Colombo na dowidzenia

IMG_2451

IMG_2439nowyIMG_24311IMG_2436
IMG_2422nowy
IMG_2442
IMG_2443nowy
IMG_2446nowy1IMG_24441
IMG_2434nowy

Ostatni dzień na Sri Lance. Wilgotny oblepiający upał. Udało mi się trochę przespać i poszłam zobaczyć jeszcze raz moje ulubione miejsca w mieście.

Wieczorem wracam do hostelu zatłoczonym autobusem. Nie ma żadnych miejsc siedzących i stoję w tłoku pośrodku autobusu. Robi mi się trochę słabo, nie ma czym oddychać. Resztę drogi jadę w otwartych drzwiach autobusu. Czuję, że przyjdzie mi zapłacić za nocną jazdę autobusem. Rano jest mi słabo i zastanawiam się jak uda mi się dowlec z bagażami na przystanek autobusowy.

Dojeżdżam autobusem na dworzec autobusowy skąd odjeżdżają busy na lotnisko. Pytam kierowcy ile kosztuje bilet – 110 rupi. Mam w kieszeni ostatnie 120 rupi. Wsiadam do autobusu i czekamy aż będzie więcej pasażerów. W końcu ruszamy, po drodze autobus zatrzymuje się na wielu przystankach. W końcu konduktor pochodzi do mnie z biletem i mówi 220 rupi. Przecież mówił, że 110 rupi. Tak, ale mój bagaż też wymaga biletu. Mówię mu, ze widział mnie z bagażem i nic nie powiedział, nawet pomagał mi go umieścić między siedzeniami. Mówię, że nie mam więcej kasy i on obrażony obchodzi.

Na lotnisku podłamuję się trochę po zważeniu moich bagaży. Na lotnisku biorę nurofen i opatulam się szalem. Formalności jak zawsze trwają w nieskończoność, przechodzi się przez wiele bramek i trzeba skanować bagaż podręczny w kilku miejscach nawet jak nikt przy maszynie nie siedzi. Przy wydawałoby się ostatniej już odprawie znów się mnie czepiają, że nie mam biletu powrotnego z Indii. Ściemniam, że mam go w bagażu głównym i rzeczywiście znajduję potem przeterminowaną o kilka miesięcy, ale jednak, rezerwację na wylot z Indii. Moja wiza wygasa dopiero pod koniec lipca i nie rozumiem dlaczego na koniec kwietnia powinnam już mieć bilet.

Tuż przed wsiadaniem do autobusu podwożącego do samolotu znów przeszukują wszystkim bagaże podręczne. Na dworzu, jakby nie można było tego zrobić w klimatyzowanej poczekalni, gdzie wszyscy czekali na autobus. W końcu wsiadamy do autobusu. Pani większych rozmiarów myśli, że będę się przeciskała na swoje miejsce po jej kolanach, bo jej się nie chcę tyłka podnieść. Wszyscy siedzą już na swoich miejscach i dopiero wtedy czuć jak wewnątrz samolotu jest gorąco. Nie wydaje mi się, żeby były nadawane jakieś komunikaty na ten temat. Pytam przechodzącą stewardessę, i słyszę, że klimatyzacja jest zepsuta i temperatura obniży się jak samolot zacznie się wznosić. Ale nie wznosi się jeszcze przez co najmniej pół godziny.

Trincomalee

IMG_2409nowy

IMG_2394nowyIMG_2399nowyIMG_2374IMG_2378nowyIMG_2344nowyIMG_2369nowyIMG_2340nowyIMG_2339nowyIMG_2367IMG_2387IMG_2383nowyIMG_2349IMG_2324

Trincomalee to małe miasteczko położone na wschodnim wybrzeżu Sri Lanki. Pierwsze wrażenie nie najlepsze, bo to nic specjalnego. Natomiast jest położone w zatoce nad samym oceanem i ma kilka uroczych miejsc. Najbardziej polecana przez przewodnik jest Swami Rock. Wiedzie do niej zacieniona droga najpierw nad brzegiem oceanu, później skręca na tereny jednostki wojskowej. Jest to także teren starego holenderskiego fortu zwanego dziś Fortem Fredericka. Przechodzi się przez bramę z wykutym rokiem 1615. Po drodze jest buddyjska świątynia z wysokim stojącym posągiem Buddy i pięknym widokiem na zatokę.

Po drodze do Swami Rock jest dużo dzikich ale nie bojących się ludzi łani. Na końcu drogi jest duża, pięknie położona średniowieczna hinduska świątynia Koneswaram Temple zwaną świątynia o tysiącu filarów. Z boku świątyni jest Swami Rock, zwaną skałą zakochanych. Na zboczach skały jest wiele figur hinduskich bogów.

Kiedy przyjechałam do Trincomalee, na plaży właśnie odbywały się obchody Nowego Roku (który się tu celebruje cały miesiąc).

Następnego dnia dołączyła do mnie koleżanka. Udało jej się znaleźć guesthouse położony na samej plaży, cisza, spokój i dużo rybackich łodzi. Spędziłyśmy część dnia łażąc po nieciekawym miasteczku szukając czegoś do jedzenia na co miałybyśmy ochotę a drugą część dnia czytając na plaży.

Wieczorem miałam nocny autobus powrotny do Colombo. W autobusie okazało się, że moje siedzenie jak i wszystkie dookoła były zajęte tobołami jakiegoś podpitego faceta. Upierał się, że nie zabierze swoich toreb, powtarzał „no, Madame”, a w końcu zaczął mnie poklepywać po ręku. Ryknęłam, żeby mnie nie dotykał i zabierał manele z mojego siedzenia. Bez skutku. W końcu przyszedł konduktor i facet siebie samego i wszystkie swoje toboły przetransportował na koniec autobusu. Autobus był z klimatyzacją. Jednak albo była włączona na pełny regulator i było jak w chłodni albo ją wyłączali i roznosiło się po autobusie wilgotne ciepełko. Kierowca ciągle otwierał okno i pluł a konduktor ciągle otwierał drzwi i wpuszczał nowych pasażerów. Po kilku takich seansach raz sauna raz chłodnia zatkałam zasłoną najbliższy mnie nawiew. Droga – autostrada w przebudowie – okropna. W końcu nad ranem dotarłam do Colombo.

Dżungla za płotem i słonie

IMG_2302nowyIMG_2255IMG_2292nowyIMG_2246IMG_2207IMG_2201IMG_2273IMG_2315nowyIMG_2320IMG_2251IMG_2318IMG_2250IMG_2199IMG_2252IMG_2218nowyIMG_2249IMG_2204IMG_2253nowyIMG_2202IMG_2304nowyIMG_2219

Cały czas jestem w Dambulli 🙂 Fajnie tu. Miasteczko takie sobie. Ma fajne miejsca, ukryte przed oczami przejezdnych turystów. Poza Rock Temple to mało turystyczne miejsce. Dobrze, bo restauracje mają ceny dla miejscowych. Mój hostel jest na uboczu, mimo że tuż obok jest autostrada – w przebudowie. Cisza i spokój. Do centrum miasteczka 15 minut na piechotę. Z dworca autobusowego regularnie odjeżdżają autobusy do wszystkich interesujących miejsc w bliższej i dalszej okolicy. W hostelu czasem jestem jedynym gościem, a czasem zbierze się grupa fajnych osób. Za płotem dżungla 🙂 Trochę udomowiona. Rzeka niedaleko. Palmy i plastikowy basen w hostelowym ogrodzie.

Z koleżanką z hostelu pojechałyśmy na miejskie wysypisko. Śmieci są tam wywożone 2 razy dziennie. I wtedy też można zobaczyć słonie. Z tuk tuka przesiadłyśmy się do śmieciarki (dzięki uprzejmości kierowcy). Śmieciarka lux wersja 🙂 nowiutka, folia jeszcze na siedzeniach i klimatyzacja. Dzięki temu mogłyśmy być naprawdę blisko słoni. Tuk tuk ze względów bezpieczeństwa nie podjechałby tak blisko. Niesamowity widok: kilka tych olbrzymich dzikich zwierząt na wyciągnięcie ręki. Przykre, że jedzą na śmietniku. Może tak, jak część ze zwierząt żerujących na wysypiskach robią to bo to najłatwiej dostępne jedzenie. Albo miałyby problem znaleźć wystarczające ilości gdzie indziej.

Słoń podobno powinien jeść około 18 godzin dziennie, żeby zaspokoić swoje potrzeby. Często słonie, które są ujeżdżane przez turystów nie mają takiej możliwości. Czasem podawaną są im narkotyki. Treser słonia ma w ręku metalową pałkę, którą często bije słonia po głowie. Ujeżdżane słonie najczęściej mają nogi spętane łańcuchem. Dlatego nigdy nie będę jeździć na słoniu, ani też nie odwiedziłam żadnego z ośrodków ze słoniami, które są na Sri Lance. W niektórych jak w Elephant Orphanage pomaga się chorym słoniom, które by pewnie nie przetrwały na wolności. Ale od osób, które odwiedziły te miejsca słyszałam, że niektóre słonie są spętane łańcuchami.

Niedaleko od Dambulli jest National Iron Wood Park and Rose Quartz Mountain Range. Super miejsce na upał. Najpierw jest to spacer przez dżunglę. Przystanek na sok z zielonych pomarańczy z solą i napar z belly fruit (podobno ma działanie oczyszczające) z jaggery – brązowym cukrem z Indii, powstającym przez odparowanie soku z drzewa palmowego. Potem krótka wspinaczka po skałkach. Gdzieniegdzie widać różowy kolor, który w większości wyblakł w palącym słońcu. Na szczycie posąg siedzącego Buddy i widok na góry i dżunglę.

W drodze powrotnej oglądanie odcisku stopy słonia, dotykanie krów, przyglądanie się przebiegającej drogę manguście, podziwianie niezliczonej ilości ptaków, ludzie kąpiący się w zaporze. Spotkanie z policją i mandat dla przemiłego kierowcy tuk tuka za przewożenie nadmiarowej ilości pasażerów. To akurat trochę szokujące, gdy dookoła widzi się tuk tuki napchane do granic możliwości. Po powrocie obiad ugotowany własnoręcznie w hostelowej kuchni i kąpanie hostelowego szczeniaka 🙂

Pidurangala Rock

IMG_2166IMG_2126IMG_2135IMG_2151IMG_2132IMG_2152IMG_2148IMG_2168IMG_2175

Pidurangala Rock to skała w niedalekiej odległości od Sigiriyi. Ze szczytu rozciąga się zapierający dech w piersiach widok na całą okolicę a Sigariyę widać jak na dłoni. Większość trasy na górę jest zacieniona, co jest dużym plusem. Po drodze mija się posąg leżącego Buddy. Kilka razy trzeba się wspinać po kamieniach. No i jest dużo mniej popularna niż Sigariya i wejście kosztuje także wielokrotnie mniej. Tylko kilka osób widziałam na trasie, a na szczycie przez większość czasu byłam tylko z koleżanką.

Anuradhapura

IMG_2054IMG_2004IMG_2088IMG_2029IMG_2028IMG_2033IMG_2061IMG_2060IMG_2093IMG_2020

Anuradhapura należy do jednych z najważniejszych antycznych zabytków Sri Lanki. Jest jedną z pozycji Kulturalnego Trójkąta. Zabytki znajdują się w znacznej odległości od siebie. Pomimo opłaty za wstęp $25 miasto nie zapewnia transportu. Historyczne budowle i ruiny są oddalone od współczesnego ruchliwego miasta. Pozostaje eksplorowanie na piechotę, co w kwietniowym żarze jest nieco trudne, wypożyczenie roweru lub dogadanie się z kierowcą tuk tuka (cena może powalić na kolana). Część z atrakcji wymaga wykupienia dodatkowego biletu, a część jest zupełnie za darmo.

Sri Maha Bodhi jest to świątynia na terenie której rośnie święte drzewo. Podobno wyrosło ono z gałęzi przywiezionej z Bodhgaya w Indiach przez księżniczkę Sangamittę, siostrę Mahinda, który wprowadził nauczanie Buddy na Sri Lankę. Drzewo to jest ponoć najstarszym drzewem na świecie, ma ponad 2000 lat. Teraz jest tu więcej drzew Bodhi, ale to najstarsze i najświętsze rośnie na górnej platformie (nie można do niego podejść). Cały teren jest pełen kolorowych flag. Mnóstwo wiernych przychodzi tu, żeby się modlić i składać dary.

Po drodze do Ruvanvelisaya Dagoba mija się ogrodzone ruiny Brazen Palace. W zasadzie są to pozostałości 1600 kolumn, które były częścią tego wielkiego, dziewięciopiętrowego pałacu, który zapewniał zakwaterowanie dla tysiąca mnichów. Pałac został wybudowany ponad 2000 lat temu, ale był wielokrotnie przebudowywany przez następne wieki i to co można dziś oglądać to pozostałości ostatniej przebudowy około XII wieku. Pałac swą nazwę zawdzięcza dachowi z brązu, który na jakimś etapie przykrywał budynek.

Zielony park/pole z krowami wiedzie do Ruvanvelisaya Dagoba. Dagoba jest biała i dolna jej część pokryta jest setkami słoni stojących jeden obok drugiego.

Jetavanarama Dagoba, dziś około 70 metrowa, oryginalnie najprawdopodobniej miała ponad 100 metrów i była trzecią najwyższą budowlą na świecie (na pierwszym i drugim miejscu były wtedy egipskie piramidy). Obok dagoby znajdują się ruiny klasztoru w którym mieszkało 3000 mnichów.

Przed dagobą jest muzeum Jetavaarama. Niezbyt ciekawe zbiory elementów fasad i naczyń.

Rejon zwany Citadel obejmuje ruiny pałacu królewskiego oraz Dalada Maligawa, świątynię, która była najprawdopodobniej pierwszą świątynią w której był przechowywany święty z ąb Buddy.

Kuttam Pokuna (Twin Ponds) czyli bliźniacze baseny używane kiedyś przez mnichów jako zbiorniki na wodę. Nazywane bliźniakami pomimo że jeden jest sporo dłuższy niż drugi.

Abhayagiri Dagoba jest ogromna. Wybudowana w drugim lub pierwszym wieku przed naszą erą. Nazwę dagoby można przetłumaczyć jako wzgórze bez strachu. Była przeznaczona dla 5000 mnichów. Dagoba najprawdopodobniej była przebudowane kilkakrotnie aż osiągnęła swoja wysokość 75 metrów.

Samadhi Budda to posąg medytującego Buddy stworzony w IV wieku naszej ery.

Moonstone – chyba najbardziej polecane ruiny w całym kompleksie. Są to pozostałości IX wiecznej szkoły dla mnichów. Przed głównym wejściem znajduje się półokrągły kamień rzeźbiony w wizerunki zwierząt. Jest to cichy zakątek, pełen drzew, dobre miejsce na schowanie się przed lejącym się z nieba żarem i odpoczynek przed drogą powrotną.

Ruiny antycznego miasta rozciągają się wzdłuż drogi i jest to naprawdę imponujący widok. Ruiny są w większości niewysokie, gdzieniegdzie są pozostałości schodów, czasem trafi się jakaś wyższa kolumna. Rozmiar miasta pokazuje, że był to ważny ośrodek. Mało osób zagłębia się pomiędzy ruiny. Kiedy chciałam wejść trochę głębiej wystraszyłam węża i z obawy spotkania innych zawróciłam. Wyjeżdżając z miasta wciąż można oglądać ruiny z okna autobusu.

Cieszę się, że odwiedziłam Anuradhapurę, bo inaczej miałabym poczucie, że coś straciłam. Z czystym sumieniem można jednak sobie odpuścić zwiedzanie tego kompleksu. Dagoby, bez względu czy najstarsze czy największe wyglądają podobnie, i po obejrzeniu kilku reszta robi dużo mniejsze wrażenie. Cena tej atrakcji jest trochę zaporowa jak na to co oferuje.

Sigiriya

IMG_1920

IMG_1919IMG_1909IMG_1977IMG_1993IMG_1944IMG_1950IMG_1961IMG_1940IMG_1939

Sigiriya to mała wioska i jednocześnie pierwsze miejsce w Kulturalnym Trójkącie. Sigiriya jest to wielka, 370 metrowa skała (podobno pochodzenia wulkanicznego) górująca nad okolicą. Zwana jest Lion’s Rock – Lwią Skałą. Dookoła niej znajduje się olbrzymi, ładnie rozplanowany ogród. Najlepiej cały projekt ogrodu widać na miniaturze w miejscowym muzeum. Na szczycie skały znajdują się ruiny. Jest wiele teorii na temat tego co znajdowało się tam wieki temu. Niektóre z nich mówią o pałacu lub forcie, ale najprawdopodobniej był to klasztor i miejsce medytacji. Mniej popularne teorie mówią o niesamowitej energii tego miejsca, a także o lądowaniu obcych.

Wewnątrz skały jest wiele korytarzy, teraz zasypanych. Podobno te korytarze prowadzą do wielu ważnych buddyjskich świątyń w większości ważnych miejsc na Sri Lance.

Skała ta zwana jest Lion’s Rock z powodu wielkich kamiennych łap znajdujących się z jej północnej strony. Legenda głosi, że była tam też pozostała część lwa, która uległa zniszczeniu/zniknęła. Jeśli przyjrzeć się tym łapom, to one w ogóle nie wyglądają jak łapy lwa, ale jak łapy jaszczura lub smoka.

Mniej więcej w połowie wysokości skały jest rodzaj wgłębienia/pieczary, której ściany są wypełnione freskami kobiet. Są to popiersia bardzo pięknych kobiet z idealnymi piersiami i ozdobami na szyjach. Nikt nie wie jak stare są to malowidła. Przetrwały w doskonałej formie, ponieważ są w zacienionym miejscu.

Poniżej tej galerii z freskami jest Mirror Wall – Lustrzana Ściana. Znajdują się na niej zapiski osób odwiedzających galerię setki lat temu. Według badań zapiski są datowane na VI – XIV wiek.

Na terenie ogrodów znajduje się Cobra Hood Cave – Jaskinia Kobry. Jest to wysoka skała w kształcie kobry szykującej się do ataku. Wejście do jaskini jest zablokowane.

Niedaleko Cobra Hood Cave jest Auditorium/Meeting Hall – miejsce spotkań. Jest to płaska, duża skała, która mogła kiedyś spełniać rolę punktu zebrań. Inna teoria głosi, że mogło to być miejsce komunikacji z obcymi.

Sigiriya jest na liście Światowego Dziedzictwa Unesco od 1982 roku.

Niedaleko od Sigiriya jest Pidurangala Rock. Jest on doskonale widoczna ze szczytu Sigiriya. Jest to znacznie rzadziej odwiedzane przez turystów miejsce. Po drodze na szczyt znajduje się posąg śpiącego Buddy.

Dambulla

IMG_1901IMG_1855IMG_1889IMG_1845IMG_1853IMG_1870IMG_1851IMG_1876IMG_1900IMG_1852IMG_1860IMG_1886

Dambulla to małe miasteczko w części Sri Lanki zwanej Cultural Triangle Kulturowy Trójkąt. Do obejrzenia jest tu Golden Temple – Złota Świątynia oraz Cave Temples – Świątynie w skalnych pieczarach.

Cave Temples znajdują się na szczycie wielkiej skały. Stamtąd rozciąga się widok na całą okolicę, wyraźnie widać Sigariyę – 20 km dalej. Świątynie znajdują się w skalnych jaskiniach. Powstały najprawdopodobniej około pierwszego wieku przed naszą erą. Jest ich 5, w różnym rozmiarze. W każdej z nich jest wiele posągów Buddy (łącznie około 150), od stosunkowo niewielkich do kilkunastometrowych. Malowidła ścienne zostały stworzone dopiero w XVIII wieku.

Dambulla jest też świetnym miejscem wypadowym do Sigariyi, Anudhapura, Polonnaruwa. Każde z tych miast ma dobre połączenie autobusowe z Dambullą.

Dobry hostel z ogrodem i fajną ekipą, dostęp do kuchni, żeby ugotować ziemniaki 🙂 i nawet farbowane odrosty włosów które wyszły na pomarańczowo nie psują atmosfery totalnego relaksu w tym historycznym miejscu.