Laos po raz ostatni

dr5dCJJKqduhawzmYX

sX2hQOBZZMktBJmzQX

 

W Laosie, tak jak i w Wietnamie i Indonezji jestem milionerką:) Milion laotańskich kipów to około 115 euro.

Chyba we wszystkich wioskach jest pełno anten satelitarnych. Niektóre mają rozmiary, których wojskowa agencja informacyjna by się nie powstydziła.

Laotańczycy są bardzo mili, ale nie okazują aż tak wielkiego zainteresowania cudzoziemcami jak mieszkańcy innych biedniejszych krajów azjatyckich. Albo są bardziej nieśmiali, albo po prostu zajmują się swoimi sprawami. Cokolwiek jest tego powodem jest to miłe 🙂

W sklepach widziałam wiele słoików nutelli z polskimi napisami 🙂 Przy okazji lubiącym nutellę (do których też się kiedyś zaliczałam) polecam sprawdzenie składu. To nie jest krem orzechowo – kakaowy, ale cukrowo – tłuszczowy.

Produkty parówkopodobne, serki typu krówka śmieszka a nawet masło czy margaryna leżą na półkach, nie w lodówce. Pewnie nie ma to wielkiego znaczenia jeśli wziąć pod uwagę ilość chemii w tym pseudo żarciu.

Laos nie jest tak czysty jak Wietnam. Często śmieci leżą na ziemi czy w kanałkach. Część ludzi pali śmieci, szczególnie wieczorem widać sporo małych ognisk. W Laosie nie widziałam ulicznych śmietników i jestem prawie pewna, że nie ma tu żadnego zorganizowanego systemu odbioru śmieci. Palenie śmieci nie jest dobrym pomysłem, zwłaszcza jeśli to plastik, ale przynajmniej nie leżą wtedy wszędzie.

Nigdzie w Laosie nie widziałam McDonalda, KFC ani tym podobnych syfów 🙂 

4 Thousand Islands

48Q76elGNFXMZaqgdX

J4XzZhtTizMw8tTU9X

dFglwqhbS5GfjJmtPX

Hv9lO7AEUrUJrbvmtX

QICSjdUII39mdaitbX

QwyaQYOD5VsyJzJxyX

ijgzjfgqKdnzWtoKfX

8j5PEUpubyUBfBI45X

e5faD8bKGEx7wu399X

wd5wveObpuivwEJblX

CHbYuR9XbpHOZVD7DX

cGGP90LiyI8s2PiI8X

SzZqzeMFlMfyVkRnmX

VJpTbCA36eS69kgQeX

ahBxX5uFeSVeKhrsuX

cpjsenASbkEcgMvn0X

d5TOlzkDq4ylsM2auX

Ihw4bPOfmpAFUayx5X

hIxmvh7ssgp2XObi6X

i4E5EpRGouaU1i76uX

nAQyVh4Z2aeOvCSDLX

PhFROzMH0n0HwbJd6X

wyh20RO7IVQBGyWVwX

 

4 Thousand Island – 4 Tysiące Wysp na Mekongu, południe Laosu. Większość z tych wysp jest bardzo mała i całkowicie porośnięta krzakami.

Autobus zabiera mnie z Pakse i po drodze zatrzymuje się wiele razy i zabiera kolejnych pasażerów. Część osób musi siedzieć w przejściu na plastikowych taboretach.

Autobus dowozi mnie do nadbrzeża. Na wyspę Don Det dopływam łódka. Nie ma tu żadnej przystani, wyskakuje się wprost na małą plażę lub do wody.

Hostel jest oddalony od tego miejsca 20 minut na piechotę, co jak czytam w recenzjach w internecie jest ”bardzo daleko” 🙂 Ktoś inny dodaje, że nie ma tu atmosfery. Coś dla mnie 🙂

Na szczęście znajduje się dla mnie wolne łóżko. Postanawiam zostać dłużej.

Wyspa Don Det jest niewielka. Większość zakwaterowania i restauracji jest blisko od ”przystani”. Okolice mojego hostelu są puste i spokojne. Drugiego dnia jedna z dziewczyn z innego dorm mówi, że w nocy ktoś jej ukradł pieniądze. Cały plecak został przetrząśnięty. Jej paszport, telefon i jakieś drobne pieniądze nie padły na szczęście łupem złodzieja. Recepcjonista mówi, że to może ktoś z lokalsów i czemu nie schowała rzeczy w schowku. Następnej nocy przytulam mały plecak z aparatem którego nie chciało mi się zanieść do schowka i ciągle się budzę.

Zachody słońca są tu niesamowite. Wschody pewnie też ale są po drugiej stronie wyspy i jakoś się nie składa 🙂 Wieczorami leżę na tarasie i patrzę w gwiazdy.

W kilku miejscach widzę w menu happy drinks, cookies albo happy pizza.

Wyspa Don Dat jest połączona mostkiem z Don Khon. Można obie objechać na rowerze, relaksacyjnym tempem 🙂

Z Don Khon podziwiam piękne wodospady. Wyspa jest większa niż Don Det, dużo spokojniejsza. Przy głównej uliczce jest gibon w klatce. Obok tablica z jej historią. Przyglądam jej się przez dłuższy czas, widać, że w kodzie genetycznym małpy są bardzo blisko ludzi.

Spotykam kilka osób, które spotkałam wcześniej. Którego dnia wieczorem zaczynam źle się czuć i wymiotuję aż robi mi się ciemno przed oczami i prawie mdleję. Udaje mi się dowlec do łóżka. Chłopak z mojego dorm przynosi mi herbatę. Wymiotuję jeszcze kilka razy. Rano wyglądam okropnie. Chłopak od herbaty twierdzi jednak, że dużo lepiej niż wieczorem. Mam podwyższoną temperaturę i kolejny dzień spędzam w łóżku. Potem jest mi dużo lepiej, choć nie bardzo mogę jeść.

Znów ktoś zostaje okradziony w innym dorm. 2 czy 3 noce są bardzo zimne. Opatulam się czym się da a i tak marznę.

Na stoisku z używanymi książkami wygrzebuję przewodnik po Syrii. Smutne to, ale chyba jeszcze przez lata nie będzie to możliwe. Zresztą pewnie kamień na kamieniu tam nie zostanie 😦

Spotykam dwie fajne Polki i razem z koleżanką z Holandii idziemy na tubing po Mekongu – pływanie na dętce od wielkiej opony. Na błotnej wysepce robimy błotny peeling 🙂

Ostatniego dnia na obiad zamawiam ryż smażony z jajkiem wyobrażając sobie, że będzie tak dobry jakbym sama zrobiła. Wygląda inaczej i śmierdzi mi mięsem albo rybą. Koleżanka próbuje i twierdzi że nie. Grzebię trochę w talerzu a większość dania zjadają koty. 

Pakse

hjaetbsq0XPwuBs7BX

cvjlGbe9TajXq9XR1X

pbsV1POaohggQwkkcX

qXbwFwtAII4YAcE6bX

xnQ6RHP3VuiFsOGlfX

JSJboRVsu99rH5yaYX

X4pwXb0rmbiCZc2KSX

 d8PBHmqf920HqE0IWX

 

iSSYGWXtwh2MLlf9aX

   

okqqalqCZYU4Ogb5jX

v0cNUTqJbjSOF8uxJX

 

Do Pakse dojeżdżam nocnym autobusem z Vientiane. Jest to autobus z miejscami do spania. Miejsca są podwójne i moją współspaczką jest dziewczyna z Holandii. Co chwila grzebie w swoich torbach i przekłada rzeczy. Nie jest gruba ale potrzebuje więcej miejsca niż ja. Ja nie lubię jak mnie ktoś obcy dotyka w autobusie czy samolocie. Ona co chwila mnie dotyka różnymi częściami ciała. Chyba przez chwile próbuje spać z twarzą w moich plecach 🙂

 

Pakse jest położony na południu Laosu i przepływa przez nie Mekong. Na pierwszy rzut oka wydaje się to być małe, senne miasteczko. Jest tu sporo świątyń, ale odpuszczam je sobie. Wypożyczam rower i jadę drogą wzdłuż rzeki. Widoki piękne. Szkoda, że nad rzeka wala się sporo śmieci. Okazuje się, że Pakse nie jest aż takie małe. Dojeżdżam do większej i głośniejszej części miasta. Gdy przejeżdżam przez most, policjant z mostowego posterunku krzyczy za mną hello beautiful:) Za mostem, na wzgórzu widzę duży posąg Buddy. Mekong jest szeroki i spokojny. Przepływają pojedyncze łodzie.

 

Vientiane

83M7EDMzZeenSaJS2X

xtkNgNKJiTagsBplqX

Qu4zli4qPgWmesT6tX

9BLKvbOCLVTDh2T0LX

dtNDhBw5Id5dYatO9X

iq4rUpPNobYYFcY6kX

On8pDd61hwKDWo8LmX

pLon6YfQCuWbGMxjVX

SPimERwEh5CdNFFOoX

m1uGgnqY5qnabtGzPX

2rMbxohavbBo0kObWX

Ib3sW8SFnzecF8TdwX

c9AhdVBeUMhSkv3xdX

aYyaaBMkoN5tbze29X

W Autobusie do Vientiane poznaję pana z Niemiec. Ma 74 lata i odwiedził prawie 130 krajów świata. Jego ojciec walczył przeciw Nazistom, a ostatni list wysłał do rodziny w lutym 1945 roku z terenów obecnej Piły. Pan nigdy nie odnalazł żadnych dalszych informacji o swoim ojcu. Po 50 latach wystąpił do sądu o uznanie ojca za zmarłego.

Vientiane to stolica Laosu. Dla kogoś, kto nie chce już oglądać świątyń mało tu miejsc do odwiedzenia. Przez miasto przepływa Mekong. Trafiam na ostatni dzień jedzeniowego festiwalu. Chyba co dzień w okolicach rzeki jest nocny bazar. Spaceruję po ulicach. Idę z bliska zobaczyć National Monument, który przypomina Łuk Triumfalny w Paryżu, ale też India Gate w Delhi. Od monumentu prowadzi szeroka ulica do Pałacu Prezydenta.

Nogi wciąż mnie bolą od góry widokowej w Vang Vieng, więc się oszczędzam 🙂

W kinie oglądam film 13 hours. Dobre kino akcji i jednocześnie prawdziwa historia z 2012 roku – atak na siedzibę amerykańskiego ambasadora w Bengazi. Historia, jak wszystkie wojenne – straszna. Gdy patrzę na Libijczyków atakujących bardzo słabo obsadzoną siedzibę USA to ogarnia mnie przerażenie. Mimo, że liczebnie jest ich kilkukrotnie więcej niż Amerykanów to są mało skuteczni. Wystrzelani jak kaczki, sprawiają wrażenie, że życie im nie drogie. Ambasador ginie zatruty gazami w płonącym budynku. Kilku ex agentów CIA, którzy biorą udział w akcji (zaskakująco mało jak na miejsce, które jest jak beczka z prochem), ze stosunkowo małymi stratami dają radę bronić swojej siedziby do przybycia libijskich wojskowych posiłków, które ewakuują bazę. W tym kraju nawet policja ustępuje przed zorganizowanym terroryzmem. Kraj w destabilizacji, nie każdemu musi się podobać ”pomoc” Ameryki. Jak się igra z ogniem, to można się poparzyć. Co nie oznacza, że mam zdecydowaną opinię czy należy dyktatorskie państwa zostawić samym sobą, czy pomóc im się rozpaść i patrzeć jak ogarniają się chaosem stając się łatwym łupem dla terrorystów.

Teraz jestem w kraju, na który Amerykanie zrzucili około 2 miliony ton bomb w czasie wojny w Wietnamie (zwaną tu wojną amerykańską). Laos nie był w stanie wojny, po prostu jest sąsiadem Wietnamu. Do tej pory – ponad 40 lat po zakończeniu tej wojny, 30% tych bomb nie wybuchło.

 

Vang Vieng

r6fxJyJqCZsJTkHpMX

y7NdYChx83Ik83BxnX

2hxsrUWDYCxmG7I9lX

AaTjPuhfhlVctbZt4X

q5lHgbQPEsUUQDUP5X

TNJ32FzMSX3ba2Z2IX

PTIrppJZeoSFBQ5G2X

HWQqe4FebeGd8ouaiX

b7kkJGv2FAPOR5DK6X

96Qn5KrbaQfHuvKYvX

Z0LUisY3NO4CTS4aDX

PxPxBYAWCgFMjRUXkX

rbQJFojGYMTZW7G5GX

mW35wRkjwjSb6c4OtX

ZgdDAtkdAbfbUawOOX

Vang Vieng ma opinię imprezowego miejsca, więc z mieszanymi uczuciami tam jadę. Jest pięknie położone. Przepływa przez nie rzeka, wokół góry i pola. Po ulicach snują się ludzie w kostiumach kąpielowych. Wiele restauracji wyświetla odcinki Przyjaciół.

 

 

Wiele osób przyjeżdża tu na tubing – pływanie po rzece na dętce z wielkiej opony. Kiedyś wzdłuż rzeki było około 25 barów, wiele z nich serwowało happy drinks. Dużo osób tu utonęło i teraz są tylko 3 bary. Nie lubię skupisk pijanych ludzi. Każdy jest odpowiedzialny za siebie i jeśli ktoś się upija w czasie pływania w rzece, a potem tonie, to nie można za to winić właściciela baru.

Wracając wieczorem do hostelu mijam parę. W pierwszej chwili ich nie poznaję. Oboje ubrani w stroje kąpielowe. On opiera się jedną ręką o samochód i bełkocze. Ona coś do niego mówi i ciągnie go za drugą rękę. Śpimy w tym samym dorm. Jestem już od jakiegoś czasu w pokoju gdy oni przychodzą. On czkając zatacza się, a potem wdrapuje na górne łóżko, które przez jakiś czas trzęsie się od jego czkania.

Spaceruję po okolicy. Wchodzę na górę, z której podziwiam piękną okolicę. Góra nie jest zbyt wysoka, ale miejscami bardzo stroma.

Niepostrzeżenie mija rok odkąd zaczęła się ta podróż.

 

Luang Prabang

b6Pf3VmNqkVkakbWbX

 

SAgQgTMaPdQXu3NOuX

IaxPv4zmmCo6PYBhXX

jX7ur7y6UfDtGsjnzX

rb483vOfP5boDawtBX

ksNUi9bXUYBEXlpbSX

NzbfT10mleGf1wl6KX

3K0J2Nnmlbz6A0RLGX

hmoamZeW9Td85WPV4X

SdZiQFMw0jbraN8E7X

ZqeL2tkq30V66XR8JX

odMEl6NZpkFZYi4FMX

vkYl9rHR2Iuccbd3JX

QnXFWCGrpfFnl7xbVX

a6g2MZ5od6BV9fN7SX

vU6JGwWgrdc3tIMHjX

cDABgc0sdFaUevquXX

4A255FVvW8jPZN1m1X

KYvUuZX9CgGWxGb0aX

 

Kiedy budzę się rano w Muang Ngoi Neua jest chyba jeszcze zimniej niż poprzedniego dnia. Przez szpary w drewnianym domku wciska się wiatr. Mimo nastawionego budzika nie mogę się zmusić do odwinięcia się z kołdry, co wcale nie oznacza, że jest mi ciepło. Pomimo laotańskich (i ogólno azjatyckich) zwyczajów, że buty zostawia się na zewnątrz, zakładam je. Po prostu nie mogę gołymi stopami chodzić po lodowatej posadzce, na której (ze względu na źle wypoziomowaną podłogę) wciąż jest mnóstwo wody po wieczornym prysznicu.

Kupuję bilet na łódź do Nong Khiew i idę jeść śniadanie. Dużo ludzi czeka na łódź – nawet nie spodziewałam się że aż tylu cudzoziemców tu jest. Pakujemy się w końcu na 3 lub 4 łodzie i ruszamy w około półtoragodzinną podróż do Nong Khiaw. Niedaleko mnie siedzi Francuz, którego spotkałam kilka tygodni temu w Wietnamie. Chyba mnie nie poznaje, a ja też nie mam ochoty na rozmowę po tym jak prawie zatruł mnie i jeszcze jedną dziewczynę zdejmując przy nas buty (tuż po zjedzeniu obiadu). Ktoś mówi, że jest 5 stopni. Na szczęście mam czapkę i rękawiczki. Na mijanych łodziach widzę skulonych z zimna ludzi, niektórzy okrywają się kocami. Na brzegu stoją młodzi mnisi okryci ręcznikami. Po dopłynięciu wsiadam w tuk tuk, dojeżdżam do dworca autobusowego i mam szczęście. bo kupuję ostatni bilet na autobus który zaraz odjeżdża. Droga do Luang Prabang zajmuje około 5 godzin. Po drodze z hukiem pęka opona. Wszyscy wysiadają. Opona ma wielką wyrwę i dla bezpieczeństwa przyszłych pasażerów mam nadzieję, że nie będą próbowali jej naprawiać. Kiedy kierowca wymienia oponę, niektórzy faceci patrzą na to jakby sami nigdy nie zmienili żadnej. Zapasowa opona nawet przy pustym minibusie wygląda jakby potrzebowała więcej powietrza. Mimo to pakujemy się do autobusu i ruszamy. Po kilku kilometrach kierowca się jednak zatrzymuje, zastawia nas na skraju pola świeżo obsadzonego ryżem i odjeżdża by napompować oponę. Przy małym ognisku stoi grupka zmarzniętych dzieci, do których dołączamy. Dzieci mają na gołych stopach klapki i w większości noszą krótkie spodnie i cienkie bluzy. Jednemu chłopcu przez wielkie dziury w spodenkach widać pupę. Ta skrajnie niska w tym rejonie temperatura jest czymś rzadko spotykanym. Na skuterach przejeżdżają zziębnięci ludzie. Zaczyna padać i wszyscy chowamy się pod daszkami okolicznych domków. Wraca kierowca i ruszamy w dalszą drogę. W busie okno jest otwarte bo strasznie parują szyby a poza tym zajeżdża spalinami. Z okna autobusu widzę wielkie ognisko palące się wewnątrz domu. Na dworcu w Luang Prabang musimy się kłócić z kierowca tuk tuka, który myśli, że zapłacimy podwójną stawkę za dowiezienie do centrum. W centrum szukam hostelu. Przez jakiś czas idę razem z dziewczyną, która szuka guesthouse. Mówi, że nie jest już młoda i nie śpi w dorm. Pytam ile ma lat i okazuje się, że tyle co ja. Opada mi szczęka – na szczęście jeszcze nie sztuczna w tym moim zaawansowanym wieku 🙂 Dość długo szukam hostelu co ma ten plus, że od marszu z bagażami robi mi się cieplej. Pierwszy hostel nie ma miejsc. Idę dalej i na szczęście dostaję ostatnie już wolne miejsce w innym hostelu. Budynek jest murowany i ma szczelne okna. Ogrzewania nie ma ale w dorm jest w miarę ciepło. Jest późne popołudnie i zamierzam zostawić oglądanie miasta na następny dzień. W poszukiwaniu jedzenia wchodzę do mało azjatyckiej knajpki. Ma tę przewagę, że ma szczelne drzwi i jest w niej ciepło. Nie ma wolnych miejsc, więc pytam starszego pana czy mogę się do niego przysiąść. Rozmawiamy sobie miło i pan mówi, że prawie nie widzi. Ma lekko przyciemniane okulary a obok stoi biała laska, na która nie zwróciłam uwagi. On mówi, że mimo że nie może oglądać widoków, to bardzo lubi podróżować, bo spotyka ludzi ze wszystkich stron świata i poznaje smaki lokalnych kuchni. Z tego co mówi wnioskuję, że nie zawsze miał problemy ze wzrokiem. Teraz jego podróże są ograniczone do większych miast, bo tak łatwiej mu się poruszać. Gdy się żegnamy para Brytyjczyków w średnim wieku dosiada się do mnie. Podróżują od kilku tygodni. Odwiedzali córkę która mieszka w Myanmar. Mówią, że odwiedzanie Bangladeszu to może nie jest najlepszy pomysł. Miło spędzamy czas na rozmowie o Indiach. W drodze powrotnej do hostelu kuszę się na kolejną gorącą herbatę w innym już miejscu. Po zamówieniu wchodzę do sali ale nie ma wolnych stolików. Macha na mnie starszy pan i zaprasza bym usiadła z nim i jego kolegą. Nie czuję się komfortową pisząc o nich jak o starszych panach. Wśród rodziny i znajomych mam ludzi grubo po 60 tce czy 70 tce. Są bardzo aktywni i ciekawi świata i nie przeszłoby mi przez gardło nazywanie ich starszymi. W każdym razie, panowie są z francuskojęzycznej części Kanady i też podróżują od kilku miesięcy. Pan który mówi zdecydowanie więcej niż jego kolega ma oczy i uśmiech Jacka Nicholsona. Jego kolega uczy się angielskiego od dwóch lat. Przy sąsiednim stoliku dostrzegam dziewczynę, którą spotkałam nie tak dawno temu w innym laotańskim miasteczku. Dosiada się do nas i miło spędzamy wieczór aż do zamknięcia kawiarni.

Następnego dnia od rana pada i postanawiam zostać o jeden dzień dłużej. Po południu idę do tej samej restauracji i spędzam czas w tym samym towarzystwie. Pan, który słabo widzi miał i nadal ma bardzo ciekawe życie, pomimo swoich obecnych ograniczeń. Myślę o tych, którzy nie mają problemów zdrowotnych a i tak nie potrafią cieszyć się życiem, widzą świat w ciemnych barwach. W restauracji jest kilka betonowych mis, w których pali się ogień. Wieczorem spotykam znów tę samą dziewczynę co poprzedniego dnia. Jesteśmy w tym samym wieku i mamy zadziwiająco podobne poglądy na wiele spraw.

Ostatni mój dzień w Luang Prabang wita mnie odrobinę lepszą pogodą. Nadal jest chłodno, ale przynajmniej już nie pada. Większość dnia łażę po mieście. Spotykam parę podróżników z Polski. Odwiedzam miejsce, które poleciła mi dziewczyna spotkana kilka miesięcy temu. Wchodzę na górę Phusi skąd widać całą okolicę. Ze względu na pogodę odpuszczam sobie pływanie łodzią po Mekongu.

Wieczorem po raz już chyba ostatni spotykam niedowidzącego pana. Rozmawiamy o historii, podróżach a także o talencie Spice Girls, urodzie Kate Moss i dziwnych imionach jakie ludzie dają swoim dzieciom. Ściskamy się na pożegnanie. Mam nadzieję, że nasze ścieżki się jeszcze kiedyś przetną. Bardzo lubię spotykać ludzi w wieku emerytalnym w czasie podróży. Tak właśnie wyobrażam sobie siebie w tym wieku.

Do 1975 roku Luang Prabang było stolicą Laosu.

W 1994 roku miasto zostało wpisane na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. 

 

Muang Ngoi Neua

mDHjD3MKs0ZqS1seZX

 

HpcqcPtvu3Ylf1stYX

RubRxHY6UN3ar4hQUX

HiTxs4XegDwecsi3yX

I3bXLwyH2WMiKhBVGX

F2ze4qeuKsUnJ0nJ4X

jfHnbKtEVgOMCjGLsX

albaYYUyovVooIXzQX

xXECrsysLn2dIiIy5X

mKWbPnc0JyP0XEjBRX

LfMIjBqqu9Jip7PREX

LEjGLB1RVNe7fVTiaX

DHHbtGaT0ZdSEKibAX

lS738iwZIcXDVtgmLX

cmuYDgk2tpDc5O3fPX

pt1y1qhO1bQRxMDpgX

toRjxffvej7grwSvPX

Do Muang Ngoi Neua dopływam łodzią z Nong Khiew. Wioska jest położona nad brzegiem rzeki i otoczona przez góry. Jest gorąco. Bawoły na brzegu wachlują się uszami i ogonami, odganiając przy okazji muchy Jestem sama w pokoju (co jest rzadkim luksusem) z widokiem na rzekę. Zanurzam się w hedonizmie. Jem dobre rzeczy, piję zaparzoną miętę, imbir, zieloną herbatę i czytam leżąc na hamaku. Wieczorem słyszę żaby i pokrzykiwania jaszczurek. Wydaje mi się też że słyszę świnię, ale to raczej ktoś pochrapuje za ścianą. Kolejny dzień jest wciąż ciepły. Spędzam go tak samo, odkładając spacer po okolicy na następny dzień. W nocy pada deszcz, a rano jest przeraźliwie zimno. Jak na złość jest to dzień, kiedy nie mogę już udawać, że moje włosy mogą poczekać kolejny dzień na mycie. Woda w prysznicu jest gorąca ale przez zimno boję się ją zakręcić. Dzień spędzam w łóżku zawinięta w kokon z kołdry. Ostatni tom powieści czytam na laptopie i dłoń, którą potrzebuję przesuwać strony (i nie mogę trzymać pod kołdrą) jest zgrabiała z zimna. Wieczorem coś spada koło łóżka. Sprawdzam, ale nic na podłodze nie leży. Po jakimś czasie słyszę chrobotanie za łóżkiem a po chwili mała myszka biegnie po ścianie do szpary w suficie. Wioska jest mała, chyba tylko dwie krzyżujące się ulice. Odpuszczam dalsze spacery, bo jest zbyt zimno. Co nie oznacza, że w moim pokoju z desek z wieloma szparami jest cieplej. Wszędzie palą się małe ogniska i ludzie ogrzewają się przy nich. Nawet klatka z małymi kurczaczkami stoi przy ognisku, bo inaczej mogłyby nie przeżyć. Plan, żeby płynąć łodzią do Luang Prabang oddala się szybko. W tej temperaturze to opcja dla masochisty.