Wszystkie drogi prowadzą do Bangkoku 2

5tGnkCGdqun8DLVASX

 

itIuPA288FKa3NXS9X

cTCO3qUVDkaEgx9KRX

T2gmknjfpbtCDhFMgX

3lnaAa090bReLvETcX

jJaKRJBttsSDDmEtaX

hXnjiLEgXa5SMlj8aX

IYkbtbyibsyRGDhj8X

eLN8cj8vQk0d8nY4hX

IPU2GUDWs5Qy8zyIPX

lloKsbRGzSGzXYkceX

pvwzx9vzNJ4ZzOnEQX

Dyf25g5DWYMb9yfkDX

UtDAlQlX2rjCqgEtPX

0Pskd4lzL2NjBCF1SX

SsKzVWDj7Kax1z8oaX

GsMKGDKSMU6h7uEBwX

fUbzG5EhhCfGpz1yWX

LtztGyTAPlHUZn65vX

10EiVhhaapBxboMolX

Home away from home. Jak gdzieś za dużo czasu spędzam to od razu chce zamieszkać. Tym razem 4 dni jakie spędzam w Bangkoku są tylko i wyłącznie na relax. Ani nie muszę się starać o żadną wizę, a główne ”punkty” ma już dawno odhaczone :)Co nie znaczy, że nie odwiedzam nowych miejsc – tych starczy mi jeszcze na wiele pobytów w Bangkoku:)

Mój plan by z Wietnamu przejechać do Indii drogą lądową spalił na panewce. Z Myanmar mogłabym przekroczyć drogą lądową do Indii ale byłoby to skomplikowane po obu stronach. W Mynamar musiałam uzyskać pozwolenie na to i zapłacić za przewodnika, który towarzyszyłby mi do granicy. Po stronie indyjskiej – musiałabym dostać pozwolenie na przekroczenie granicy w tamtym rejonie, jako, że sytuacja tam nie jest chyba zbyt stabilna. Wszystko zajęłoby dużo czasu i kosztowało sporo. Czas mam, ale pieniędzy już prawie nie. Dlatego z Yangon lecę do Bangkoku. Niestety z Yangon nie znalazłam żadnego taniego lotu bezpośrednio do Indii w terminie jaki mi pasował. Taniej wyszły dwa loty, a przy okazji postanowiłam zostać kilka dni.

Mój samolot ląduje w Bangkoku późnym wieczorem. Udaje mi się jednak złapać autobus a potem metro i nie muszę brać taxi. Mój ulubiony hostel:)

Następnego dnia leje z rana, co mi nie przeszkadza, bo nie mam żadnych wyjściowych planów. Śpię do oporu, jem duże śniadanie a potem zabieram się do prania. Moje ubrania są niemiłosiernie brudne. Chyba stopień ich zużycia może mieć wpływ na to, że się nie całkiem dopierają. Ale czerwony kurz z wysuszonej ziemi z Myanmar sprawia, że wyglądają jakby się już tylko do śmieci nadawały. Najpierw wydeptuję je w wiadrze z wodą i proszkiem zanim wrzucę do pralki, inaczej pralka raczej nie dałaby rady. Woda w wiadrze wygląda jakbym właśnie umyła podłogę w lochach. Ubrania wyglądają znacznie lepiej i lądują w pralce, by dokończyła robotę.

Przypomina mi się inna sytuacja. Ostatnie miejsce w Indonezji. Na balkonie widzę jakąś obrzydliwie brudną, mokrą szmatę. Biorę ją w dwa palce i zrzucam z drążka do suszenia ubrań. Po chwili moja Siostra pyta czemu zrzuciłam jej ręcznik. Ręcznik??? Mocno sponiewierany na różnych indonezyjskich plażach. Kiedyś chyba biały, w każdym razie jasny, wtedy hm, brązowy??? Wydeptanie w wiadrze wróciło mu oryginalny kolor 🙂

Resztę dnia spędzam nadrabiając zaległości blogowe, bo nazbierało się tego sporo.

Kolejnego dnia jadę na Kao San. Byłam tu już raz na godzinę, ale nie podobało mi się – to turystyczne getto. Tym razem szukam przewodnika po Indiach. Mimo, że jest sporo sklepów i straganów z książkami to udaje mi się znaleźć tylko jeden nowy egzemplarz, a chcę kupić jakiś używany. Rozstaję się za to z moim przewodnikiem po Azji południowo wschodniej, co sprawia, że jest mi przez chwilę smutno – spędziliśmy razem 9 miesięcy.

Pływam promem po rzece w tę w z powrotem, uwielbiam wodę 🙂 Z mocnym postanowieniem by w tej tajlandzkiej edycji nie jeść świństw, znajduję miejsce z pysznym ryżem z warzywami.

Jadę na bazar. Bazary to nie mój świat. Kika lat temu przepoczwarzyłam się z kogoś z mnóstwem rzeczy, w kogoś kto ma znacznie mniej 🙂 I nie lubię zakupów. W każdym razie, gdy dotyczą one czegoś co nie mogę zjeść. Tym razem poszukuję upominków dla koleżanki, której rodzina mnie ugości w Indiach. Jadę więc na weekendowy Chatuchak Market i mam z tego więcej przyjemności, niż się spodziewałam. Spędzam może godzinę spacerując po alejkach i robiąc zakupy. Bazar nie jest tak zatłoczony jak się spodziewałam, no i jest tylko kilka stacji metra od mojego hostelu. Zamawiam mango sticky rice – lepki ryż z mango. Ryż jest słodki, ma smak kokosa i bardzo mi smakuje. Resztę popołudnia spędzam spacerując po parkach Queen Sirikit i Chatuchak. Gdy postanawiam wracać, zagaduję strażnika parkowego. On zatrzymuje jakąś biegnącą dziewczynę, bo sam nie mówi po angielsku, a ona odprowadza mnie z parku do stacji metra co zajmuje około 15 minut. Potem orientuję się, że ona tez prawie nie mówi po angielsku i strasznie mi głupio, bo może uznała, że łatwiej będzie mnie odprowadzić niż wytłumaczyć 🙂

Prawie za każdym razem gdy zjeżdżam w głąb metra w Bangkoku wyraźnie czuję zapach zagrzybionej instalacji klimatyzacyjnej. W metrze już tego nie czuć, ale po wyjściu na zewnątrz zwykle przez jakiś czas jest mi niedobrze.

W moim dorm przez cały mój pobyt jest ponad 60 letnia kobieta z Australii. Na początku wydaje mi się trochę dziwna. Pyta o coś, jest zachwycona odpowiedzią, a po paru godzinach pyta o to samo i tak samo reaguje na to co jej mówię. Zachwyca się moimi znoszonymi japonkami. Hm, ja mam tylko nadzieję, że nie rozpadną się przed końcem podróży:)

Rano budzę się zlana potem. Ktoś wyłączył klimatyzację i zostawił otwarte drzwi na balkon. Mówię jej o tym, a ona się przyznaje, że to ona. Co dziwne, otworzyła drzwi i wyszła sobie, zostawiając dla innych oblepiający upał. Przeprasza za to i nie byłoby problemu gdyby nie to że mojego ostatniego dnia budzę się o szóstej rano pogryziona przez komary i spocona. Znów to samo. Zamykam drzwi i szukam pilota do klimy. Nie mogę go znaleźć i muszę obudzić tę kobietę – pilota trzyma u siebie na łóżku. Jestem zła, bo to moja ostatnia noc i miałam zamiar się wyspać. W pokoju robi się chłodniej i zasypiam. Po dwóch godzinach budzę się znów spocona. Ta popieprzona baba znów to zrobiła. Inna dziewczyna z mojego dorm mówi, że idzie na recepcję by jej zmienili pokój, bo też spać nie może od tego upału i jest pogryziona przez komary. Naskakuję na babsko a ona zarzuca mi brak tolerancji 🙂 Baba robi też jakieś agresywne wyrzuty dziewczynie, która zmienia pokój. Jestem wściekła bo mój lot do Indii jest w środku nocy i ląduję tam nad ranem. Jeśli uda mi się w ogóle spać to bardzo krótko. Zagubiłam gdzieś hasło to mojego konta na stronie indyjskich kolei a dostanie nowego jest skomplikowane i trwa na tyle długo, że nie dostanę go przed moją podróżą. Nie mam więc możliwości kupienia biletu online. Kiedy sprawdzam dostępne bilety, nie ma już zresztą żadnych, wszystkie klasy pociągu mają listy rezerwowe. Mam więc perspektywę 24 godzinnej podróży ”rzeźnią”. Na szczęście rano dostaję wiadomość od mojej indyjskiej koleżanki, że ona kupiła mi bilet – będę mogła się wyspać w pociągu. Moja złość na babę przechodzi i tylko mi jej żal, że coś z głową ma chyba nie tak.

 

 

Kanchanaburi

Ibi050PJOzzG2HxGHX

38ppEulmp31eZcqbvX

IjYUrMjBB3ovYp6thX

ZPJkNYujRMMwH9cPkX

3dewc5JrtWnYX7R7WX

7TRGKwkcIr3bcPztIX

Rk9cpeX12STgQNPyUX

b9gmR5otsbkOAdEmuX

bVgMo7ulCzJxGeF6vX

5sxtdhyytB3IDy3wrX

L7Kzf0mhYZC2Ijpr9X

byG2bI6JlDtN7XGznX

aTXAVgyhPyBYJaKteX

Wstaję o piątej i przed szóstą wychodzę z hostelu. Metro jest jeszcze zamknięte i czekam aż otworzą. Dojeżdżam z przesiadką do stacji, którą mi wskazał recepcjonista w hostelu. Upewniam się, że to tu i ktoś mówi, że muszę się wrócić dwie stacje. Pytam jeszcze innych osób dla pewności i wsiadam w powrotny pociąg. Na stacji pytam ponownie czy dobrze wysiadłam ale pracownik stacji pokazuje że mam jechać w stronę z której przyjechałam. Klnę głośno i idę do informacji. Tam się okazuje, że dobrze wysiadłam, ale dworzec Bangkok Thonburi jest dość daleko i muszę jechać taksówką (to wiedziałam wcześniej). Kierowca moto taxi (przewożą motorami) chce 100 bathów. Wsiadam w normalną taksówkę z licznikiem i się denerwuję bo już mało czasu zostało do odjazdu pociągu. Płacę niecałe 60 bathów i na szczęście okazuje się, że dworzec jest malutki i ma tylko dwa perony. Kupuję bilet i nawet trochę czekam na przyjazd pociągu. To chyba pierwsza stacja Deth Railway (Kolei Śmierci). Od mojej poprzedniej bytności w Kanchanaburi wiedziałam, że tu wrócę (nie wiedziałam jednak, że tak szybko). Wagony są w środku drewniane. Pociąg nie rozwija nadmiernych prędkości. Ja walczę, że snem i podziwiam krajobrazy. Dojeżdżam do stacji przy moście Kwai i wysiadam. Mój guesthouse jest kilometr stąd. Pociąg jedzie dalej i wiem, że jeszcze tu wrócę by przejechać całą trasę. Idę jeszcze raz na cmentarz, na którym są pochowani jeńcy wojenni, którzy zmarli przy budowie kolei. Na grobach różne napisy od rodzin. Na jednym z nich ”When you go home tell them of us and say „for your tomorrow we gave our today”” (kiedy wrócisz do domu powiedz im o nas i powiedz, że „dla waszego jutra oddaliśmy nasze dziś”). Zaglądam do muzeum, na które nie starczyło mi czasu poprzednio. Tuż przy wejściu napis „Never have I dreamdt of that I would see the day when human life would be held so cheaply” (nigdy nie myślałem, że doczekam dnia kiedy życie ludzkie będzie tak tanie) wypowiedziane przez Majora A.E. Sagers’a w czerwcu 1943 roku. Od tamtej pory nie tak wiele się zmieniło. Raczej życie niektórych narodów jeszcze bardziej się zdezawuowało. Kiedy za polskiej obecności w Afganistanie zginął polski żołnierz było to na pierwszych stronach przez kilka dni. Gdy Amerykanie zmietli z powierzchni ziemi całą wieś w Afganistanie lub Pakistanie podawano, że zginęło np. 56 osób. Tylko liczby. Ale czy oni wszyscy nie są przecież terrorystami chcącymi unicestwić naszą cywilizację??? (dla pewności dodam, że to ironia).

Później znów idę do stacji przy moście Kwai. To miejsce jest chyba zawsze pełne ludzi. Mimo to bardzo mi się tu podoba. Robię zdjęcia i jem owoce. Oglądam piękny zachód słońca.

Wieczorem szukam miejsca na obiad. Knajpka, która mi się podoba ma zajęte wszystkie miejsca. Idę na nocy market. Prawie samo mięso. Wracam do knajpki i znajduję wolny stolik. Zamawiam Pad Thai, po raz pierwszy. Robią mi wersję vege. Mimo, że ludzie się zachwycają kuchnią tajską mi to zupełnie nie podchodzi. Pad Thai jest niedobre. Zamawiam biały ryż by zabić ten smak. Herbaty nie mają. Po drodze same knajpy z białymi starymi dziadami i młodymi miejscowymi dziewczynami. Te przyzwoicie wyglądające już się zamykają. Blisko mojego guesthouse jakieś miejsce wygląda ok. Starszawy Francuz podaje mi kartę i pokazuje duże braki w uzębieniu. Po chwili biały, nie najmłodszy grubasek przyjeżdża z młodą Tajką skuterem. Zamawiam herbatę i koncentruję się na niej i mojej jutrzejszej podróży.

 

Wszystkie drogi prowadzą do Bangkoku

hfl50LygP2faTKnewX

Od8m6aeZGthVCKm8FX

gJwsZNO3j9BaTlTimX
I4Y1TzIMIgD75YozFX

QvFbchkQ0b4fK3MTYX

Ltbd6nyPJfQn0t2mZX

5BAoR7KvSgmc6WbkaX

RJrvJc7QTp8e635M5X

 grwuEdsFj0CB84Nr4X

pVmdcNCbx9QzoXKYfX

mpM8tGnbZCBmYktEIX

1gClVi5sfIcvra5vAX

W9IGR6KTCZ1mNwiIQX

bKgqxq27RHeyh0oxKX

nSNrxxvNrwj1ITAvwX

9knQmFmZhq4JaOehxX

 

VVnWBbKidae6EXPgLX

Z Battambang wyjeżdżam o 8 rano. Autobus dowozi mnie do granicy Kambodży. Zastanawiam się, czy tu też naciągają. Budynek jest porządny, mają kamery i skanery linii papilarnych. Wokół kłębi się tłum ludzi, ale czekanie w kolejce i formalności zajmują krócej niż się spodziewałam. Nic nie trzeba płacić 🙂 Po tajskiej stronie jak zawsze cywilizowanie. Dostaję darmową wizę na 15 dni. Facet z autobusu pokazuje miejsce gdzie mam czekać na kolejny autobus. Zbiera się kilka osób i czekamy około godziny. Bankomat nie chce mi wypłacić pieniędzy, ale zdążyłam się już do takich sytuacji przyzwyczaić. W końcu ktoś pokazuje, który minibus jedzie do Bangkoku i wszyscy się do niego pakujemy. W Battambang powiedzieli mi, że dotrę do celu około 15.30 (i już widziałam się jak się relaksuję w moim ulubionym hostelu), ale z granicy odjeżdżam tak późno, że nie ma na to szans. Po drodze zatrzymujemy się na stacji. Udaje mi się wypłacić kasę. Przy wielogodzinnych przejazdach moje morale słabnie. W sklepie rzucam się na czekoladki i (fuj, fuj) chipsy. Jak się później okaże dzień skończę jeszcze gorzej, żrąc frytki w Mac’u i zapijając je colą.

Wjeżdżając do Bangkoku utykamy w wielkim korku. Jedziemy po estakadzie, w dole sznur samochodów. Bangkok ma sieć metra i pociągów naziemnych, albo raczej powietrznych, bo jadą na wysokiej estakadzie, a także rzeczny prom, jednakże nie da się nimi w każde miejsce dojechać. Oczywiście jest też sieć autobusów, ale one poruszają się po zatłoczonych drogach. Jak patrzę na ten korek to za nic nie chciałabym w ten sposób co dzień dojeżdżać do pracy. W ślimaczym tempie przejeżdżamy przez jaką turystyczną ulicę, zapakowaną ludźmi i straganami. Po chwili kierowca się zatrzymuje (jak się później okaże mniej niż kilometr od docelowego miejsca) i idzie do toalety. Dojeżdżamy na miejsce po 20 tej. W cztery osoby pakujemy się do taksówki, która dowozi nas na dworzec Hua Loumpong. Stamtąd wsiadam w metro i po 21 szej docieram do mojego hostelu. Już w łóżku, mózg się na mnie mści za świństwa które pożarłam tego dnia i wysyła bólowe bodźce do mojego brzucha. Jestem jednak tak zmęczona, że od razu zasypiam.

Następnego dnia zrywam się rano, choć najchętniej bym spała do południa i pędzę do ambasady Myanmar. Tylko po to by pocałować klamkę (gdyby była) bo dziś mają święto. Wracam do hostelu i planuję dalsze podróże, bo w niektórych krajach jest mało miejsca na improwizacje jeśli chodzi o formalności.

Kilka osób pracujących w hostelu i właściciele pamiętają mnie. Znajduję tę samą książkę którą czytałam pół roku temu i czytam ją jeszcze raz. Chyba dopadła mnie potrzeba, by coś było znajome:)

Następnego dnia znów jadę do ambasady i niezbyt długo czekam w kolejce by złożyć dokumenty. W niewielkim centrum handlowym chcę kupić krem do twarzy. Po kilku miesiącach używania nivea soft do ciała, wydaje mi się, że moja twarz zasługuje jednak na coś lepszego. W kilku sklepach są tylko kremy wybielające. Nie wiem co to za zajzajer do wybielania i nie chcę tego testować na sobie. Krem niewybielający ma jakąś kosmiczną dla mnie cenę. Na szczęście znajduję sklep mojej ulubionej marki kosmetycznej. Cena jest wyższa niż byłaby w Polsce, ale postanawiam podarować sobie odrobinę luksusu:) Później idę do bardzo przyjemnego parku przy stacji metra Silom.

Kolejnego dnia jadę do Khao San – turystycznego getta i zupełnie mi się tam nie podoba. Ale przynajmniej udaje mi się kupić kulkę do kolczyka, która mi dawno odpadła i cieszę się, że ja mieszkam w zupełnie innej części miasta. Po południu odbieram wizę i idę czytać książkę w parku.

Ostatniego dnia wybieram się na floating market (pływający bazar) w Ampawa. Nie jest to najsłynniejszy market jak Damnoen Saduak (który jest stary, ale obecnie chyba tylko turystyczny), ale obecnie chyba bardziej autentyczny. Jadę do Victory Monument i szukam minibusa, który jedzie w tamtą stronę. W tym miejscu jest mnóstwo minibusów i jakaś dziewczyna pomaga mi odnaleźć właściwy mini dworzec. Najbliższy autobus, na który są bilety jest za prawie dwie godziny, plus dodatkowo spóźnia się pół godziny (przez korki jak mi ktoś wyjaśnia). Gdy kupuję bilet kasjerka mi mówi, że podróż zajmie tylko godzinę, w co średnio wierzę. Gdy ruszamy od razu utykamy w korku. Jak wyjeżdżamy z korka, to kierowca zjeżdża na stację benzynową i opóźnienie rośnie. W ogóle nie byłby to problem gdyby nie to, że następnego dni muszę wstać o 5 rano. Dojeżdżam do Ampawa po dwóch godzinach. Od razu kupuję bilet powrotny i zostaje mi półtorej godziny na obejrzenie bazaru. Większość stoisk jest na brzegu po obu stronach kanału. Jest jednak kilkanaście łodzi, z których można kupić jedzenie. Spaceruję i robię zdjęcia. Jem lody w dużych ilościach. Mijam tylko kilkoro białych turystów:) Minibus stoi na przystanku i komplet podróżnych czeka na odjazd. Mimo to kierowca łazi w kółko, zakłada i zdejmuje koszulę, rozmawia z bileterkami i odjeżdżamy 20 minut później.

Do hostelu docieram o 22 – ej i zaczynam się pakować, co oznacza, że połowę gratów z plecaka zostawiam w hostelu, bo wrócę tu za parę tygodni. W dorm spotykam dziewczynę z Chin, która wypisuje mi całą listę miejsc do odwiedzenia w Chinach – na następny raz 🙂

 

Bangkok po raz drugi

IMG_6979IMG_7008IMG_6972dddIMG_7021dddIMG_6998dddIMG_6999dddIMG_7039IMG_7001IMG_6990dddIMG_7006IMG_7000dddIMG_7036IMG_6987IMG_7035IMG_7033IMG_7016IMG_7012ddd

Ostatnie 2 dni w Tajlandii spędzam w Bangkoku. Wybieram się na Golden Mountain – Złotą Górę. Jest to świątynia położona na wzgórzu. Piękna panorama miasta. Potem odwiedzam Jim Thompson’s house – dom Jima Thompsona. Był Amerykaninem, byłym agentem CIA. W 1946 roku przeprowadził się na stałe do Tajlandii i złożył swoją firmę tekstylną. Firma odniosła duży sukces. Wspierał lokalną społeczność i wyciągał ludzi z nędzy poprzez skupowanie materiałów tkanych w domach przez biedaków. Firma sprzedawała tylko bawełniane tkaniny. Thompson był także kolekcjonerem dzieł sztuki z Tajlandii.

Muzeum, w które został zamieniony jego dom, po jego zaginięciu mieści sporą kolekcję dzieł sztuki. Na ścianie wisi certyfikat wystawiony przez specjalistę od horoskopów określający szczęśliwą datę wprowadzenia się do domu. Ten sam horoskop określił, że w roku 1967 przytrafi mu się nieszczęście.

Jim Thompson zniknął 26 marca 1967 roku w czasie swoich wakacji w Cameron Highlands w Malezji. Wybrał się na treaking po dżungli. On sam ani jego ciało nigdy nie zostało znalezione.

Wieczorem wybrałam się z koleżanką do sky bar – baru na dachu lub prawie na dachu wieżowca. W tym do którego chciałam iść niestety obowiązywał dress code, a jak się nie ma fancy clothes to trzeba wybrać inny. Drogie piwo ale super widok na Bangkok nocą.

 

Jedzenie

Nie piszę o jedzeniu, bo to nie jest podróż kulinarna. No w każdym razie nie tylko.

To nie tak, że jedzenie nie ma dla mnie znaczenia. Ma, lubię jeść dobre rzeczy. Natomiast moje upodobania kulinarne są dość specyficzne. Ponadto nie przeszkadza mi jedzenie przez wiele dni, a w przypadku śniadań – miesięcy i lat codziennie tego samego. Np owsianka z owocami i miodem, albo kanapki z ulubionym chlebem, wędzonym oscypkiem i ogórkiem kiszonym Mamy. Nie dla mnie dylematy jaką ilość zupy ugotować, żeby wystarczyła tylko na jeden dzień. Dobrą zupę będę chętnie jeść przez wiele dni 🙂

Zakres rzeczy które lubię i jem nie rzuca na kolana, choć i tak w ciągu kilku ostatnich lat rozszerzył się do poziomu nie spodziewanego przeze mnie samą.

Jestem wegetarianką i czasem jestem w raju jedzeniowym, a czasem mam problem, żeby znaleźć coś nadającego się dla mnie do jedzenia.

Wydawała mi się że lubię tajskie jedzenie. No w każdym razie tajskie jakie jadłam w Irlandii.

Tu w Tajlandii okazało się, że chyba raczej nie lubię.

Dość często jem ryż smażony z warzywami. Gdy byłam w Chiang Mai miałam okazję jeść najgorsze żarcie w czasie całej podróży przez Tajlandię. W jednej knajpce 2 osoby brały ode mnie zamówienie na herbatę z cytryną. Chciałam się dowiedzieć czy jest z prawdziwą cytryną czy tylko jakieś sztuczności o smaku cytryny. W końcu dostałam coś z lodem i ze złości wyszłam z restauracji.

W następnym miejscu dostałam wstrętną herbatę i najgorszy w życiu ryż z warzywami.

Kiedy mam dni, że w autobusie czy pociągu spędzam cały dzień wtedy jem najwięcej świństw typu ciasteczka czy batoniki. Niestety na dworcach autobusowych czy kolejowych nie ma dobrych miejsc do zjedzenia. Bardzo rzadko można znaleźć kramik z owocami. Wkurza mnie jakie ilości świństw pochłaniam z powodu okoliczności. Pewnie jeśli bym się lepiej przygotowała to mogłabym wieźć z sobą zakupione wcześniej owoce. Moje ulubione – banany źle bardzo znoszą transport.

Zaskakujące jest ile zupek z torebki i dań z kubka zalewanych wrzątkiem jedzą ludzie w Azji.

W wielu sklepach typu 7/11 można na miejscu zalać wrzątkiem takie danie.

Czasem na night market mogę znaleźć sporo dobrego jedzenia, a czasem odór gotowanego, pieczonego czy smażonego mięsa mnie odstrasza.

Któregoś dnia w hostelu w Bangkoku był integracyjny tajski obiad – thai pot (tajski kociołek). Dla mnie w samej wodzie, dla mięsożerców w rosole, były gotowane różne warzywa i grzyby. Każdy sam wkładał do gara co chciał jeść. Obok na elektrycznym grillu smażone było mięso. Zupełnie mnie to nie zachwyciło 🙂 Większość kapusty i marchewki zjadłam na surowo:)

 

Kanchanaburi 6

 

IMG_6945IMG_6822dddIMG_6796IMG_6895IMG_6938IMG_6969dddIMG_6836IMG_6937dddIMG_6952IMG_6965Kanchanaburi jest położone na zachód od Bangkoku. Dla mnie jest znane z jednej rzeczy – mostu na rzece Kwai. Nie wiedziałam, że to miejsce jest w Tajlandii. Jak się zorientowałam to skróciłam pobyt w dwóch innych miejscach, żeby odwiedzić to miasto. Dawno temu oglądałam ten film z Dziadkiem i po prostu musiałam tu przyjechać.

Plany budowy kolei z Bangkoku do Rangunu (Myanmar) przez dżunglę mieli już brytyjscy kolonizatorzy. Uznali jednak, że przedzieranie się przez dżunglę będzie zbyt trudne. W czasie II Wojny Światowej tereny dzisiejszej Tajlandii i Myanmar (Birmy) były okupowane przez Japonię. By zapewnić sobie alternatywny rodzaj transportu oprócz morskiego, (którego się obawiali ze względu na alianckie łodzie podwodne) zdecydowali o rozpoczęciu budowy. Budowę całej linii kolejowej (415 km) na trasie Tajlandia – Myanmar (Birma) rozpoczęto w czerwcu 1942 roku równocześnie z obu krańców linii. Najtrudniejszy odcinek trasy znajduję się blisko Kanchanaburi. Nazywany jest Hellfire Pass – Przejście Ognia Piekielnego. Przez 18 godzin dziennie jeńcy byli zmuszani wykuwać przejście w litej skale przy użyciu prymitywnych narzędzi. Przejście to zostało tak nazwane ponieważ jeńcy pracujący w świetle pochodni wyglądali jakby przedstawiali sceny z piekła. Obie części trasy zostały połączone w październiku 1943 roku i budowa została zakończona po rekordowych 16 miesiącach. Dziś ta trasa nazywana jest Deth Railway – Kolej Śmierci. 180 tyś przymusowych robotników z ludności azjatyckiej oraz 60 tyś alianckich jeńców wojennych budowało tę trasę. 90 tyś Azjatów oraz 16 tyś Aliantów zmarło przy budowie tej kolei. Głównie z powodu katorżniczej pracy i chorób.

Pierwszy most na rzece Kwai został zbombardowany w 1945 roku przez Aliantów. Obecny most został wybudowany przez Japończyków już po wojnie w 1947 roku i jest do dziś używany.

W 1957 roku nakręcono film pod tytułem the Bridge over the River Kwai (Most na rzece Kwai) w reżyserii Davida Leana. Film jest ekranizacją książki o tym samy tytule napisanej w 1952 roku przez Pierre’a Boulle. Film zdobył Złoty Glob oraz 7 Oskarów.

Nakręcono jeszcze 2 filmy o tej tematyce. W 1988 roku powstał film Return from the River Kwai (Powrót znad rzeki Kwai) i w 2013 roku Railway Men (Droga do zapomnienia).

A tak na marginesie to uwielbiam polskie tłumaczenia tytułów filmów. Nie można się zorientować po tytule czy już się dany film oglądało po polsku.

W Kanchanaburi, niedaleko od mostu jest świetne muzeum II Wojny Światowej.

Kanchanaburi Allied War Cementary to cmentarz żołnierzy alianckich. Jest to ostatnie miejsce spoczynku blisko 7 tyś żołnierzy głównie z Wielkiej Brytanii, Australii i Holandii. Ten cmentarz to dar Tajów i miejsce pamięci żołnierzy, którzy zginęli na ich ziemi.

Wieczorem gdy szłam ze znajomymi na night market mijaliśmy wiele barów i restauracji. Nazwy typu Luky. W środku panie w krótkich sukienkach i na obcasach. Klientela męska, biała, średnia wieku 60 lub więcej.

 

Ayuthaya

 

IMG_6778dddIMG_6770dddIMG_6793IMG_6782IMG_6763dddIMG_6774dddIMG_6772IMG_6779dddIMG_6753

Ayuthaya to miasto położone 80 km na północ od Bangkoku. W starej części miasta jest wiele interesujących świątyń zbudowanych pomiędzy XIV a XVIII wiekiem.

Ayuthaya była królestwem Syjamu od 1351 do 1767 roku.

Świątynie są na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Miałam tylko kilka godzin na obejrzenie świątyń. Jest ich sporo i można by spędzić tam znacznie więcej czasu. Po południu można także popłynąć łodzią i zobaczyć dalej położone świątynie i słońce zachodzące za nimi.

W Tajlandii jest wiele biegających luzem psów. Nie wszystkie są bezpańskie. Tajowie chyba nie uznają trzymania psów w domach lub na zamkniętych posesjach. Czasem te psy biegają w grupach. Mają swoje sympatie i antypatie. Czasem na siebie szczekają, a czasem atakują. Nigdy nie miałam psa i trochę się ich boję. Na szczęście żaden z napotkanych psów nie był w stosunku do mnie agresywny, ani nie wiedziałam, żeby były agresywne do innych ludzi.

Przy jednej ze świątyń zobaczyłam parę młodą z fotografem i przyglądałam im się przez chwilę zanim zwróciłam uwagę na pałętające się psy. Jeden z nich miał, jak mi się wydawało małą ranę na grzbiecie. Jak przejechałam obok niego rowerem, to odwróciłam się, żeby na niego jeszcze raz spojrzeć. O mało nie spadłam z roweru jak zobaczyłam, że ta rana to był brak skóry na grzbiecie o wielkości około dwóch dłoni. Jeszcze nie wyglądał na chorego, machał ogonem. Nie wiem co w takiej sytuacji można zrobić. Bo podejście do obcego rannego psa może być bardzo ryzykowne. Okropnie się potem czułam, bo nie zrobiłam nic. I ten widok najbardziej zapadł mi w pamięci z całej Ayuthai. Mogę mieć tylko nadzieję, że ktoś temu psu pomógł.