Rano wyjeżdżam z Gyeongju. Macham na miejski autobus pomiędzy przystankami, a i tak miły kierowca się zatrzymuje:) Przy dworcu autobusowym w Gyeongju dostrzegam Hot Time Hotel;) Nic nowego w Azji, tej bogatej. Wczesnym popołudniem dojeżdżam do Seulu. Jest dość zimno. Spaceruję i robię zdjęcia. Przypominam sobie, że mam wydrukować jakieś papiery do wietnamskiej wizy. Dość długo szukam kawiarenki internetowej. Znam tylko takie z biedniejszej części Azji. Te z Indii czasem przypominają muzeum komputerów. A w Seulu znajduję miejsce gdzie są dziesiątki stanowisk. Większość zajętych. Przed wielkimi ekranami siedzą nastolatki i większość gra w jakieś wojenne gry. W drukowaniu musi pomóc mi ktoś z obsługi, bo menu jest po koreańsku. Drukuję formularze i list przesłany mi przed pośrednika wizowego – opcja dla tych co nie mogą aplikować w ambasadzie. I okazuje się, że to list zbiorczy, z nazwiskami i numerami paszportów, datami urodzenia i narodowością kilkunastu innych osób starających się o wizę. Nie wiem co na to przepisy o ochronie danych osobowych.
Próbuje hotteok – pyszny drożdżowy placuszek smażony na oleju. Zjadam trzy 🙂
Na stoiskach ulicznych mnóstwo ładnych skarpetek:)
W hostelu powódź, pękła jakaś rura i przenoszą nas na inne piętro. Trochę zimniej, ale jest woda w kranie:)
Wieczór nieoczekiwanie spędzam w towarzystwie jednego z właścicieli, który najpierw trochę dogląda mojego gotującego się makaronu, a potem godzinami gadamy o podróżach, bo on i jego żona wkrótce wybierają się w podróż dookoła świata.