autobusie mówi, że jestem bardzo ładna:)

No, to jest rzeczywiście Sajgon, jak się popatrzy na ruch uliczny:)

Prawie robi się ciemno jak docieram do hostelu. Na obiad jem pizzę, która chodziła za mną od tygodni:)

W dorm jest 6 3- piętrowych łóżek, czyli miejsce dla 18 osób. Ledwo jest gdzie plecak postawić 🙂

Pierwszego dnia odwiedzam najbliższą okolicę. W Sajgonie, ogólnie, nie ma aż tyle do zobaczenia. Wykupiłam 3 noclegi, żeby znów zaaklimatyzować się do tropików zanim ruszę w dalszą drogę.

Nad głową kłębowisko kabli, znów noszę japonki, piję wodę kokosową a we włosach mam cudnie pachnące kwiaty z mojego ulubionego drzewa – Welcome to my favourite part of Asia.

Idę do Independence Palace. Trafiam na przerwę w środku dnia o czym informuje mnie stojący obok facet i mówi welcome to my home:) Pałac jest duży, architektonicznie niezbyt piękny, ale symboliczny. Z frontu można odczytać kilka chińskich znaków, jeśli ktoś zna chiński i wie gdzie szukać 🙂 Umeblowanie jak z PRL 🙂 Gdzieniegdzie meblościanki.

Muzeum wojny robi na mnie duże wrażenie. Niezbyt często w czasie tej podróży chodzę do muzeów. W czasie wojny po użyciu przez Amerykanów bomb chemicznych i gazów bojowych bardzo dużo osób zostało poparzonych. Przez lata po wojnie, aż do tej pory rodzą się straszliwie zdeformowane dzieci. Na ścianach jest wiele, zapadających w pamięć zdjęć.

W Sajgonie oglądam Star Wars i podoba mi się bardziej niż się spodziewałam.

Wietnam (Socjalistyczna Republika Wietnamu) to państwo w południowo wschodniej Azji na półwyspie Indochińskim. Stolicą jest Hanoi. Rozmiarowo Wietnam jest niewiele większy od Polski a populacja to 91 milionów osób.

Cho Hi Minh (dawniej Sajgon) położone jest na południu Wietnamu. Jest to najludniejsze miasto w Wietnamie.

 

Seoul po raz ostatni

pjvWOuuQHLNoC0BPCX

KOlTojqaZNHZlDf4kX

Y1r1RwFImtVgcL4h8X 

9w0QuDnA1ONuaeDZQX

vULohtkgLpO2wZcOaX

ZdGWTtwtyLrwF6fvoX

wdSTt8hLYaYaGGZaiX

erSGbgcOyCgxYxasaX

CCtAjpWsJvWNvZh6SX

ralx5dnfQrzXMehtNX

WeuPbWaimhrX4ZVGQX

74VhbqSSzpK4Y2zSpX

Rano wyjeżdżam z Gyeongju. Macham na miejski autobus pomiędzy przystankami, a i tak miły kierowca się zatrzymuje:) Przy dworcu autobusowym w Gyeongju dostrzegam Hot Time Hotel;) Nic nowego w Azji, tej bogatej. Wczesnym popołudniem dojeżdżam do Seulu. Jest dość zimno. Spaceruję i robię zdjęcia. Przypominam sobie, że mam wydrukować jakieś papiery do wietnamskiej wizy. Dość długo szukam kawiarenki internetowej. Znam tylko takie z biedniejszej części Azji. Te z Indii czasem przypominają muzeum komputerów. A w Seulu znajduję miejsce gdzie są dziesiątki stanowisk. Większość zajętych. Przed wielkimi ekranami siedzą nastolatki i większość gra w jakieś wojenne gry. W drukowaniu musi pomóc mi ktoś z obsługi, bo menu jest po koreańsku. Drukuję formularze i list przesłany mi przed pośrednika wizowego – opcja dla tych co nie mogą aplikować w ambasadzie. I okazuje się, że to list zbiorczy, z nazwiskami i numerami paszportów, datami urodzenia i narodowością kilkunastu innych osób starających się o wizę. Nie wiem co na to przepisy o ochronie danych osobowych.

Próbuje hotteok – pyszny drożdżowy placuszek smażony na oleju. Zjadam trzy 🙂

Na stoiskach ulicznych mnóstwo ładnych skarpetek:)

W hostelu powódź, pękła jakaś rura i przenoszą nas na inne piętro. Trochę zimniej, ale jest woda w kranie:)

Wieczór nieoczekiwanie spędzam w towarzystwie jednego z właścicieli, który najpierw trochę dogląda mojego gotującego się makaronu, a potem godzinami gadamy o podróżach, bo on i jego żona wkrótce wybierają się w podróż dookoła świata.

 

Gyeongju

ucQaDK6WwnoVJ3htjXk4QSt6aDnQ5KdfHneX

1bIjFgOCWFFyTV3HaX

Y6PCb6g7HZ42moe9HX

TMzAZabPVhaAwaDE4X

VXxkR8KCa7sm4sSrwX

j85kobeXVElUWrK7NX

gGCk0qSbiO4IP8L5iX

KO6xIEsxFkAODcM69X

PwxTWLldNYLw2D8TsX

bYxv7kKMICbRoWzL8X

hunc6KmaWeTZat2aLX

5awTtbuPhZqX33WbjX

Lz48aWW4jf7wETvqxX

PQ3aAOxAGvvJj0btHX

fg8pNbF0NbNd7NmUjX

tT4CJDkiiO5wiKtbbX 

Budzę się o nieludzkiej godzinie (szóstej rano) by złapać autobus do Gyeongju. Zostawiam duży plecak w hostelu i po raz pierwszy od miesięcy podróżuję light 🙂 Po 4 godzinach docieram do tego miasta położonego na południu Korei. Mieszka tu niecałe 270 tyś osób. Siąpi, więc cały dzień chodzę z parasolką. Najpierw łażę trochę po mieście w poszukiwaniu poczty i działającego bankomatu. Potem idę do Daereungwon Royal Tombs (królewskich grobów). To park z pagórkami, w których znajdują się groby. Potem idę do Cheomeongdae Obserwatory. Jest to najstarsze obserwatorium astronomiczne we wschodniej Azji. Wieczór spędzam w hostelu. Za oknem pada deszcz, w środku cieplutko, piję zielona herbatkę, a wokół świąteczne dekoracje.

Drugiego dnia jadę do buddyjskiej świątyni Bulguksa. Pogoda jest ładna. Teren świątyni dość rozległy, budynki piękne. Spaceruję tam przez długi czas. Potem idę do Muzeum. Mnóstwo starej ceramiki, ozdób złotych i srebrnych.

Oglądam animowany film, rekonstrukcję jak kiedyś wyglądało Gyeongju. Między VII a X wiekiem było stolicą państwa Silla, które obejmowało 2/3 powierzchni półwyspu koreańskiego. 

Odwiedzam Donggun and Wolji (Anapji Pond). Jest to sztuczny staw. Był częścią kompleksu Wschodniego Pałacu, w czasach królestwa Silla.

W Gyeongju, tak jak w Seulu jest mnóstwo kawiarni i restauracji.

Historyczne dzielnice miasta zostały wpisane na listę Światowego Dziedzictwa Unesco w 2000 roku.

 

Seoul po raz drugi

 

vdiZVNfVHItvxDaWxX

Xt4UAZWZndGtea7lxX

YWsd9WgtylaN6uOOtX

XbavPsdQvVnaRy5IWX

YUDwMrp9DIrg6TnajX

uzKjFt7JNCDmWzBRPX

hTIbBU8lVpOk0zjvQX

bs9gxcEB9CUb5tA7cX

m0brCuBwyD5N96ul5X

VQOjIWpoKPaEYabqyX

9Lm0WSbC8BadNvOpnX

ZbZCi5x2bSJ6e0a6AX

AZYNfKpKDGXpCaBI5X

uuaa1UJDki5xZeDiCX

xL2PJlInCBSVMdbAFX

0GRouQ3VxxFBiSiRUX

kjlwIrfM73MOPLEr3X

pcUy4L1FrZalYDRIeX

Koleje 2 dni włóczę się po mieście. Zaglądam do Katedry Myeongdong. Spaceruję ulicami Myeong-dong i Insa-dong, gdzie jest mnóstwo sklepów. Podziwiam jedną z bram miasta Sungnyemun. Jak wiele historycznych budynków została zniszczona podczas japońskiej okupacji i w czasie wojny koreańskiej.

W Olympic Park jest Mongchontontoseong Fortress. To trasa niecałych trzech kilometrów po forcie . Piękna okolica. Czasem ma się wręcz wrażenie, że to nie miasto.

Świątynię Jongmyo można zwiedzać tylko z przewodnikiem. Fajnie, bo więcej można się dowiedzieć niż z czytania tablic. Z ciekawostek, kamienna ścieżka na terenie świątyni ma 3 części. Środkowa część jest przeznaczona tylko dla duchów przodków i nie można po niej chodzić. W budynkach świątyni znajdują się spirit tablets (tabliczki przodków) królów i królowych. Ale tylko tych zasłużonych zostały na stałe umieszczone w świątyni. Inne po jakimś czasie były przenoszone do innych świątyń.

W Seulu jest mnóstw kawiarni i restauracji. Poznana w hostelu Francuzka, która przez rok studiowała w Seulu powiedziała mi, że do niektórych restauracji nie wpuszczają jednej osoby. Muszą być co najmniej dwie:)

 

Seoul, South Korea

qKhFLivW5dLMPzgPPX

 IaVT5oyqfpmWCsoDDX

zb4RZaawxw3ocLuCXX

kyrI4kOObbUecaUjVX

I0e9ad8bnT1XANU3bX

qGschGhVWFosN3vTlX

SwhTpmLSYLby2hLt4X

9PmUXMC1rwbFrSJsCX

SGMOCbuaQwsdOZT5bX

kIOsoeS7KguHObUViX

cF5WREN95so5FmIzUX

Dd2hF4KpQR2QRO30oX

yqOYAG3qOxactviIKX

zykZOdkZXaTSrJPSrX

NWD6hWaUfFTHYDaPlX

uX0VPq5d67MDQw3NKX

lxIAgc6tBm3hRb3AiX

tbo86JTi3WfokfPilX

1NOrFKNy4kGIdc3IGX

Tsha7LFBkvpF1WBKoX

bIs2RszmPGWO6mgCwX

7emb0CZFzJtGx3bXJX

8rUBDMFiOSzq3tqG6X

KTMBNAwiBJHSxa6GFX

qpUdptj9BSsNyiwZfX

bo4a03XYjzmbH25MaX

JwGyevbmIdwCbvf3zX

Gdy w hostelu mówią, że pociąg na lotnisko Kansai będzie jechał półtorej godziny to kłusem pędzę na metro. Łapię metro, dojeżdżam na dworzec i miły pan mówi, że pociąg jedzie tylko 50 min. Uff, inaczej bym nie zdążyła. Lot trwa tylko 2 godziny. Na lotnisku w Seulu są jakieś występy. Siadam i oglądam tańczącą dziewczynę w tradycyjnym stroju do pięknej instrumentalnej muzyki. Pojawia się tancerz i robi się romantycznie. Potem na scenę wchodzą faceci i sytuacja staje się bardziej dynamiczna. Wykonują różne akrobacje, potem kopniakami roztrzaskują drewniane deseczki. Jeden z nich wchodzi między publiczność i wybiera mnie. Idę na scenę, odmawiam wykonywania wojowniczych okrzyków, ale kopniakiem rozbijam deseczkę. Subtelnie kopię, więc rezultat nie jest zbyt spektakularny:)

Gdy stoję przed biletomatem na stacji podchodzi miły pracownik stacji i pomaga mi kupić bilet, a potem dwa razy przypomina żebym zapięła torbę:)

Mieszkam niedaleko Uniwersytetu Hongik. W poszukiwaniu czegoś do jedzenia krążę po okolicznych uliczkach. Dużo knajpek, ale wszędzie mięso. W desperacji wchodzę do Pizzy Hut, ale ani vege pizzy ani baru sałatkowego 🙂 W końcu znajduję jakąś japońską knajpkę i jestem szczęśliwa:) Zupa miso 🙂

Następnego dnia jadę do War Memorial (muzeum wojennego). Oglądam różnego rodzaje samoloty użyte w czasie wojny i spaceruje po parku. Niedaleko jest Seoul Tower – wieża widokowa. Wchodzę na wzgórze, na którym się znajduje. Trochę kropi deszcz i widoczność jest kiepska. Nie powstrzymuje to jednak ludzi od wjeżdżania na szczyt wieży 🙂

Kolejnego dnia jadę do Pałacu Gyeongbokgung. Teren na którym jest pałac i inne budynki jest duży. Pogoda jest piękna i zostanie taka przez najbliższe kilka dni. Świeci słońce i jest ciepło. Lokalsi noszą zimowe kurtki a mi czasem zdarza się rozebrać do tshirta. Napawam się tą zimową, przynajmniej jak na tutejsze warunki pogodą, bo za kilka dni upał na najbliższe miesiące. Mimo, że się bardzo cieszę, to może jednak powinnam pojechać na koło podbiegunowe? 🙂

Na placu Gwanghwamun jest wielki pomnik króla Sejong. Zapisał się w historii przede wszystkim tym, że od 1443 roku Korea ma swój alfabet. Od tego czasu tylko najbardziej wykształceni ludzie umieli czytać i pisać i używano chińskich symboli. On wprowadził Hangul – alfabet fonetyczny języka koreańskiego.

Jogyesa Temple to jedna z najbardziej znanych koreańskich buddyjskich świątyń. Po przeciwnej stronie odbywa się jakiś protest. Dużo krzyczenia i śpiewania. Kordon policji dookoła, ale jest spokojnie. Podobno to jacyś konserwatyści.

Na koniec jadę do Bukchon Hanok Village. To teren pełen hanok – tradycyjnych koreańskich domów. Usytuowane są na wzgórzu, skąd rozciąga się widok na piękne pobliskie góry. Na uliczkach dzieci bawią się drewnianymi mieczami i prawdziwym nunczako. W zaułkach kręcą jakiś film. Młody chłopak jedzie na rowerze. Z zainteresowania wnioskuję, że to jakiś tutejszy gwiazdor:)

Szampon kupiony w Australii rozlewając się wielokrotnie w kosmetyczce skończył się i szukam czegoś nowego. Staram się używać jak najbardziej naturalnych kosmetyków, o co w drodze często nie łatwo. W jakieś drogerii szampon, niby naturalny, z zaporową ceną około 15 euro ma skład po koreańsku. Zaglądam do sklepu jakiejś marki z natural w nazwie. Składniki szamponu (były też w wersji angielskiej) nie leżały nawet obok czegoś naturalnego. Zastanawiam się ile osób kusi się na wyroby wszelkiej maści, które nazywają się naturalne i nie patrzy na skład. A producenci cynicznie wykorzystują ludzką naiwność. Postanawiam spróbować z sodą oczyszczoną. Przynajmniej do czasu aż znajdę szampon, na widok którego włosy nie będą mi stawały dęba.

Korea Południowa jak sama nazwa wskazuje leży na południu Półwyspu Koreańskiego. Powstała po II wojnie światowej na terenach zajętych przez USA. Kraj jest górzysty, świetny na treakkingi. Powierzchnia kraju to niecałe 100 tyś km2 (ponad 3 razy mniej niż Polska). Populacja to 51 milionów ludzi.

Seul jest stolicą Korei Południowej od końca II wojny światowej. Był stolicą Korei (jako całości) od 1394 roku. To ogromne miasto. Mieszka tu ponad 10 milionów ludzi. Gęstość zaludnienia to ponad 17 tyś ludzi na km2. Plasuje to Seul na trzecim miejscu (po Tokyo i Jakarcie) wśród najbardziej zatłoczonych miasta świata. Bardzo rozległa sieć metra i pociągów miejskich – najdłuższe na świcie – tysiąc kilometrów torów. Niektóre stacje są kilka pięter pod ziemią.

Język koreański w przeciwieństwie to chińskiego i japońskiego ma alfabet. W związku z tym jest łatwiejszy na nauczenia.

 

Osaka

 

oXCjxST3GGEtci81bX

8bVazWQUeMbSkgm4xX

raJaFfGY2UQxQIny9X

CNIVGJWGgiSslaVxYX

pbuajGvcSrl3crjKhX

akWr95AFbjPH2igywX

mVDbQel9VeMmk8marX

tOmHnerfth1qA1OdrX

97jF35pJYH2wLaNa1X

HS0XCWZzt69HtrCDDX

NgldYa4JNSCayc84dX

D5bmV2F3TnegN5TjgX

Do Osaki docieram po południu i spotykam się z koleżanką, która poznałam kilka miesięcy temu na Sri Lance. Idziemy na obiad. Po raz pierwszy jem zupę miso. Całkiem dobra. Zestaw składa się z kilku małych dań. Gadamy przez kilka godzin. Mam okazję wypytać o różne rzeczy związane z życiem w Japonii. Wspominamy czas razem spędzony. Wieczór zbyt szybko mija.

W Osace odwiedzam zamek. A w zasadzie park, w którym jest zamek. Pogoda jest cudna. W słońcu ciepło. Piękne kolory drzew. W sadzie łysych drzew kwitną żonkile. W parku kilka osób dokarmia koty. Wszystkie wyglądają na bardzo zadbane.

Spaceruję po okolicy Shinsekai i Tennoji. Zaglądam do kilku świątyń, spędzam sporo czasu w małym, uroczym ogrodzie Keitakuen. Z daleka oglądam wieżę Tsutenkaku i najwyższy budynek w Japonii – Abeno Harukas.

Osaka jest ładna, ale na tle Kyoto wypada dość blado:)

W Japonii kierowcy taksówek i autobusów noszą granatowe garnitury i czapki i białe rękawiczki.

 

Kyoto

stPA7cDlPhXKBrugmX

C5CLuMPlq2vdXBLHXX

2V7CbUtIt384Kg9ZRX

RDsTgEtPbKXWXOfK4X

ogBrgB6icrm5Z1tnHX

JLOja5DLktfdDYJ5bX

oahZwQnQURSmFpnHKX

g5GeMtKsI7BNqTovGX

9hUDxpIa3xfUWhclbX

3gBpZiBaWKmobrVVfX

v16BdrDaku56d8sBpX

my5JanGFHUcKuxlxtX

Do Kyoto dojeżdżam wcześnie rano nocnym autobusem z Tokyo. W hostelu zostawiam rzeczy i ruszam w miasto. Pogoda jest świetna. Najpierw jadę do Srebrnego Pawilonu. Kolor jest bardziej brązowy:) ale pawilon jest piękny. Obok jest staw i pawilon się w nim odbija. Park w którym się znajduje ma piękne jesienne kolory.

Później jadę do Złotego pawilonu. Także jest położony w parku, ze stawem od frontu. Jest intensywnie złoty. Oba te pawilony to wizytówki Kyoto.

Odwiedzam Park w którym znajduje się Pałac Cesarza. Wstęp do pałacu jest tylko w grupach z przewodnikiem po odebraniu pozwolenia. Niestety pierwsza wolne miejsce jest już po moim wyjeździe z Kyoto. Chodzę więc po parku i oglądam piękne drzewa.

Kyoto jest pełne świątyń, głównie buddyjskich. Niektóre bardzo piękne.

Następnego dnia spaceruję po okolicy Gojozaka i Gion. Jest tu wiele świątyń. Zaglądam też do małych sklepików, których wszędzie pełno. To okolica, w której można jeszcze spotkać Gejsze. Teraz nie trudnią się tym co dawniej, można je wynająć jako damy do towarzystwa, np. pójść razem do teatru czy na kolację. Nie udało mi się jednak żadnej wypatrzyć. Jest już ich naprawdę niewiele w Japonii.

Wieczorem idę do świątyni Kiyomizudera, która jest wieczorem podświetlana przez kilka dni. Wygląda cudnie. Drzewa wokół mają kolory czerwono – żółte. Podświetlone, odbijające się w stawie sprawiają wrażenie jakby pod taflą wody był lustrzany świat.

Podziwiam malutkie szeregowe domki. Chcę taki:) Choć może nie. Najbardziej chce stary, mały drewniany domek z ziemi praojców.

Ostatniego dnia wybieram się na spacer Ścieżką Filozofów, którą pominęłam innego dnia. Cudnie. Piękne kolory jesieni. Ścieżka wiedzie wzdłuż kanałku. Jakaś pani karmi koty, ludzie spacerują i jeżdżą na rowerach. Jest niedzielny ranek.

Potem jeszcze jadę do lasu bambusowego przy jednej ze świątyń.

 

Dziś Japończycy raczej nie są religijni. Dawniej, a w zasadzie do II wojny światowej masowo wyznawali Buddyzm i Shinto. Konfucjanizm, bardziej system filozoficzno – społeczny niż religia, wywarł wielki wpływ na japońskie społeczeństwo. Jego najważniejszymi wartościami są pokora, oszczędność, szczodrość, umiarkowanie, szacunek dla starszych i poszanowanie tradycji.

Tokyo, Japan

 

01BtbtYwbNM0RkblYX

1dPcsamYRUC1UTtZ8X

HsMYY0xs57b9cPq2oX

Db5yAEGHv0QqwrNWyX

NiN7lofgRJ8wA57ntX

gQukkblGeQAfgrbCCX

vEye5lCXyDtbhgFZIX

spJ9zTxgslDHFeF3OX

0RN4FexFy2yaRioBtX

cGe5ba9xT5cpCUevrX

QamFiEA0asCGlzSTqX

xwaYAquyzOXnNjnaCX

bDEVbcS4jiewIJfbRX

K3HptZMHK0aFBPTCaX

QVc5n0Sh7oKjHC2avXNaCM1ZFO2iA4Eu6wrX

aoO1wSYpskZ8chthBX

rgsAdSBth0hFZsmmNX

hctn1nPn6kMSKexgqX

g7KVEUD7CY2SkY6pFX

W Tokyo ląduję po pierwszej w nocy. Pierwszy pociąg jest po piątej, także lokuję się w poczekalni. Spokój i cisza, ale informacja jest otwarta całą dobę. Jakiś strażnik czy policjant czuwa nad śpiącymi w poczekalni. Japoński biznesmen pomaga mi kupić bilet. Potem jedziemy razem część trasy. Jednoznacznie wypowiada się o Japonkach podróżujących po Indiach, na przyszłość ostrzega przed jedzeniem street food w Wietnamie. Mówi, że w każdej sytuacji trzeba mieć plan B i C. Gdy się żegnamy daje mi swój numer telefonu w razie gdybym miała jakieś problemy w Japonii. Strasznie to miłe. Na chwilę jednak podkopuje on moją wiarę, że Świat jest dobry, tak jak i większość ludzi. Do hostelu docieram bez problemu. Mieszkam w dzielnicy Asakusa i słynną wieżę Tokyo Sky Tree widzę z hostelowego okna. Pierwszego dnia kręcę się po okolicy. W powietrzu czuć wiosnę, choć to jesień a może i zima. Jest znacznie cieplej niż w Chinach. Odwiedzam lokalny market. Potem idę do parku Ueno. Drzewa mają kolory jesieni a w skrzynkach w fontannie kwitną tulipany. Zespół z południowej Ameryki gra cudną muzykę. W Parku jest kilka świątyń i kapliczek.

Następnego dnia idę wzdłuż rzeki Sumidagawa z Asakusa do parku Hama – rikyu. Po drodze mijam wiele mostów. Czasem muszę przejść z jednej strony na drugą bo ścieżka się kończy. Natrafiam na kilka namiotów bezdomnych pod jednym z mostów. Wszystko jest uporządkowane. Obok stoją rowery i torby z puszkami. Park jest ładny i duży, otoczony wieżowcami. W parku jest urocze jeziorko i replika tea house. Jest też sporo klimatycznych alejek. Na niektórych krzewach i drzewach kwitną kwiaty.

Następnego dnia spaceruję po okolicy Asukasa i Asakusabashi Oglądam świątynie, krążę wśród malutkich szeregowych domków. Bardzo mi się te domki podobają, chciałabym móc zajrzeć do środka. Wokół dużo roślin w doniczkach, rowery, wózki dziecięce, dostarczone paczki przed drzwiami, wszystko niezabezpieczone. Chyba cud jakiś:) może tu nie kradną?

Przechodząc ulicą widzę jak samochód wyjeżdża z warsztatu. Pracownik pilotuje go na drogę, potem nisko się skłania i pozostaje w tej pozycji dopóki klient nie odjedzie wystarczająco daleko.

Jadę do parku, w którym jest pałac cesarski. Tylko część jest dostępna. Resztę wciąż użytkuje rodzina cesarska. Gdy idę cichą alejką z krzaków wybiega jenot azjatycki (lis japoński, szop usuryjski) – śliczne zwierzątko.

Japończycy są bardzo mili i uprzejmi, chętni do pomocy. Wszyscy szczupli, nie widziałam ani jednej grubszej osoby. Raczej są wysportowani, dużo osób jeździ na rowerach. W okolicach dworców widać ludzi wracających z treakingów. Ludzie miło się uśmiechają. Rozmawiają ściszonym głosem, nawet dzieci oszczędzają na dźwiękach:) Bardzo mi się to podoba – uważność na innego człowieka. W autobusie pełnym Japończyków słychać tylko głośną parę cudzoziemców.

 

Japonia to wyspiarski kraj położone u wschodnich wybrzeży Azji, na Pacyfiku. Archipelag składa się z czterech głównych wysp: Hokkaido, Honsiu, Sikoku i Kiusiu. Całkowita powierzchnia Japonii to 378 tyś km2 (więcej niż Polska). Populacja to 127 milionów z tendencją spadkową. Średnia długość życia jest najwyższa na świecie.

Większość powierzchni Japonii pokryta jest górami. Położona jest na styku płyt tektonicznych, więc narażona jest na wybuchy wulkanów, trzęsienia ziemi i tsunami.

Japonia to monarchia parlamentarna z cesarzem jako symbolem jedności.

Tokyo jest stolicą Japonii. Jest położone na wybrzeżu wyspy Honsiu – największej z całego archipelagu. Mieszka tu 13 milionów ludzi.

 

Shanghai

541jIiviahf6BGVqkX

ufaaMIXzbjnZaYAF9X

cHEYYAghnPWsbnD2FX

L2ihagftIibWNJvgbX

dgStTUUyf42FHz6VyX

sB0dK62IKYX2eOH6pX

VJaAIFawTc8jbtmDYX

XPcvzcobUFFqWFxoDX

teMvZPDgZBuHTGqJoX

8nLwzUF1kjbEancvvX

VF36U3nObskSvR4FOX

KwLYc5B1qRrVLDDtsX

tAav1OyEYcU2B8o66X

fL5HdY7YdoxhzNJ3iX

lO19dOGWiJwS02Ks7X

Szanghaj to największe miasto w Chinach. Mieszkają tu ponad 24 miliony ludzi. Docieram tu z Hanghzou szybką koleją, bardzo wygodnie. W Shanghaju mieszkam w dzielnicy Pudong. Wszędzie nowoczesne wieżowca. Trochę starej, niskiej zabudowy.

Szajghaj przecięty jest rzeką Huangpu. Nie ma tu jednak pieszych mostów. Są nieliczne mosty dla zmotoryzowanych, albo metro pod dnem. Dniem i nocą rzeką płyną barki towarowe.

Szanghaj leży u ujścia rzeki Jangcy do morza Wschodniochińskiego. Jest tu kilkaset wieżowców. Niektóre o imponujących kształtach. Jednak mi najbardziej podobają się stare części miasta. Spaceruję niedaleko ogrodów Yuyuan. Bardzo dużo ludzi, w końcu nie wchodzę do środka, a potem trochę żałuję tego. W tej okolicy są i piękne duże, stare tradycyjne budynki i małe, stare tradycyjne domki, przerobione na sklepy. Ulica Nanjing – częściowo tylko dla pieszych, raj dla zakupoholików.

Przez przypadek trafiam na jakieś dziwnie wyglądające zgromadzenie w parku na People’s Square. Dużo ludzi ma rozłożone na chodniku parasole z przypiętymi zalaminowanymi kartkami. Wszystko oczywiście po chińsku, ale widzę, że jest na nich wiek, wzrost, numer telefonu, na niektórych zdjęcia. Wszyscy wokół mają grobowe miny. Jakaś kobieta krzyczy na inną, która robiła zdjęcia. Myślę, że to może zaginieni, których rodziny poszukują. Zagaduję jakąś młodą dziewczynę o co chodzi. Ona słabo mówi po angielsku ale mówi, że ci ludzie są niezamężni/ nieżonaci. Te grobowe miny mi nie pasują, więc pytam czy ci ludzie nie żyją. Ona potwierdza. Myślę, może popełnili samobójstwo, bo nie mogli się ożenić. W internecie znajduję informację, że to rynek matrymonialny:) Uff, znaczy, że żyją:) Shanghai marriage market działa od 2004 roku. Rodzice próbują znaleźć tam perfect match dla swoich dzieci. Jest to próba podtrzymania starych tradycji, kiedy to rodzice decydowali o małżeństwie. Wielu rodziców nie ma zgody swoich dzieci by zamieszczać tam ogłoszenia:)

Na lotnisko wpadam w ostatniej chwili. Bo jak to często bywa wydaje mi się, że mam jeszcze mnóstwo czasu. Samolot jest prawie pusty. Nigdy nie słyszałam o tych liniach. W moim rzędzie siedzę sama. Miłym zaskoczeniem jest pudełko ze smakołykami jakie każdy pasażer dostaje w prezencie.

W powietrzu patrzę na Księżyc, a chmury wokół niego podświetlone jego światłem wyglądają jak wzory wyrysowane przez mróz na oknie.