Acient Cities

 

W czasie którejś z podróży samolotem, ileś miesięcy temu przeczytałam artykuł opisujący szereg antycznych miast. Odwiedziłam je wszystkie. Istanbul jest ostatni. Każde z miast jest bardzo stare, albo powstało w miejscu wcześniej istniejącego miasta. Każde robi wrażenie. W żadnym nie znalazłam antycznej przeszłości. Tyle, co można wyczytać w przewodniku o historii danego miejsca. Po obejrzeniu wszystkich, zdecydowanie nie wrzuciłabym ich do jednego artykułu, bo poza wiekiem chyba nic ich nie łączy. Antyk, jak podaje encyklopedia obejmuje okres od IV w p. n. e. do V w n. e. (różne źródła podają inny zakres wieków).

Hangzhou

Miasto we wschodnich Chinach. Mieszka tu 9 milionów ludzi. Pierwsze ślady potwierdzające bytność ludzi w tym miejscy pochodzą z VII w p. n. e. Położone jest przy Zatoce Hangzhou.

uY82cijTuXbEAgDROX

Osaka

Trzecie co do wielkości miasto w Japonii, leżące na wyspie Honsiu. Mieszkają tu blisko 3 miliony ludzi. Położone u ujścia rzeki Yodo, na styku morza Wewnętrznego i Oceanu Spokojnego. Pierwsze ślady potwierdzające osiedlanie się ludzi w tym miejscu pochodzą z VI – V w p. n. e.

XvgblyOhqqkaWbrqCX

Seoul

Stolica Korei jako całości od 1394 roku, a po II Wojnie Światowej stolica Korei Południowej. Zamieszkany przez 10 milionów ludzi. Pierwsze zapiski o tym mieście pochodzą z I w p. n. e. Miasto położone jest w północno – zachodniej części kraju, niedaleko na południe od strefy zdemilitaryzowanej.

BTjM8U929RvSHgXyeX

Hanoi

Stolica Wietnamu i drugie co do wielkości miasto. Położone w północnej części kraju, usytuowane na północnym brzegu głównego koryta Rzeki Czerwonej. Zamieszkane przez blisko 8 milinów ludzi. Powstało około II w p. n. e.

0inVsWGUl0OBSrdJLX

Jodhpur

Miasto w północno – zachodnich Indiach, zamieszkane przez mniej niż milion ludzi. Drugie największe miasto w stanie Rajastan. Położone na skraju pustyni Thar. Powstał w 1459 roku, ale od około VI – VII wieku było w tym miejscu inne miasto. Zgodnie z definicją nie załapuje się do kategorii – starożytne miasta 🙂

MAnapuna7wTHA5QyZX

Istanbul

Największe miasto w Turcji, którą zamieszkują 14 milionów ludzi. Wcześniejsze nazwy Bizancjum i Konstantynopol. Położone po obu stronach cieśniny Bosfor. Powstało w VII w p. n. e.

CLf5TPbOMx0wkFwKuX

 

Viet Nam po raz ostatni

DSC_0008

Na drogę kupuję nie pierwszej świeżości bułeczki. Ostatnie wietnamskie dongi jakie mam nie wystarczą na 2 batoniki, które jeszcze chcę nabyć. Miły pan mówi jednak, żebym się nie przejmowała i sprzedaje mi je:)

Ktoś kto miał mnie odebrać z hostelu i zawieźć na nocny autobus spóźnia się. Rozmawiam z recepcjonistką. Ma 20 lat. Jest z miasta oddalonego od Sapy o 100 km. Raz w miesiącu ma 4 dni wolnego, żeby mogła odwiedzić rodzinę. We WSZYSTKIE pozostałe dni pracuje po 9 godzin. Ona mówi mi, że w Wietnamie oprócz wietnamskiego są 54 języki etniczne, podzielone na 7 grup, gdzie są języki do siebie podobne. Ludzie z okolic Sapy często nie mówią po wietnamsku, tylko w swoich własnych językach.

Mówi, że ludzie z górskich wsi niechętnie posyłają dzieci do szkół. Dzieci maja pracować w polu i w ten sposób dokładać się do budżetu.

Zaczyna padać a potem lać. Do hostelu wchodzi zmoknięta dziewczyna i od razu wiem, że już ją wcześniej spotkałam. Przypominam sobie, że było to około 2 miesiące wcześniej w Pekinie. Tym razem wymieniamy się kontaktami. Może spotkamy się za jakiś czas.

Przestaje padać i przyjeżdża po mnie facet na motorze – spóźniony ponad półtorej godziny. Może czekał aż deszcz przestanie padać. Po drodze widzę rozświetlone restauracje tej części Sapy, której nie widziałam. To chyba jednak nie jest wieś 🙂 Dojeżdżamy do autobusu. Jestem ostatnim pasażerem. W ciemnym wnętrzu widzę samych miejscowych. W autobusie jest zimno a wentylacja jest włączona. Na szczęście udaje mi się ją zamknąć. Otulam się kocem. Autobus zmierza do miejscowości Dien Bien, która jest ostatnim miasteczkiem po wietnamskiej stronie. Droga jest wąska i bardzo kręta. Jest ciemno i jest straszna mgła. Miejscami na drodze są wielkie koleiny. Wnioskuję to po tym, ze kierowca jednak zwalnia a autobus bardzo chybocze się na boki.

Mgła znika i przez mały fragment okna do jakiego mam dostęp podziwiam gwiazdy i cienki rogalik księżyca. Droga wiedzie przy zboczach gór. Po drodze część ludzi wysiada. Do Dien Bien dojeżdżamy w środku nocy. Kierowca daje jeszcze pospać do rana. Słyszę, że coś się rusza pod podłogą, jakby coś obracało pustą, plastikową butelką. Próbuję świecić latarką w tym kierunku ale nic nie dostrzegam. Dopiero po kilku godzinach zauważam, że ktoś pogryzł mi fizelinową torbę, którą dostałam w Singapurze na jego 50 lecie. Ma tyle dziur, że z żalem ją wyrzucam, razem z nadgryzionym jabłkiem.

Przesiadam się do mniejszego busa, który jedzie do Muang Khua w Laosie. Razem ze mną jest dwóch chłopaków z Holandii i para z Austrii. Do busa wsiada dużo ludzi i jeszcze więcej pakunków. Jeden z Holendrów trochę pomaga przy załadunku. Pudła i torby leżą wszędzie, także na dachu. Bus wydaje się zapakowany na maksa i w końcu ruszamy. Kierowca zatrzymuje się wielokrotnie i dopakowuje bagaże i kolejnych pasażerów. Rozważa przez chwilę czy da radę wrzucić 3 stoły na dach. Odjeżdżamy bez stołów.

Do wietnamskich dalekobieżnych autobusów wchodzi się bez butów. Zdejmuje się je przy kierowcy, pakuje w plastikową torbę i dalej idzie w skarpetkach lub boso.

Na klombach w miastach rosną rośliny uznawane u nas za egzotyczne i doniczkowe jak gwiazda betlejemska, skrzydłokwiat i azalie.

 

Sapa

DuXSNpu8zI8lT7eekX

bRjL66sGbTP1fVNb5X

ynwWeNdxbx6tE5TNNX

py0pnM9opyynQyXvAX

aih9RDsUnnWh8m1VUX

a9dDEbswnuy5wmP12X

GOkKPeu0XclCS7lV2X

mi8GDTTRstH9PJnbZX

BbVb1Kb5Ll0ec9N96X

Ct8xj6m5biBUhNqFcX

yoOv2oD0MHfXwg6XMX

kVYP7L5ZmAoV6RT6IX

fUvfXkS6MXZnTbuxbX

71xU86OGHHh8OE5KWX

Lc1J6G05lmkuI34trX

x922Pdv31IByB4PzSX

drTED6NVtBPQa6agYX

VRlvEwCf8cecVNGfbX

5a5AnlE18nTA0dgd0X

cazfz5RPGDTP09GpdX

Eao1rRzN3aY2QWxY7X

Autobus dojeżdża do miejscowości Sapa o 4 rano. Kierowca wyłącza silnik i pozwala nam spać do 6.30 🙂 Gdy wysiadam jest bardzo zimno. Idę do najtańszego hostelu we wsi, co nie oznacza, że jest tani. W ogóle tanio tu nie jest. W hostelu każdy dostaje służbowe klapki, a buty trzeba zamknąć w schowku. Gdy chmury odpływają odsłania się piękny widok. Wieś mieści się na wzgórzu, wśród kaskadowo położonych pól ryżowych. Ryżu jeszcze nie ma, jest na to za wcześnie.

Miejsce jest bardzo turystyczne. Po wiosce krążą tradycyjnie ubrane kobiety, które witają słowami: kup coś ode mnie, zakupy? Ja nie kupuję. Z wielu powodów. Czasem źle się z tym czuję, bo dla tych osób może to oznacza być albo nie być. Dla mnie nie kupowanie jest wyborem, dla nich często koniecznością. Ale czuję się przez to nagabywanie niefajnie. Jakbym byłam tam tylko po to aby kupować. Wiem, że to częściowo turyści są za to odpowiedzialni. Rzucają się na rzeczy, za które przepłacają wielokrotnie i zachwycają się, że jest super tanio. Staram się kupować wodę i jedzenie od ulicznych sprzedawców. Mam wtedy nadzieję, że zysk trafia bezpośrednio do ich kieszeni. Kilka dni wcześniej w Hanoi kobieta za około kilogram bananów chciała 4 euro. Banany kupiłam w końcu w sklepie za ułamek tej kwoty. Nie mam nic przeciwko, że zapłacę odrobinę więcej jeśli w ten sposób mogę komuś pomóc. Ale banany rosną w Wietnamie i nie będę za nie płacić kilkukrotnie więcej niż w Polsce czy Irlandii. W ogóle jeśli ktoś chce mnie w ten sposób naciąć, to nie targuję się, tylko idę dalej.

Wstęp do kilku okolicznych wiosek jest płatny:) Na bilecie jest napisane, że te pieniądze idą na wsparcie lokalnej społeczności. A ludzie mówią, że to rząd kładzie na tym łapę. Decyduję się tylko na jedno płatne wejście. Inną wioskę oglądam tylko z drogi.

Siadam na poboczu drogi i obserwuję inną drogę, w dole. Jest piaszczysta i pnie się pod górę. Kierowca obładowanego skutera nie daje rady wjechać. Musi zejść i pchać. Obserwuję ludzi i skutery. Nadjeżdża spora ciężarówka wypełniona drewnem. Nachylenie drogi jest zbyt duże w stosunku do jej wagi i mocy silnika. Przejeżdżający skuterem pan podkłada kamienie pod tyle koła ciężarówki. Prawie każdy przejeżdżający zatrzymuje się. Próbują wepchnąć ciężarówkę pod górę. Przychodzi jeszcze kilka osób z wioski. W końcu kierowca wyrzuca część ładunku na drogę i ludzie przenoszą to wyżej. Obserwuję to przez dłuższą chwilę. Chętnie bym pomogła przy noszeniu drewna, ale by wejść na tę drogę trzeba kupić bilet. Ruszam w drogę powrotną ale cały czas obserwuję ciężarówkę. Tkwi w tym samym miejscu póki nie zniknie mi z oczu za zakrętem drogi.

Widoki są piękne. Przez pierwsze dwa dni pogoda dobra. Nie jest zbyt przejrzyście, ale nie przeszkadza mi to z podziwianiu okolicy. Po drodze zaczepia mnie jedna ze sprzedających pań i upiera się że będzie za mną szla (I follow you, I follow you). Nie daje się zbyt łatwo pozbyć.

W hostelu nie ma ogrzewania. Wieczory więc spędzam pod kołdrą. W jedynej (jaką znalazłam) taniej restauracji zamawiam makaron ryżowy smażony z warzywami. Podkreślam, że żadnego mięsa, tylko warzywa. Chyba przedobrzam, bo gdy dostaję danie jest to sam makaron z dwoma tulipanami wyciętymi z marchewki, warzyw brak. Nic nie mówię. Makaron jest bardzo słony, trochę czuć jakby wcześniej smażone było mięso. Herbata za to cudowna. Gorąca, z cytryną i cukrem:) W restauracji nie ma nikogo poza właścicielami jedzącymi obiad i raczącymi się wódką. Kiedy chcę zapłacić proponują, żebym się z nimi napiła. Nie wiem czy z rozsądku, ale odmawiam:) Cena za obiad jest sporo niższa niż wynika to z karty. Kiedy dopytuję czy tylko tyle, jeszcze bardziej obniżają cenę 🙂 Do i z restauracji idę w chmurze.

Ostatni dzień wita mnie deszczem, więc śpię do oporu. Potem piszę bloga na zadaszonym ale otwartym tarasie. Chmury takie, że w ogóle nie widać gór. Gdy chmury przychodzą na taras robi się tak mokro i zimno (choć i tak siedzę w czapce i rękawiczkach), że muszę się schować z laptopem do recepcji. Tu z kolei jakiś śmierdziuch pali pety. Palacze na stałe powinni mieć zainstalowane maski, żeby cała ta trucizna i smród krążył tylko w ich organizmie, a nie truć innych ludzi. I jeszcze się burzyć, że to zamach na ich wolność. A co z moim prawem do zdrowia i życia? Jak bym chciała się zabić to wybrałabym szybsze rozwiązanie niż wdychanie nikotynowej trucizny.

Sapa jest położona na wysokości około 1500 mnpm. W ciągu jednego dnia można doświadczyć tu czterech pór roku.

 

Hanoi

vBFgk5WBRwJHkaxfMX

 

aIEGAGZzCaMy3WCq1X

UeIUubySBYHLMKBnxX

tcOwQcHb4R7gkMLsCX

ce6D51cEGbAZ4pmHMX

RxIGynXzR8WziZi6aX

vIEmkQIJ0rVsICNIaX

b1PNbcj1VbpTEU0NKX

pSlblhC0IUawjqBWzX

6930gwLRnxxQ3HaXyX

8HObnRdCIOIWBPUbfX

3EGdvaaEQq6xxAjaQX

tnG5OYNYNbmSmnDkhX

Nw6afpqHhDYdiddPzX

aMAnzmxuM5vav74KSX

a3oHWEXNuU6Uyo2KsX

 

Do Hanoi dojeżdżam około południa. Idę do hostelu poleconego przez koleżankę. Mówi mi, że to tylko dla very easy going people, co znaczy, że standard jest bardzo niski. Hostel jak hostel, całkiem ok. Co do kiepskiego standardu, to nie znajduje się nawet blisko miejsc, w jakich spałam w Indiach.

Hanoi jest stolicą Wietnamu. Nie ma tu zbyt wielu ciekawych miejsc do obejrzenia. Ogólnie miasto jest ładne. Jest tu kilka jezior, park Lenina i Mauzoleum Ho Chi Minha, które postanawiam odwiedzić. Jest otwarte tylko rano, a rano okazuje się, że to jeden z dwóch dni, kiedy Mauzoleum jest zamknięte 🙂 Zresztą mam wątpliwości co do pokazywania zwłok w ogóle, a zwłaszcza ludzi, którzy umarli wiele lat temu. On zmarł w 1969 roku. W przewodniku czytam, że jego ciało każdego roku spędza 3 miesiące w Rosji, na konserwacjach.

Spaceruję wokół jeziora. Wszędzie pełno młodych ludzi rozmawiających z cudzoziemcami. Sama też gadam z paroma osobami. Oni w ten sposób ćwiczą angielski. Super pomysł. Paru osobom też odmawiam, bo odpowiadanie na ciągle te same pytania, typu jaki jest twój ulubiony zespół, albo piosenka jest trochę męczące. Gdy siadam nad jeziorem by sobie odpocząć przysiadają się do mnie dwie małe dziewczynki. One też chcą rozmawiać po angielsku. Starsza, lat 9 pyta czy mam chłopaka. Zadaję jej to samo pytanie, ale odpowiada, że nie ma. Wskazuje na 7 letnią kuzynkę i mówi, że tamta jest za młoda na chłopaków 🙂 Młodsza mnie pyta o ulubiony przedmiot. Dopytuję, czy chodzi jej o szkołę. Nawet studia skończyłam już dawno temu, nie wspominając o szkołach. Oszczędzam im wyznania, że szkoły nie lubiłam. Ani jednej, ani drugiej. Czasem ludzie mówią, że chętnie znów byliby w podstawówce. Za nic nie chciałabym wrócić do szkolnej ławki 🙂

Wieczorem rozmawiam z dwoma chłopakami z Chin. Jeden wskazuje na łóżko za mną i mówi, że śpi tam chłopak z Polski. Łóżko, cóż po prostu barłóg. Wszystko rozwalone. Na podłodze śmieci. Kiedy koło północy chcemy gasić światło wchodzi ON. Oczka trochę mętne, oblicze z dziwnym wyrazem twarzy. Jest niezadowolony, że chcemy wyłączyć światło, bo on się chciał teraz pakować. Zagaduję go i okazuje się, że on też jest z Warszawy. Pyta z której część jestem i stwierdza, że to nie jest prawdziwa Warszawa. Dodaje, że jego dziadkowie są pochowani na cmentarzu Bródnowskim. Uśmiecham się, bo to śmieszne. Ja jestem z przedmieść. Lasy i łąki dookoła. Kiedy byłam dzieckiem kilka ulic dalej ktoś siał żyto i pszenicę. Teraz stoją już tam damy. Warszawa Warszawą, ale chyba dość późno uświadomiłam sobie, że to największe miasto w Polsce. Moja Ciocia, która mieszka w Centrum zabierała mnie czasem na weekend do siebie. Z jej chyba 12 tego piętra zafascynowana patrzyłam na podświetlone miasto nocą, Pałac Kultury, przejeżdząjące samochody. Jej mieszkanie oprócz tego miało jeszcze jeden luksus dla dziecka z nieskanalizowanej części miasta – wannę z wodą bez limitu w tamtych czasach. U nas wciąż królują szamba. Ale uwaga, wodę miejską podłączą chyba już w tym roku:)

No więc z prawdziwym Warszawiakiem rozmowa się średnio klei. On pokazuje mi bambusową rurkę z ustnikiem z boku i małą torebkę trawki i zdegustowany mówi, że za to grozi w Wietnamie 20 lat więzienie. Nie wiem czy to prawda. W ciągu ostatniego roku byłam w kilku krajach, gdzie na lotnisku podróżnych wita napis, że za narkotyki grozi kara śmierci. Jak komuś to nie pasuje, zawsze można pojechać gdzie indziej.

Rano przy śniadaniu widzę jedną dziewczynę całą pogryzioną, najprawdopodobniej przez pluskwy. Wygląda to okropnie. Ona ma chyba jakąś reakcję alergiczną, bo kiedy mnie pogryzły, przez kilka tygodni myślałam, że to po prostu wysypka.

Plecaki zostawiam w pokoju, choć powinnam je znieść do recepcji, bo wieczorem wyjeżdżam. Ktoś mówi, że lepiej ich nie znosić bo może przy recepcji też są pluskwy. Spaceruję po mieści. Piję zieloną herbatę w ulicznej herbaciarni i czytam książkę. Wszelkiego rodzaju świątyń mam dość na jakiś czas. Obserwuję ludzi i robię zdjęcia.

Gdy wracam do pokoju, gdzie zostawiłam bagaże, wszystkie materace są powywracane. Wszystkie osoby zostały gdzieś indziej przeniesione. Moje plecaki są mokre. Wściekam się. W recepcji tłumaczą, że spryskiwali czymś materace, żeby pozbyć się pluskiew. Pogryziona dziewczyna na pewno nie nocowała w moim pokoju, no ale robactwo może się rozleźć. Pytam czy to są jakieś chemikalia czym zmoczyli mi plecaki. Oni twierdzą, że woda. Nie wierzę w to, bo pluskiew nie jest łatwo się pozbyć i woda ich nie wypłoszy na pewno. Pozostaje mi nadzieja, że cokolwiek to było nie zatruję się tym.

Obiad jem w ulicznej restauracji, tej samej co poprzedniego wieczora. A trafiam tam w ten sam sposób jaki i do hostelu – błądząc wąskimi uliczkami 🙂

Ha Long Bay

3HxNo4IYYGntQ7rZrX

ajJdH85g9JNtcTWwrX

b2CarrfcqTlF3qhOtX

LOJR2uZpbbkygKbc0X

quSPv73eLXReunqldX

GnUST48c8K6aVbKaJX

9u85vvVwF6VUca41qX

0tPncaAbNmCfbebvSX

ZGfZQtZyKNvtIkcJ9X

Z Tam Coc wyjeżdżam przed siódmą rano. Gy jem śniadanie tuż po szóstej to widzę, że ktoś zaczął już pracę na polu mimo że nie jest jeszcze całkiem widno. Tak pewnie wygląda życie na wsi. Mnie los nie obdarzył luksusem rodziny na wsi. Recepcjonista odwozi mnie na autobus i po drodze widzę bazarek z warzywami, rozłożony na jednej z ulic. Do Ha Long City dojeżdżam przed południem. Kierowca jedzie agresywnie, spychając kogo się da z jezdni. Na autostradzie widzę faceta na skuterze przewożącego wielki, kwitnący na różowo krzew. W hostelu pytam o bilety na łódź po zatoce. Dziewczyna podaję wysoką cenę mówiąc, że to tanio. Lubię jak inni mówią mi co jest tanie. W małym biurze turystycznym cena jest sporo niższa i kupuję bilet. Mam zamiar rano wyjechać z tego miasta.

Kupuję bilet na tyle późno, że bus dowożący ludzi do portu już mnie nie odbierze. Dziewczyna z biura mówi, że zawiezie mnie jej kolega. Szybko wkładam kask, nie mam czasu wrzucić kurtki do plecaka i ruszamy. Skuter nie ma podpórek na nogi dla pasażera. Chłopak jedzie jak wariat i trochę się boję. Pęd powietrza zsuwa mi kask, ze zbyt długim paskiem na tył głowy. Trzymam się tylko jedną ręką, bo w drugiej mam kurtkę. Od czasu do czasu jednak poprawiam podduszający mnie kask, starając się nie spaść ze skutera. Gdy o mało nie wpadamy pod ciężarówkę on mnie poucza, że w mieście trzeba ostrożnie jeździć. Tylko, że to nie ja prowadzę. Docieramy do portu i krążymy w poszukiwaniu mojej łodzi. Długo to trwa, wiele łodzi w tym czasie odpływa. Gdy już dochodzę do wniosku, że nic się takiego nie stanie jeśli popłynę następnego dnia, on mówi, że moja łódź jeszcze nie przypłynęła. Na przystani pan o brązowych zębach mówi, że jestem bardzo piękna. Takie sytuacje najczęściej się dzieją kiedy wyglądam nie w formie:)

Zatoka z wystającymi z niej skałami jest piękna. Tydzień spędzony na wsi wśród tych skał sprawia, że nie zachwycam się aż tak bardzo. Pogoda też nie jest najlepsza, słaba widoczność, gęste chmury, od czasu do czasu kropi i wieje zimny wiatr. W cenie biletu było także odwiedzenie jednej z jaskiń.

Przy stole siedzę z dwoma Wietnamczykami i dwoma Chińczykami. Na Chińczykach wypróbowuje mój bardzo ubogi chiński i próbuję wytłumaczyć co widziałam w Chinach. Oni w ogóle nie mówią po angielsku. Jeden z Wietnamczyków mówi po chińsku i jest ich przewodnikiem. Drugi Wietnamczyk mówi trochę po angielsku i tak sobie rozmawiamy, że każdy coś komuś próbuje przetłumaczyć. Gdy pytają skąd jestem, rysuję mapę 🙂

Gdy rejs się kończy, minibus rozwozi wszystkich do hoteli. Oglądam przez okno miasto. Wygląda trochę jak Las Vegas (choć nigdy tam nie byłam). Wielkie, luksusowe hotele, drzewa podświetlone światłowodami. W hostelu pytam o bilet do Hanoi i znów cena jest sporo wyższa niż w biurze obok, także nie daję im zarobić na sobie ani donga. Wieczorem pada, więc czas spędzam z ludźmi z hostelu.

Ha Long Bay to zatoka na morzu Południowochińskim w północnej części Wietnamu. Ma powierzchnię 1500 km2. W zatoce jest około 1900 skalistych wysp, z czego większość ma formę wapiennych słupów, wyłaniających się wysoko powyżej powierzchni wody. Ha Long Bay jest na liście Światowego Dziedzictwa Unesco.

Hue is quiet on the New Year’s Day

Qm3MIJDAZa5JVuvlPX

ySpr2OlAPeQhNlcqBX

CHD3Ua0ORosPjeADZX

SErFZVPCboD9elOGsX

ikj9VWdyIYfa37bfKX

KGaZXLcIxY2E2fZVuX

6DHQ95hWKhm6PsRyUX

qoMRbPwbwy1QWqEK9X

0nGBaDNWQCGteaPmYX

HVhRuI66v1DhEYs3KX

oQuaxh4Z1dZhFreVaX

ccKjsNWhtHgEGsWHfX

kfaWjRUjcwo1mfT5YX

javbjpEunmOqEXqQeX

4EgJQKPmv1Eb1EA6nX

Ijw9KbGrJBdLhlzLQX

gfjxOe9bmcWEPnIwBX

IQrVjGdoQhH8aiHmXX

FzfdE52lxqfRQGfbnX

CRvWAYVv1LoQ0ohu4X

Z Hoi An jadę autobusem do Danang, a stamtąd pociągiem do Hue. Trasa pociągu jest bardzo ładna, przed wsie i pola. Jest chłodniej niż w Hoi An i kropi deszcz. Spaceruję nad rzeką i znajduję wege knajpkę na uboczu. Odwiedzam Cytadelę, która jest na Liście Światowego Dziedzictwa Kultury Unesco i spędzam tam dużo czasu chodząc po zakazanym, fioletowym mieście. To jest New Year’s Eve – Sylwester. Gdy wracam do hostelu to imprezy rozkręcają się i wychodzą na ulicę. Przez chwilę obserwuję śpiewających i tańczących performerów w ładnych, czerwonych garniturach. Z przykrótkimi nogawkami – to jakaś moda? Wieczorem siedzę trochę z ludźmi z hostelu, właściciel zorganizował jedzenie i picie. Poznaję Niemca, który twierdzi, że nauczył się polskiego oglądając Chłopaki nie płaczą:) Ludzie palą w środku, więc zmywam się na górę i robię coś co chciałam zrobić od kilku lat – idę spać przed północą 🙂 Trudno to zrobić jak się spędza ten wieczór z kimś. Rok wcześniej Sylwester w gronie rodzinnym, z dzikimi tańcami w wykonaniu Cioci i kot chodzący po ścianach 🙂 Wiele Sylwestrów spędzonych w górach, na nartach, gdzie w plecaku, oprócz potrzebnych rzeczy taszczyłam sukienki i buty na obcasach, jeden Sylwester spędzony w lokalu, który na co dzień jest domem publicznym – oczywiście prywatnym 🙂 A w tym roku nie poddaję się przymusowi robienia czegoś. Gdy rano wychodzę do miasta, to nie ma już śladu po nocnej imprezie i stołach powystawianych na chodniki. Ulice dość puste. Gdzieniegdzie na ulicy walają się lucky money – imitacje dolarów. Spaceruję i zaglądam do zupełnie pustej świątyni. Przypadkiem odnajduję Pałac An Dinh Cung, który należał do ostatniej wietnamskiej dynastii królewskiej. Ostatni król abdykował w 1945 roku i oddał władzę komunistom Cho Hi Minh’a. Pałacyk jest piękny ale dość zaniedbany. Hue było polityczną stolicą w latach 1802 – 1945 dla dynastii Nguyen. W mieście jest dużo grobowców władców Nguyen. Gdy spaceruję nad rzeką to widzę ludzi sprzedających żywe żaby powiązany tylnymi łapkami i żywe ryby, leżące na talerzach – okrucieństwo.

 

Hoi An

Js92vQ0TZhD7gqOUJX

eXPoSs2DlV5pNvDvEX

LLZl8o0naW0kphDChX

RWIftCpw80sc3kZoqX

2GhY3qgE2etqjdN28X

eEDheN0fCpaYo05MlX

84qi65qZagfWSpUWuX

tXCjIMbHbKzWKolnxX

cBsHPxUmYtYpxZt8ZX

7TxFTKJL6a4MFdJ5rX

iIN1QNpz3GtjoEhYJX

DLIRVTH812DdmI43aX

maSJ10L2nykrZjDMMX

EeizSSQvZ8CGHDiI7X

033TF2N6RHanGQOzTX

aA2jdO8REJKKDLbxWX
oCNObG2kPjlw4ugJXX

lVG6K1JKNt69gOGCdX

Hoi An to miasteczko nad morzem. Plaża ładna i cicha, jak się poszuka:) To chyba nie najlepsze miejsce do pływania ze względu na prądy morskie. W jednym miejscu gruby wał worków z piaskiem oddziela plażę od morza.

Samo miasteczko jest ładne, ale zalane turystami. Mam tę zdolność omijania ich wzrokiem:) Stare miasto, które jest na liście Światowego Dziedzictwa Kultury Unesco, jest położone w pewnej odległości od morza, na dwóch brzegach rzeki. Jedna z dziewczyn w hostelu podsumowała to – fucking Disneyland :). Miasteczko wieczorem podświetlone jest setkami lampionów. Jest tu mnóstwo ładnych starych budynków. Można zagubić się w wąskich uliczkach. Sporo świątyń i piękny stary most.