Melbourne po raz ostatni

IMG_0094ggIMG_9904gggIMG_0031ffIMG_0010ffIMG_9984fffIMG_9972fffIMG_0004IMG_9979IMG_0007IMG_0093gggIMG_0017dddIMG_0018IMG_9910fffIMG_98841IMG_9912hhh

Ostatnie 3 dni spędzam w Melbourne. Czas na ostatnie spotkania, ostatnie spacery po mieście, ogarnięcie bloga, bo o ile udaje mi się pisać w miarę na bieżąco, to z publikacją wychodzi trochę gorzej.

Wypad z Wujkiem na rowerach do Yarra Flats Park. W części parku jest Heidelberg School Artists Trail. Wzdłuż ścieżki rowerowej są ustawione tablice z reprodukcjami obrazów malowanych w parku przez różnych malarzy na początku XX wieku. Krajobraz wygląda już zupełnie inaczej, bo drzewa urosły 🙂

W końcu wybrałam się na darmową wycieczkę z przewodnikiem po parlamencie stanu Victoria, który jest w Melbourne. Każdego dnia kiedy byłam w centrum miałam zamiar to zrobić, ale zawsze coś ciekawszego znajdowałam do robienia. Bardzo się cieszę, że ostatecznie się zdecydowałam, bo budynek w środku jest piękny. Budowa została rozpoczęta w czasie gorączki złota w 1855 roku a ukończona w 1929 roku. Wykończony prawdziwym złotem, został ostatnio wyceniony na 600 miliardów dolarów australijskich.

Przedostatni dzień z koleżanką, opowieści co zobaczyłam i przeżyłam 🙂 Robienie krokietów z kapustą i grzybami i placków ziemniaczanych – koleżanka i gadanie – ja 🙂 (w domu potem usłyszałam że cebulą zalatuje), oglądanie kabaretow na youtube.

Ostatni dzień spędzam z kuzynką i jej chłopakiem, którzy zabierają mnie na obrzeża miasta gdzie obserwujemy kangury, które kryją się przed nami w krzakach. Potem łazimy po Carlton, Fitzroy i Collinwood. Oglądamy grafitti i murale znanych artystów jak Putos, Dvate, Reach czy NOST.

Potem obiad w rodzinnym gronie i rozmowy przy stole, za ktorymi na pewno będę tęsknić 🙂

Australia, a raczej mały jej wycinek, który udało mi się zobaczyć w ciągu tych 5 tygodni bardzo, mi się podobała. Miasta które widziałam były bardzo ładne, ale to po co najbardziej warto tu przyjechać to natura. No ale najbardziej podobało mi się to że mogłam spędzić czas z dawno nie widzianą koleżanką i rodziną, która tu mieszka. Może kiedyś wrócę i zobaczę inne części Australii.

 

Brisbane

IMG_97011IMG_9798fff1IMG_9809ddd1IMG_9856fff1IMG_9863fff1IMG_97411IMG_97441IMG_97671IMG_97731IMG_97741IMG_9704fff1

Brisbane to stolica stanu Queensland i jednocześnie trzecie największe miasto Australii. Przecięte jest rzeką Brisbane która wije się przez miasto. Jest to naprawdę ładne, można by powiedzieć nawet urocze miasto. Ma bardzo relaksacyjną atmosferę. Dużo zieleni i parków. Jest na tyle małe, że całe centrum można swobodnie obejść na piechotę. W mieście jest też darmowy prom po rzece, więc, można też obejrzeć je z innej perspektywy. Warto wybrać się do ogrodu botanicznego położonego nad brzegiem rzeki. Stamtąd jest tylko krótki spacer do pięknego mostu (Story Bridge), który był otwarty w 1940 roku. Nad rzeką przy ślicznym deptaku są bezpłatne miejskie baseny.

W Brisbane spotkałam się z koleżanką poznaną w Newcastle i bardzo miło spędziłyśmy czas włócząc się po mieście, idąc kilometrami do upatrzonego miejsca na obiad, pijąc cider na na Quenn’s Street, łażąc po lokalnym markecie jedzeniowym.

W Brisbane miałam zatrzymać się u ludzi poznanych w Singapurze. Wiedzieli, że wybieram się też do Australii i zaprosili mnie do siebie. Dali mi numer telefonu i dopiero po jakimś czasie zaczęłam się zastanawiać z którego miasta byli. Doszłam do wniosku, że musiało to być Brisbane. Kilka dni przed przyjazdem zadzwoniłam do nich, bardzo milo nam się gadało, no i jak powiedziałam, że za kilka dni będę w Brisbane to zapadła cisza, a potem zdanie – no, ale my mieszkamy w Perth (to tylko 5,5 godziny samolotem z Brisbane :). Do Perth niestety z braku czasu już się nie wybiorę tym razem, ale następnym to już na pewno.

Kuzynka która też zaprosiła mnie do siebie musiała wyjechać służbowo więc zatrzymałam się w hostelu. Wszystko było spoko do czasu jak ostatniego dnia ktoś wyrzucił moje jedzenie z lodówki i z braku czasu przed wyjazdem na lotnisko, na obiad miałam bułkę i banana – zupełnie jak Małysz kiedyś 🙂

 

Newcastle, Port Stephens and Hunter Valley

IMG_9277dddIMG_9641IMG_9598IMG_9256dddIMG_9245sssIMG_9262IMG_9288IMG_9585IMG_9612sssIMG_9651dddIMG_9619IMG_9451IMG_9573IMG_9318

Newcastle. Parę osób mnie pytało po co tam jadę 🙂 Chyba głównie po to, żeby spotkać się z poznaną w Tajlandii znajomą. Poza tym to całkiem ładne miasto położone nad morzem w stanie New South Wales. Przez miasto przepływa rzeka Hunter. Newcastle jest sporo fajnych szlaków spacerowych, część wzdłuż rzeki a część wzdłuż wybrzeża, latarnia morska i baseny nad samym brzegiem morza.

Blackbutt Reserve (rezerwat) znajduje się na przedmieściach Newcastle. Jest to park z wieloma szlakami spacerowymi. Jest tu też rodzaj małego jakby zoo. Wejście jest bezpłatne. To tu zobaczyłam koale. W języku aborygenów koala znaczy no drink (nie pije). To dlatego, że wszystkie potrzebne im płyny zapewniają im liście eukaliptusów. Jeśli koala pije wodę znaczy, że jest albo chory albo jest straszna susza. Koale wyglądają jak misiulki do przytulania, ale jak się spojrzy na ich pazury to jednak bym ich nie przytulała:) Były też najróżniejsze ptaki, jeden śpiący wombat – jedyny żywy jaki do tej pory widziałam, kangury, wallabies (kangury małe) i emu.

Następnego dnia wybrałam się do Port Stephens. Jako, że nie wiedziałam gdzie dokładnie chcę pojechać, to kierowca autobusu polecił mi Nelson Bay. Nie był to najlepszy wybór, bo to niezbyt piękne miasteczko z wąską, dość krótką plażą. Wydmy polecone mi przez koleżankę obejrzałam tylko przez okno autobusu.

Hunter Valley to dolina pełna winnic. Żeby tam się dostać musiałam jechać ponad godzinę autobusem a potem ktoś z firmy autobusowej odebrał mnie z przystanku co wiązało się ze sporą dodatkową opłatą. Dolinę zwiedzałam autobusem hop on hop off. Chyba po raz pierwszy widziałam winnice. Pogoda była piękna. Chwilami aż za gorąco. Najpierw pojechałam do Hunter Valley Gardens (ogrody) i tam spędziłam dość sporo czasu. Ogrody są ładne, średniej wielkości. Zostały otwarte w 2003 roku. Jest tu kilka ogrodów tematycznych i kilka małych jeziorek. Potem zatrzymałam się jeszcze w dwóch miejscach, oglądając winnice i małą wioskę.

Z winnic odebrała mnie znajoma, którą poznałam w Tajlandii. Spędziłyśmy miły wieczór w Newcastle spacerując i gadając. Kolację zjadłyśmy w pizzerii, gdzie kelner spojrzał na mnie z uznaniem mówiąc wow! taka mała dziewczyna może zjeść tak wielką pizzę 🙂

Moja znajoma od kilku lat nie wynajmuje żadnego mieszkania. Czasem mieszka w hostelu, czasem u znajomych. Dzięki temu może sobie pozwolić na więcej podróży. Nie spotkałam do tej pory kogoś tak wolnego. W sensie nie przywiązanego do miejsca. I pomyśleć że polski urząd skarbowy robi problemy z akceptacją podatku od wynajmu, bo chwilowo nigdzie nie mieszkam 🙂

Kiedy okazuje się, że nocny autobus do Brisbane jest bardzo drogi, wybieram pociąg. Muszę najpierw dojechać do Broadmeadow. Autobusem, bo pociągi do Newcastle zostały wstrzymane wiele miesięcy temu. Piękna stacja kolejowa stoi opuszczona, choć całą noc palą się tam światła. Plotka głosi, że miasto chce sprzedać tereny, na których znajdują się tory kolejowe. Jest niedziela i autobusy nie jeżdżą tak często. Wsiadam do autobusu, który polecił mi recepcjonista z hostelu, ale kierowca twierdzi, że powinnam jechać innym. Tłumaczę mu, że mam mniej niż godzinę do odjazdu mojego pociągu i nie mogę czekać na inny. W końcu po długich rozmyślaniach stwierdza, że wie gdzie powinnam wysiąść. W Broadmeadow ulice są puste. W końcu nadjeżdża rowerzysta, który nie jest pewny gdzie jest stacja kolejowa. Idę więc dalej ulicą mając nadzieję na jakiś kierunkowskaz. Dogania mnie miły facet na rowerze. Objechał najbliższe ulice i znalazł dworzec. Dziwne to dla mnie bo wyobrażałam sobie, że skoro to międzystanowe połączenie kolejowe o długości prawie 800 km to w Broadmeadow jest duża stacja kolejowa. Kiedy tam docieram, czeka na mnie stacja o rozmiarach wiejskiej stacji kolejowej w Polsce. Różnica jest taka, że jest tam czysta, działająca toaleta. Pociąg jest ok. Nikt nie siedzi koło mnie przez całą podróż więc mogę się rozwalić na dwóch siedzeniach, gapić się przez okno, słuchać piosenki która jest moją obecną muzyczną obsesją (Ewa, nie Bednarek tym razem:)) i przyglądać się dziwnym pozycjom do spania jakie przyjmują moi współpasażerowie. Za oknem przesuwa się krajobraz, miękkie zielone wzgórza, czarne krowy (bez kropek bordo), w oddali zalesiona wzgórza, z mgłą unoszącą się o zmierzchu. Pociąg dość wolno się toczy, choć może biorąc pod uwagę dystans jaki mamy do pokonania w ciągu 10 godzin, to może jednak nie aż tak wolno. Tory wiją się wśród pól. Po drodze mijamy nieliczne miejscowości, domy stojące pośrodku niczego, strumienie i małe stawy Kiedy dojeżdżam w końcu do Brisbane mogę zaśpiewać razem z Beverly Craven – it’s 4 o’clock in the morning.

 

Sydney and Bondi beach

 

IMG_9049IMG_8965IMG_9090dddIMG_90111IMG_8914IMG_9096IMG_8902IMG_9002IMG_9156IMG_8948IMG_9013

Sydney to największe miasto w Australii i stolica stanu New South Wales. Niestety spędziłam tu tylko niecały dzień. Miasto bardzo mi się podobało. Łaziliśmy kilka godzin. Zaczęliśmy od kultowego budynku Opery, a potem poszliśmy wzdłuż rzeki Parramatta. Po drodze mijaliśmy The Rocks, piękny Harbour Bridge, park z obserwatorium astronomicznym, uliczki ze starymi budynkami, Darling Harbour (port), Chinatown aż doszliśmy do Hyde Park. W Sydney jest też duży ogród botaniczny, ale nie starczyło już czasu na to. Podobała mi się atmosfera tego miasta.

Mam nadzieję, że kiedyś wrócę do tego miasta na trochę dłużej.

Następnego dnia mój kuzyn wrócił do domu a ja zaczęłam podróż w swoim starym stylu 🙂 Zostawiłam plecaki w hotelu i pojechałam na kultową Bondi Beach. Nie oglądałam wcześniej zdjęć z plaży i trochę inaczej ją sobie wyobrażałam. Jest to plaża w zatoce, ładna, dość szeroka i niezbyt długa. Sporo surferów. Ładne budynki dookoła. Posiedziałam tam sobie kilka godzin napawając się spokojem tego miejsca i gapiąc na morze. Potem odebrałam plecaki i wsiadłam w pociąg jadący do Newcastle.

 

 

Katoomba and Blue Mountains

IMG_8778IMG_8701__CopyIMG_8855fffIMG_8896IMG_8708IMG_8664IMG_8710_dddIMG_8862IMG_8815IMG_8765IMG_8842fffIMG_8866fffIMG_8868

Katoomba to urocze małe miasteczko położone w Blue Mountains (Niebieskich Górach). Właściwie to pierwsze małe miasteczko, które mi się podoba. Poprzednie przez które przejeżdżaliśmy były zorganizowane wokół dużego skrzyżowane, budynki niezbyt piękne, parterowe lub z jednym piętrem. Ogólnie nieciekawe. Ale Katoomba jest inna. Położona na wzgórzu, pełna uroczych domów. Dla odmiany łatwo dostępna pociągiem albo autobusem z Sydney. Na tyle mała, że do szlaków można dojść na piechotę. Wiodą one brzegiem klifu albo przez las. Piękne widoki na Blue Mountains. Niebieskie od niebieskawej poświaty bijącej od drzew eukaliptusowych porastających góry i doliny. Szlakami można wędrować godzinami, docierając do wielu miejsc z punktami widokowymi. Szlak w poniedziałek był zupełnie pusty. Tylko w okolicach, w które można było dojechać samochodem było sporo ludzi.

Chyba najsłynniejszym miejsce w Blue Mountains są Three Sisters (Trzy Siostry) – trzy smukłe skały ustawione w jednym szeregu.

Pierwszego dnia weszłam do małej kafejki. Wystrój i atmosfera super. Muzyka, a la irlandzka. Wspomnienia wróciły i zatęskniłam. Wróciliśmy tam tego samego wieczora na obiad a następnego dnia byłam tam chyba ze 3 razy. Okazało się, że ta restauracji, z obłędnym, trochę alternatywnym jedzeniem jest prowadzona przez organizację religijną (niektórzy mówią sektę). Jest to społeczność, w której wszyscy pracują dla wspólnego dobra. Ubierają się dość konserwatywnie, mężczyźni mają brody, kobiety długie włosy związane z tyłu głowy (trochę jak Mormoni). Nikt nie zarabia tam pieniędzy, a wszystkie potrzeby wyznawców pokrywa wspólnota. Zaprosili mnie, żebym z nimi została na dzień lub dwa. Może następnym razem:)

Blue Mountains są na liście Światowego Dziedzictwa Unesco.

 

Canberra

IMG_8590dddIMG_8416IMG_8415IMG_8544IMG_8404dddIMG_8566IMG_8576IMG_8462IMG_8610IMG_8515IMG_8461

Z Narodowego Parku Kościuszki jedziemy do Australian Capital Territory ACT (Australijskie Terytorium Stołeczne). Canberra to stolica Australii. Znajduje się w New South Wales (Nowa Południowa Walia). W mieście jest dużo terenów zielonych. Canberra robi dość dziwne wrażenie. Nie ma żadnego centrum. W środku miasta jest jezioro Burley Griffin i miasto jakby przysiadło na obu jego dłuższych brzegach. Transport publiczny raczej nie jest dobry.

To miasto to siedziba parlamentu narodowego i wielu państwowych instytucji.

Odwiedziliśmy Australian War Memorial. Jest to miejsce poświęcone pamięci 102 tyś Australijczyków, którzy stracili życie w kilku wojnach w ciągu ostatnich 100 lat. W środku jest świetne muzeum.

Parlament narodowy (nowy budynek) usytuowany na Capital Hill jest dostępny do zwiedzania. Załapaliśmy się na darmową wycieczkę z przewodnikiem, ale można też zwiedzać indywidualnie. Trochę historii budynku, który został oddany do użytku w 1988 roku, pełny jest symboli związanych z Australią. Obok jest stary budynek Parlamentu z 1927 roku i ogrody przylegające do niego – także udostępnione dla zwiedzających.

Mount Ainslie jest tuż obok war Memorial. Jest to najwyższa góra w obrębie miasta. Ma 843 mnpm. Otoczona jest ładnym parkiem. Ze szczytu rozciąga się widok na miasto. To chyba też najlepszy punkt do oglądania panoramy miasta nocą.

Black Mountain położona jest po przeciwnej stronie miasta niż Mount Ainslie. Ma 812 mnp. Na szczycie góry jest wieża widokowa. Obok jest ogród botaniczny do którego nie udało nam się dotrzeć.

W północnej części miasta jest Cockington Green – park miniatur. Są tam miniatury budynków z angielskiej wsi, a w drugiej części parku znajdują się najbardziej znane budynki z wielu krajów świata. Wszystko zorganizowane w pięknym ogrodzie pełnym cudnych kwiatów.

 

Kościuszko National Park and the highest peak of Australia

IMG_8245IMG_8020IMG_8028IMG_8292ffIMG_8249IMG_8022IMG_8348IMG_8059IMG_8340dddIMG_8329IMG_8353IMG_8273fffIMG_8178dddIMG_8328dddIMG_8153ddd

Park Narodowy Kościuszko (lokalna wymowa Kozjosko) jest położony w stanie New South Wales (Nowa Południowa Walia). Na terenie parku znajdują się Snowy Mountains (Góry Śnieżne) i najwyższy szczyt Australii – Góra Kościuszki 2228 mnpm.

Dla mnie to początek kilkudniowej podróży w zupełnie innym stylu niż dotychczas. To road trip z moim kuzynem. Dobrze czasem dać komuś zająć się wszystkim. Wygodnie rozsiąść się, dać się wcisnąć w fotel, podziwiać widoki, robić zdjęcia przez okno, śmiać się, słuchać radio a tam gdzie nie odbiera pozwolić Annie German, Backstreet Boys i Lea Salonga towarzyszyć nam.

Góra Kościuszki to był dla mnie numer 1 w planach na Australię. Park jest piękny. Pierwszego dnia dojechaliśmy do Jindabyne już po ciemku. Im głębiej w góry tych chłodniej. Jak wyjeżdzaliśmy z Melbourne temperatura dochodziła do 30 stopni, a zima skończyła się raptem kilka dni wcześniej. Ostatnie 120 km drogi wiodło przez sam park i minęliśmy tylko 5 samochodów. Zobaczyłam też po raz pierwszy kangury. Było też dużo jeleni. Wzdłuż drogi było sporo martwych wombatów. Jak na razie nie widziałam żadnego żywego. Zwykle leżą na plecach, z łapkami do góry. Były też martwe jelenie i kangury w różnym stadium rozkładu. To okropne ile tych pięknych zwierząt jest zabijanych przez samochody.

Wraz z końcem zimy skończył się tu sezon narciarski i Jindabyne wyglądało na opuszczone. W sezonie zimowym na pewno tętni życiem. Niestety żeby tu dojechać trzeba mieć samochód. Wprawdzie w internecie znalazłam jakieś połączenie z trzema przesiadkami, ale nie udało mi się dowiedzieć, czy jest wciąż aktualne. No i bez samochodu trudno dojechać do szlaków w parku.

Pierwszego dnia wybraliśmy się na łatwy około 20 kilometrowy spacer szlakiem wiodącym wzdłuż i przecinającym rzekę Thredbo.

Następnego dnia weszliśmy na najwyższą górę w Australii – górę Kościuszki. Wzdłuż drogi prowadzącej do Thredbo rozciąga się las martwych drzew (przynajmniej tak wyglądały na progu wiosny). Krajobraz miejscami księżycowy. Kolory szaro bure. Może latem jest bardziej zielono.

W górach było wciąż pełno śniegu. Dzień był wymarzony na to, słońce i zero wiatru. Około połowa szlaku była pokryta śniegiem. Za radą pana ze sklepu sportowego wypożyczyliśmy snow boots (buty śnieżne) – rodzaj dużych, plastikowych nakładek na buty, które mają zęby od spodu. Najpierw wydawało mi się, że niesiemy to bez sensu, ale przydały się na ostatnich 2 kilometrach. W górach, jak to w górach – pięknie:) Wzgórza pokryte śniegiem, malownicze skały. Szlak łatwy. Trudno uwierzyć że to Mount Everest Australii 🙂 Duża jego część wiedzie wzdłuż Snow River (Rzeki Śnieżnej).

Jakieś 2 km od szczytu nagle nadleciały 2 F16 i dwukrotnie okrążyły góry 🙂 Kto wie? Może kiedyś i to marzenie uda mi się zrealizować 🙂