Yangon po raz drugi

2L4Y9zfUb5yGx6j9bX

 

EabJmixZ9OebQoCxmX

3peYKiOl7a0zuxolbX

Ou3fNLLNsFkOqG4cKX

SHTwszoWjaskmUqAAX

wmERPnn7GrhmjasRxX

4ehCqKiItuBxMeatkX

xH98HforMdeHeUVmpX

GvR364WiRZRPu4GTvX

PeHDkQPXXpa0jURJKX

lvxoEMbh5dvOCxYmAX

YYjzGmGtBEajJ74gqX

tUOBsM5JAAzszqPDZX

fskc6lbDBA6UAfZp7X

Ostatnie dwa dni w Myanmar spędzam w Yangon. Dojeżdżam tu wcześnie rano nocnym autobusem z Nyaungshwe. Trochę odpoczywam w hostelu. Jem pyszny lunch/obiad w ulicznej restauracji. Potem z dziewczyną z hostelu idziemy do parku przy jeziorze Kan Daw Gyi. Oglądamy zachód słońca ze świątynią Shwe Dagon w tle.

Drugiego dnia spacerujemy po mieście a potem płyniemy promem na drugą stronę rzeki do Dala. Tam dogadujemy się z rowerowym rikszarzem co do ceny za kurs po wsi. Potem większość trasy ja pedałuję co wzbudza ciekawość i śmiech miejscowych. Jechanie rowerem rikszą nie jest tak łatwe, bo ściąga na stronę gdzie są siedzenia dla pasażerów, no i zdecydowanie trudno jest ruszyć z miejsca z ciężarem dwóch osób. Wybieramy się na miejscowy bazarek, gdzie koleżanka kupuje sobie longi, a ja też ale męski design. Rikszarz mówi, że jak będę tu je nosić to ludzie pomyślą, że jestem facetem. Postanawiam więc nie szokować ludzi i nosić to w domu – nikt się nie pozna, że to męska spódnica 🙂

Kupuję dwa losy na loterię i ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu nie wygrywam kompletu garnków. Na koniec rikszarz strzela focha, bo nikt z nas nie sprawdził czasu trwania wycieczki i nie chcemy mu zapłacić dwa razy tyle co było ustalone.

W drodze na lotnisko utykam w wielkim korku. W Yangon moto taxi są zakazane, zostają tylko normalne taksówki, które tkwią w korkach.

 

 

Lake Inle

ToxMTl9w7ZBZEz6jcX

 

TuRRGXSBhaGD82BIiX

8VujCgiFqKvLyUpOPX

BGs2N6KHrFJjqad1KX

4l1g78deIbi3Hc81eX

mtC54HF8yAOiB4Aa0X

7ho8KAIp9lbhAv9w8X

uwHXnkNJgFLKFW3VxX

DEi8sryEwVGBa92zUX

iWIlIGEVhbMSbDQcvX

UvoXM7uhwbgIA3hChX

DcUax7Rc92ULvFqRKX

5ER230kVVSm9V22WrX

0oMpmzeggvnvoJyiyX

1k7EXzSvARzZNNfexX

06FXEV1FUDjEYnh60X

VbPCACaWQvZMFGcGsX

5ThYf3uJ5CSpykBJ0X

BXhmha301UnazhCjPX

17el4LWeqn6OEQ7LhX

gOxCwpO83SytUG0nbX

obN2R0jmmlnpqFvbPX

c07dmVsAdUG8IPIOmX

Ma1i0orbqBPewVtf6X

aky0a0YytgamRqCDbX

8yYXDReQ6rqpPRTLDX

sZrq4VQYekY5dpyifX

ZCvc8dlISKHkF6ImUX

smv05ZDO0bFUbDCvKX

qsYNly6xRNSDaIt34X

LbTLB8PYa5KfQGYXdX

fkmIGFIT6S29ECfoNX

CHmfZ25fJfScu0UXHX

Tkrn3VlRMs1yFc5wKX

u33S6aISto30t02nTX

 

W Nyaungshwe postanawiam się relaksować. Jednego dnia pływamy łodzią. Oglądamy pływające ogrody warzywne, domy na palach na wodzie i rybaków. Zwiedzamy Hpaung Daw U Pagoda, gdzie jest 5 posążków Buddy. Dziś trudno byłoby je rozpoznać, bo wierni przy wejściu kupują cieniutki arkusiki złota i oblepiają nimi posągi, aż wyglądają jak dwie zlepione ze sobą kulki. Kobiety nie mogą podchodzić do posągów.

W klasztorze Nga Phe Kyaung jest mnóstwo kotów, które są karmione i zaopiekowane przez zakonników. Podobno niektóre koty potrafią robić jakieś sztuczki ale nic takiego nie widziałam.

Kolejnego dnia żegnam się z francuska parą i przez pół dnia delektują się książkę, a potem wypożyczam rower i jeżdżę po okolicy.

Przez jezioro wiedzie popularny szlak transportowy. Wokół jeziora są wzgórza, ale widoczność jest dość słaba. Pewnie to wynik spalin z silników łodzi i dymu z wypalanych traw. O zanieczyszczeniu świadczy też ogromna ilość wodorostów w jeziorze. Miejscowi wybierają je, by oczyścić szlak a może też i jako karmę dla zwierząt.

 

Trek from Kalaw to Inle

KqXnfVSfWaRLkBBq3X

 

01v8rGsi5CRqHWa7kX

F8vZGQ0CRLjuGGTS8X

sADHHi2TvjkomATIKX

OPr5PF8ROgT0gFD5uX

RPwRb1hUmBzjMDD1KX

0pnjW2bLSbxLAR2rpX

5YaAs9mjtCNysk33AX

gPWh6upSLZ6NSNGgmX

mvatwma7cfDxawAbjX

wGEkCsMcXzbDE8IlcX

1qrVk7yGXyIzo8tqJX

nNankeLMyJgh7ACJdX

3K4GOyfBTGT0mFrUPX

f1VvhKcjLF8F7KGPiX

Ha6MTvFRva1pcMm4CX

ZkscBhIckIGokVqtyX

YAbRpKJYxu1TyEuKzX

ZOIaNLqtLSPgbdbjZX

nI1aNhC1j1Z7AyG56X

Rfpd8LEr2amnks6cuX

6ua8zhmCgTdPcRiMPX

SqTnrc9lbavEDbIabX

FvOip9GDQhfG03rjnX

xC1pT1yKrxbx8oE6VX

WzGRFO874aMpLywhxX

DYTOM2BlTV3pp6dBZX

dMsxC1Kgthr77EbQtX

QSAqWYjvV5vyVm9M7X

cKwlUUjgc4aZC1SaaX

BqElvPRkdW2gCsG5hX

HLDQMwWMakt5itRSYX

KgQv0H5eMWP8HLZ1YX

1AWRYEKq5frk1kQWlX

4ZXoSdcH3XUzA1AaCX

JDqwzjpENNm31V5SRX

2nto4dcuWGj8t8vekX

ZbVrADVS4x8shk2oWX

8KuUtTwxMSaYWlcMcX

mZlLbGo8UyMvCMbxcX

Td5qbRZhd8BaZjwIzX

OanGf3N5novKH8upZX

FQRc4Bf1ZuVpZE24bX

rVx7ACNlQMSoZOMSZX

blLrLG79LVjbFjSc4X

dnPPpTFcFzP2hJndFX

 

Wyruszamy rano. Mam szczęście bo jestem w trzyosobowej grupie z parą z Francji. Nasza przewodniczka to młoda dziewczyna z górskiej wioski. Ma 23 lata. Mama jej powiedziała, by nie wychodziła za mąż przed trzydziestką. A ona sama mówi, że jest wolna w porównaniu do zamężnych koleżanek, co to głównie mają siedzieć w domu i gotować.

Trasa wiedzie przez wzgórza, pola, wsie, lasy. Obserwujemy ludzi sadzących imbir, przechodzimy przez pola zebranych już papryczek chilli. W niektórych miejscach płoną trawy i czasem też drzewa. Po drodze zachowujemy się jak szarańcza obżerając z krzewów coś co wygląda jak malino – jeżyna, tylko że w pomarańczowym kolorze. Przewodniczka mówi, że przygotowują tereny do następnego sezonu. A ja myślę o ptakach i mniejszych zwierzątkach, które giną w ogniu. Wyschnięta ziemia ma kolor czerwony.

 

Pierwszą noc spędzamy we wsi. Francuzi dają dzieciom kolorowe balony i rozgrywa się szalony mecz. Jak wszystkie balony popękają jeden z chłopaczków przynosi piłkę do nogi. Jest to przekomiczne przedstawienie. Jeden z miejscowych zawodników – kilkuletni chłopiec próbuje grać w butach o wiele rozmiarów za dużych. Za każdym razem gdy kopie piłkę but wylatuje w powietrze 🙂 Francuz i Argentyńczyk grają z całą bandą małych miejscowych zawodników a potem oglądają sobie nogi dziesiątki razy kopnięte przez zdeterminowanych małych zawodników. Jakaś kobieta z latarką w ręku przebiega przez stadion w takcie meczu w drodze do sławojki 🙂

We wsi jest studnia. Mieszkańcy biorą prysznic polewając się wodą z wiadra. Miejscowe kobiety mają technikę mycia się w longi, tak że mogą się bez skrępowania myć w miejscu publicznym. Ja nie mam longi, a poza tym pewnie by mi spadło:) Więc przez 3 dni się nie myję – raz pływam w rzece 🙂

Drugą noc spędzamy w klasztorze w Htee Thein. Pełno tu małych mnichów. Patrzę na nich i zastanawiam się czy nie płaczą za swoimi rodzicami. W klasztorze zwykle spędzają 2-3 lata. Potem jeśli chcą mogą zostać na stałe, lub wrócić do domu. Bardzo mi się podoba wszystko poza kilkoma osobami z innych grup trekkingowych, bo wszyscy spotykamy się w tym samym miejscu na spanie. Picie piwa i palenie papierosów na terenie klasztoru, przezroczyste albo ledwo zakrywające tyłek ubrania. Robienie puci puci małym mnichom. Szok.

Każdego dnia idziemy około 6 godzin. Gramy w gry słowne, poznajemy się lepiej i śmiejemy tak, że na koniec najbardziej bolą mnie mięśnie brzucha 🙂

Ostatniego dnia po lunchu pakujemy się na łódkę, która przewozi nas przez jezioro Inle do miejscowości Nyaungshwe. Przy pożegnaniu nasza przewodniczka płacze i ucieka. Mi też chce się płakać. Super spędziłam czas.

 

Kalaw

 

vlRUtDdXXQ59AHvNaX

xRAcoerpkRqoKwIXIX

3Vh4e4O3uJLyblCGbX

U4M0ZAFR6PONzaL4EX

nycvt2B1F5aKKZOFRX

LbKvnMqib7RJy8qaGX

LHSalyo1bZEWJUQfbX

febkKjvGFELJwklu8X

Kg5l00FTJxh5lu1bsX

5djnQJ4OVHD0O6YRLX

S18iBgtEFo22g2qbGX

Do Kalaw dojeżdżam nocnym autobusem z Mandalay. Pracownica linii zapomniała mnie obudzić i wysiadam, razem z parą z Francji około 15 km dalej. Prosimy o darmowy dowóz, skoro autobus nie zawróci by nas tam dowieźć. Pracownica jest trochę spanikowana, bo będzie musiała zapłacić z własnej kieszeni. Organizuje nam dwie moto taxi i w 3 osoby z bagażami się jakoś upychamy. Kalaw jest położone na wysokości 1320 mnpm. Jest po trzeciej w nocy. Na motorze jest bardzo zimno. Taksówki dowożą nas do gusthouse a kierowcy mimo że za kurs mieli zapłacone próbują nas skłonić byśmy im coś dopłacili, ale się nie uginamy. Rano organizuję sobie trekking z lokalnym przewodnikiem, na najbliższe trzy dni. Potem trochę odsypiam nocną podróż autobusem a trochę szwendam się po miasteczku.

 

Mandalay, Sagaing and Amarapura

hBQndt8Embk0icVFaX

0HmHOCBE1shwd0Qm4X

WwXKprMwxaZSshmCmX

roKkJZwVCkNOXID8MX

QYPEKxaSmepHTJ4OkX

iI0eCnepOUvY6EXIdX

Juo3upXFPTXd6EgIyX

nnhaaklaCNrF91O1SX

j5c6SGrSZbwkiOeKDX

bDrkGeilOTPC6ufDZX

eTWT0q3c4u26bR1cjX

YikS1RxaD9V92v4xIX

4QkF1D2dgDp8yAFQxX

LaZxvziW2NKPSxfNAX

bPS7TxDTsWaIIxxfxX

BaDeYprdeRfpHT5M7X

HQbR9Xd3wXzbSpcn6X

UEwVbMR1tfvewrHb7X

5ZecXUxBBxC1pdWy3X

AqQr0VHMb3oC4M3qWX

gKxTh1pnx4PimbH43X

AZYWPaaNtZNfvqpObX

esaaSHsuwg5UhePUAX

Clik2SuzLd7KJ1434XDo Mandalay dojeżdżam pociągiem z Bagan. Standardowo trzęsie bardzo. Gdy robię zdjęcia przez szybę w pierwszym wagonie maszynista wpuszcza mnie do swojej kabiny:)

Mandalay trochę mnie rozczarowało, bo to średniej urody miasto. Idę na spacer wokół terenu otoczonego fosą, na którym znajduje się pałac. Nie wchodzę jednak do środka. Cena, a przede wszystkich okoliczności odbudowy odstraszają. Rok 1996 miał być według władz kraju rokiem promocji turystyki. Ponad 10 tysięcy osób zostało zmuszonych do odbudowy różnych obiektów na terenie kraju. Organizacje międzynarodowe odradzały podróże w tym okresie na znak protestu wobec władz. Protest odniósł sukces i liczba turystów w tamtym roku gwałtownie spadła.

Wchodzę na Mandalay Hill, wzgórze, gdzie jest kilka świątyń, a ze szczytu można podziwiać panoramę miasta. Uliczne restauracje serwują tu najlepsze jedzenie jakie do tej pory jadłam w Mynmar.

Z parą poznanych Francuzów jedziemy do Sagaing. Początkowo miałam zamiar zostać tam na noc, ale to po prostu kolejne miasteczko z dużą liczbą świątyń. Z jednej z nich, na wzgórzu oglądam panoramę miasta. Stamtąd jedziemy do Amarapury. Idziemy wzdłuż rzeki przez wioskę, w której ludzie trudnią się tkactwem i farbowaniem nici. Mijamy fermę kaczek. Jest ich tu wiele, ale nie jest to obóz koncentracyjny. Są w zagrodzie, ale na wolnym wybiegu. Obok jest kacze przedszkole, a nawet żłobek. Mężczyzna tnie dla nich jakieś zielsko i pozwala mi rzucać małym kaczuszkom. Jakiś czas później dorosłe osobniki pójdą zażywać kąpieli w rzece.

Kawałek dalej jest U Bein’s Bridge. Najdłuższy – 1.2 km drewniany – tekowy most na świecie. Ma ponad 200 lat i jest obecnie atrakcją turystyczną.

 

Bagan – all about temples

lPmNq05jNGCMPFxWPX

OmtsoUgHK7gnz2k1zX

X3bIqUb2oRwwYciOKX

qWOBmdRRO7jbPLDShX

wHoNxp3TmnhvxWMDbX

xVPI9sJZPdh5QH4BHX

EK7CXXBRSIZFq68PTX

9FEbPC7bV4txIuwiIX

TQxb7UaKSihU5JaaeX

aVa9epgulHAaFoQOoX

TqYhhyblUrfv7UcFjX

agrBHkvbgces92qq6X

8bmcnsIvavlmLGyerX

90IIaECbmBBPuvLpHX

8bVuiK2gimHBbbEksX

mkZnb1jE4ZtJb7itvX

M8bJ2EBwhQbYTzdXQX

AvaZgbe1oMtDYrpqkX

RFobDScZjuKWW0vXaX

y2noBPnK1CibtB9IFX

F4MTtfZiQMdRiMja9X

Ygh7Mz7dCAnXPyi1AXMyztxd1SylYWKiNSwX

Do Bagan dojeżdżam nocnym pociągiem z Yangon. Mam szczęście, bo pomimo że zjawiam się na dworcu przed odjazdem pociągu udaje mi się kupić bilet na miejsce do spania (alternatywą jest druga klasa – drewniane ławki). Pociąg jedzie 18 godzin. Strasznie trzęsie. Albo jak na łodzi na falach z jednej strony na drugą, albo jak w czasie jazdy konnej – w górę i w dół. Najczęściej jest tylko jeden tor, więc na niektórych stacjach są „mijanki”, gdzie na krótkim odcinku są dwa tory i czekamy na nadjeżdżający z przeciwka pociąg. Mam górne łóżko i dobrze, że jest mała barierka, bo inaczej bym spadła – tak trzęsie i rzuca. Rano widzę, że wzdłuż torów w wielu miejscach czekają dzieci. Wioski najczęściej są gdzieś dalej i te dzieci czekają na jakichś pustkowiach. Machają do podróżnych i widzę, że część osób rzuca im jakieś jedzenie lub pieniądze. Zastanawiam się, czy te dzieci czekają tam, bo są bardzo biedne, czy dlatego, że podróżni coś im rzucają. Ja nie mam żadnego jedzenia a pieniędzy nie chcę rzucać.

 

All about temples. Samo miasteczko jest takie sobie. Dość turystyczne miejsce jak na Myanmar. Natomiast jeśli porówna się je do turystycznych miejsc w innych krajach to jest w ogóle nie turystyczne. Na przestrzeni kilku kilometrów rozsiane są dziesiątki świątyń. Duże i małe. Na niektóre z nich można wejść i podziwiać okolice z góry. Wypożyczam rower i przez trzy dni objeżdżam okolice. Na początku myślę o Bagan trochę z niechęcią wciąż mając mocno wyryte w pamięci wrażenia z kambodżańskiego Siem Reap. Ale tu jest zupełnie inaczej. Większość odwiedzających świątynie to miejscowi. Widać trochę cudzoziemców, ale to tylko mały procent ogółu. Poza kilkoma większymi świątyniami, większość jest pusta i można w spokoju je podziwiać. Miejscowi są bardzo mili i mimo że przy dużych i popularnych świątyniach są stoiska z pamiątkami nikt tu nie jest natrętny. W jednej ze świątyń spotykam czworo anglojęzycznych turystów. Gadają głośno nie zwracając uwagi na modlącą się dziewczynę, potem robią sobie żarty z posągów Buddy. Nie odzywam się, a potem to sobie wyrzucam.

Jednego ranka wstaję bardzo wcześnie i z koleżanką jedziemy oglądać wschód słońca. Na dwie świątynie stojące blisko siebie można się wdrapać. Ta, na którą my wchodzimy powinna być raczej z tego wyłączona, bo widać, że jej stanowi to raczej nie służy.

Na naszej świątyni siedzi około 20 – 25 osób. Część osób przyjeżdża taksówkami 🙂 Jeden z kierowców obchodzi świątynię dookoła i krzyczy, że Ci co nie zdjęli butów mają zdjąć, albo sobie iść. Jakaś kobieta siedząca niedaleko robi głupie miny, ale w końcu zdejmuje buty. Po chwili przychodzi turysta w longi (rodzaj długiej ”spódnicy” noszonej przez kobiety i mężczyzn), które sobie zawinął w rodzaj wielkiej pieluchy, ledwo zakrywającej pośladki. Kilka dziewczyn ma super krótkie spodenki. Parę osób zaczyna palić papierosy. Wschód słońca jest piękny. W oddali widać wzbijające się w powietrze balony (później ktoś mówi, że na lot balonem trzeba się zapisać z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem). Światło jest świetne do zdjęć. Siedzimy długo zapatrzone. Gdy powoli schodzimy ze świątyni widzę dwóch chłopaków, którzy zabierają się za otwieranie piwa. Tym razem odzywam się i mówię, że to jest przecież świątynia. Jeden uśmiecha się i chowa piwo, drugi, który wcześniej prawie pokazywał gołą dupę siedzi z zaciętą miną a potem obchodzi świątynię dokoła i tracę go z oczy. Jestem zdegustowana. Tylko około 25 osób i tyle zachować pokazujących brak szacunku dla lokalnej kultury i religii. Zastanawiam się po co ci ludzie tam przyjeżdżają. Przez pryzmat tego, jak ja zachowam się dziś, miejscowi spojrzą na Ciebie jutro. Warto o tym pamiętać.

 

Yangon

Uu8ydCWwWOGgkAWZ4X

suQuW03j4VlBqO6YOX

19dQoTbXa9bnUQzv3X

JdKDS5ovJLzObuyKXX

DscyZP2sgherOI2oqX

O7vMMlJ7SCnNGayc7X

ffrfGJB5a3tfzBUbkX

r9NWXbpmbPHb3QeBTX

lahFGFXvWZqTZHOPcX

EIQZGRxZsDgZ5VOMIX

bxaLVvnabFs6sZaUaX

 

Yangon (Rangoon) do 2006 roku było stolicą Myanmar. Wtedy to została ona przeniesiona do nowo wybudowanego wielkiego miasta – Naypyidaw, które dziś jest siedzibą wielu instytucji i parlamentu, ale jest zaskakująco puste (jak donoszą ci, którzy tam byli).

Yangon to największe miasto w Birmie. Mieszka tu 6 milionów osób. Mało turystyczne, pełne pięknych starych kamienic, położone nad rzeką.

Piękna, wielka złota Pagoda Shwedagon jest symbolem miasta. Składa się z większej ilości złota niż cała rezerwa złota USA. Mam okazję podziwiać ją wieczorem, podświetloną i pełną ludzi. Trochę szokujące ale przy wejściu jest informacja że na terenie świątyni jest darmowe wifi a blisko głównej pagody, która w Birmie nazywa się paya, jest bankomat.

Rano po ulicy przy hostelu idzie pochód zakonnic. Te starsze są opiekunkami małych dziewczynek, które wstępują do zakonu na jakiś czas. Jeśli im się spodoba, mogą zostać na stałe. Wszystkie mają wygolone głowy (tak samo jak zakonnicy). Ludzie dają im jedzenie i pieniądze do misek, które każda zakonnica niesie przed sobą.

 

Spaceruję po mieście, podziwiam piękne, stare kamienice. Siedzę w parku na trawie. Niedaleko siada mała dziewczynka i płacze. Zagaduję kobietę, która niedaleko siedzi ze swoją rodziną. Ona nie mówi po angielsku, ale zaczyna rozmawiać z dziewczynką. Dziewczynka wygląda dość biednie, ale jest czysto ubrana. W ręce ma jakieś pieniądze, co wskazywałoby na to, że żebrze, choć nie widziałam, żeby kogokolwiek prosiła o wsparcie. Potem dziewczynka idzie w inną część parku, ale wygląda na tak samo zagubioną. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić siebie w takiej sytuacji. Takie doświadczenia dobitnie uświadamiają mi, jakie miałam szczęście, że urodziłam się w normalnej rodzinie, że rodzina się mną zawsze opiekowała i że najwyraźniej nie jest to norma dla wielu innych ludzi. Tych, którzy produkują dzieci, a potem nie mają im czym karmić, wysyłają je na żebry, ale produkują więcej dzieci powinno się przymusowo sterylizować. Wiem, że to oprócz biedy i bezmyślności jest to wynik braku edukacji. Ale takie rzeczy dzieją się też w ”cywilizowanym świecie”. Kto nie czytał historii matek, którym sąd odebrał już kilkoro dzieci, a one rodzą nowe. O ojcach nie wspominam bo to zwykle nn w takich przypadkach, albo degenerat podobnego rodzaju jak i matka.

 

Mawlamyine (Moulmain)

q6zlGHIeKNr0HEj4LX 

qSjF5YSoBIJrh0HoGX 

0eaa6z6eZz4Tlie2JX

ROqAXEtkEn8MBufzFX

GeD1ZMdEVb0teG1qsX

X81BkJ4UeJQTacowEX

xFdkT9yCWQEIlD9vUX

7qBeowfdiELi3Dmf3X

gJpMsyewyJ6N3jAZZX

uoIkr8PReRcfMG7t6X

UwR8vIhPNoWP38PYjX

9WHtFl6fanCCPPim4X

 ucaRXKViLHdTBW3bzX

T0YKldHSi5yjl6mtaX 

25sXCNsafDm6jmkDQX

VMhlFcAtuH9NP79sRX

LQ10JxKHtWncHkqqWX

W Moulmain zatrzymuję się w guesthouse nad rzeką. Wieczorami wzdłuż rzeki jest jedzeniowy market i tam jem obiady. Spędzam czas w miłym towarzystwie oglądając świątynie na wzgórzach, stare kościoły, buszując po bazarze i wyszukując owoce, których do tej pory nie jadłam. Po raz pierwszy jem duriana. Król owoców według Azjatów. Zapach jakby coś zepsuło się w lodówce. Podchodziłam do tego z dużą rezerwą, ale bardzo chciała spróbować. Durian, ze względu na zapach nie może być przewożony w samolotach, metrze etc. Smak, jak cebulowy syrop robiony przez Mamę. Trochę dziwna konsystencja, bo był bardzo miękki i włóknisty. Na pewno spróbuję jeszcze raz, by mieć porównanie. Z kolegami rozkroiliśmy do przed guesthouse ale zapach rozszedł się po całym parterze.

 

Ye

2gfRDig2WSjCAflEZX 

1vCkFZb3DL1VRRN0DX 

0VlWEiWeu8ewCLcShX 

sgNnbKGCvXaF73RxNX

um8QbHwslBzxKz7QsX

UF4BRyzz4x3TuQAbrX

dtBXcT8pSg8SqShwuX

BYaqueSVa4JJVTQTrX

MZOHxpNPo5B0snbl2X

0A3wIcnJhcRnMPS1PX

Do Ye jedziemy autobusem. Siedzimy w ostatnim rzędzie, a ja położyłam swój plecak między siedzeniami. Eduardo przerzuca mój plecak jeszcze bardziej na tył autobusu, bo zestroił się w śnieżno białą koszulkę i boi się, że się pobrudzi od mojego plecaka. Rzeczywiście, plecak nie jest super czysty, ale czego innego można by się spodziewać po tylu miesiącach podróży. Autobus rusza i przy hamowaniu mój plecak spada na niego. Ja siedzę od okna i nie za bardzo mam jak się ruszyć, żeby ulokować inaczej ten plecak. On go wrzuca wyżej, a po jakimś czasie plecak znów na niego spada. Uśmiecham się skrycie, bo Eduardo coraz bardziej sapie ze złości. Plecak spada na niego kilkukrotnie aż w końcu wrzuca go odpowiednio daleko. Wtedy spada na niego czyjaś walizka, a potem siedzenie od jakiegoś krzesła. Sapanie się wzmacnia. Po kilku godzinach i krótkich postojach autobus znów się zatrzymuje. Pytam kierowcy czy to Ye, a on mówi, że to postój na toaletę. Po pół godzinie ruszamy i po 50 metrach autobus się zatrzymuje, a kierowca mówi, że to Ye i czemu nie wysiedliśmy. Dwóch młodych chłopaczków, kierowców moto taxi rzuca się do nas entuzjastycznie i pyta gdzie się zatrzymamy. Nie mają nic złego na myśli, słyszę jak umawiają się między sobą co mają mówić po angielsku. Eduardo siada z obrażoną miną i ich odpędza. Ja dogaduję się z kierowcami i zawożą nas do guesthouse. Na szczęście są dwa wolne pokoje. Eduardo dopytuje czy w miasteczku jest miejsce z zachodnią kuchnią (????) a na odpowiedź właściciela, że z zagranicznych kuchni jest tylko chińska pyta czy dostanie danie z kota. Nie wiem czy to kolejny nieśmieszny żart, czy stara się być złośliwy, bo zwykle dopadam miejscowe koty i głaszcze. Na obiad jedziemy z właścicielem guesthouse i Brytyjczykiem, który też się tam zatrzymał. Eduardo nie odzywa się ani słowem do chłopaka i w połowie obiadu przesiada do innego stolika. Później ja i ten chłopak idziemy na piwo i oglądamy też świątynie pięknie podświetlone wieczorem. Śpię do 9 rano, biorę prysznic, a potem właścicielka puka do mojego pokoju i mówi, że mój znajomy czeka już na mnie bardzo długo. Schodzę do recepcji i Eduardo siedzi wkurzony, że ile na mnie można czekać. Nic nie ustalaliśmy, ani co do dalszej podróży ani w szczególności godzin. On niemiło zaskoczony mówi, że jedzie. Żegnam się z nim chłodno, bo miałam go już naprawdę dość i cieszę, że pozbędę się tego dziada. Właściciele są bardzo mili i pozwalają mi trzymać pokój dłużej niż do godziny wymeldowania. Idę obejrzeć miasto. Przy stoisku z napojami spotykam dwie Birmanki które od 25 lat mieszkają w Kanadzie i dopiero dwa lata temu mogły odwiedzić rodzinę po raz pierwszy od wyjazdu. Rozmawiam przez chwilę, one odjeżdżają i dopiero się orientuję, że zapłaciły za mój sok z trzciny cukrowej. Potem spaceruję nad jeziorem. Nadjeżdża właściciel guesthouse w drodze na spotkanie z kolega i podwozi mnie kawałek. Oglądam buddyjska świątynię umiejscowioną na jeziorze. Potem w restauracji spotykam właściciela. On i jego kolega bardzo dobrze mówią po angielsku, co sprzyja miłej rozmowie. Na koniec drugi pan płaci za moje śniadanie i herbatę i stanowczo odmawia przyjęcia ode mnie pieniędzy. Z jednej strony strasznie to miłe, z drugiej głupio mi w ten sposób korzystać z gościnności i hojności innych. Potem spaceruję po mieście, gdzie jest sporo pięknych starych, drewnianych domów. Idę na targ nad rzeką. Na koniec właściciel guesthouse odwozi mnie na autobus to Moulmain.

 

Dawei, Myanmar

vAIcqnaF85vUpRPIZX
6Q3XTdbZK45U2LTfxX
7BoKrmNBbEBQ3x14QX
05heCEdl1NEnw7t30X
YViAB8163bREq9NhxX
TUwApI7e5xOWxT7TsX

CYVihEPa1n299B5tsX

LmQqXynH1kVvFE5nCX

RJdjwUnmG8UGmS0RuX

8c10hAGS8rmNSascaX

2z9jR7k9xujr3fVkVX

JdJGayLhzLnyEsDssX

bTwCca6xLEeCF5draX

8zMyaP8azlaBxce2MX

v2lm5XxnIma7DJHGwX

HkM4LWk3tLjtbzAlNX 

08JEAqZ7y6pyKceDaX

YbbjhSRiDJq8TbQLcX

RYxEbccWi3PsW1i9QX

NPmBRJtaz5ZJhgIdzX

1vdCI1DabY4yt6AEzX

Dyp07AfCWOyG1jTivX

2l5UBguCnYMU6DrILX 

W1fx5JbKneyBHDyiEX

JUPOLFVXxebDNTP5qX

cfOaCZMWkmpY1UnpdX

OUVSSXa1QDLHTEutJXPorannym autobusem z Kanchanaburi dojeżdżam do granicy z Myanmar. Na granicy spotykam Hiszpana Eduardo. Mimo, że w internecie czytam by nie kupować biletu na autobus do Dawei na no mans land (pasie ziemi pomiędzy dwoma granicami) pod jego wpływem płacę 800 bathów (co później okazuje się dwu krotnością tego co powinnam zapłacić za bilet). Autobus zawozi nas do posterunku granicznego po stronie Myanmar i formalności zajmują może 2 minuty. Nie ma żadnych „dodatkowych” opłat. Kierowca dowozi nas do przydrożnej jadłodajni i mówi że mamy czekać 5 minut. Po jakichś dwóch godzinach przypominam sobie, że cierpliwość nie jest moją mocną stroną i natarczywie zaczynam dopytywać kierowcę, kiedy ruszamy. On się plączę w zeznaniach. Mówi, że na kogoś czekamy, ale że nie ma zasięgu w telefonie i nie może się dodzwonić. Mówi, że za trzy minuty ruszamy, potem okazuje się, że miał na myśli 30 minut. Potem dostrzegamy go jak powolnie je sobie obiad. W końcu ruszamy. Po kilku minutach zatrzymujemy się w punkcie kontrolnym przy drodze, gdzie kierowca musi pokazać jakieś kwity. Do naszego samochodu wsiada kobieta, która jednak wysiada po kilku minutach jazdy. Wolę nie dopytywać czy to na nią czekaliśmy prawie 3 godziny. Droga jest w koszmarnym stanie. Każdy samochód wzbija tumany kurzu. Ileś razy musimy się zatrzymywać w punktach kontrolnych. Raz musimy pokazywać paszporty. Urzędnik dopytuje skąd jest Eduardo bo nazwa Espana nie brzmi dla niego znajomo. Eduardo burczy coś o drugim najpopularniejszym języku na świecie 🙂

Rozpędzona ciężarówka zjeżdżająca ze ze wzgórza spycha nas z drogi i mija o parę centymetrów, a przynajmniej tak mi się wydaje, bo przez chmurę kurzu nic nie widać. Przestraszony kierowca coś mamrocze. Myślę o tym, co przecież każdy wie, że w moment można stracić życie. I że Myanmar raczej nie przoduje w opiece medycznej.

Gdzieś po drodze wsiada para i to na nich chyba czekaliśmy tyle czasu na starcie. Ja siedzę z przodu i robię zdjęcia. Kierowca mówi, że mam nie robić zdjęć przy kontrolnych posterunkach, bo będą kłopoty.

Przed zachodem słońca dojeżdżamy do Dawei. Kierowca dowozi nas do taniego guesthouse. Następuje jakieś nieporozumienie, bo recepcjonista pokazuje nam pokój z podwójnym łóżkiem i mówi, że tylko to ma. Ja patrzę no to łóżko lekko osłupiała i mówię, że potrzebujemy dwa pokoje. Eduardo się nie odzywa, póki ja nie zaczynam energicznie protestować. Recepcjonista nadal twierdzi, że możemy dzielić ten pokój (i łóżko). Eduardo żartuje, że właśnie się rozwiedliśmy i nie możemy dzielić tego pokoju, ale recepcjonista nie rozumie. Eduardo jest już na emeryturze. Ja lubię spotykać podróżników w bardziej zaawansowanym wieku. Mają zawsze mnóstwo ciekawych historii do opowiadania. Ale ten przypadek okazuje się z rodzaju obleśny dziad, erotoman gawędziarz (choć później mam wątpliwości czy tylko gawędziarz). Idziemy do innego guesthouse, a tam mówią, że też mają tylko jeden pokój. Jestem zmęczona, bo dwie noce z rzędu mało spałam. Wychodzę na zewnątrz i łzy mi płyną po twarzy. Wizja dzielenia pokoju z tym facetem jakoś mnie przeraża. Rozważam opcję spania na dworcu i pojechania bezpośrednio do Yangon porannym pociągiem. Trochę byłoby mi szkoda, bo to Dawei, w którym nie miałam zamiaru się zatrzymywać okazuje się bardzo ładne. Ten region został otwarty dla cudzoziemców dopiero w 2013 roku i jest wciąż bardzo mało turystyczny. Ludzie na ulicy są bardzo przyjaźni. Okazuje się, że jednak mają dwa pokoje (choć jeden jest czteroosobowy). Oddycham z ulgą Wieczorem szukam miejsca gdzie mogę coś zjeść. W małej restauracji dopytuję o warzywne danie. Kobieta mówi, że ma coś. W miskach same trupy, więc pytam gdzie te warzywa. Przynosi z zaplecza wiecheć jakichś liści. Mimowolnie zaczynam się śmiać bo miałam na myśli inne warzywa. Potem kobieta odmawia sprzedania mi porcji samego ryżu, bo twierdzi, że to dodatek do mięsa. W innej jadłodajni pan mówi dobrze po angielsku. Mówi, że nie ma nic wege, ale mogę dostać ryż. Potem chyba żal mu mnie bo przynosi coś, co ja rozumiem jako śliwka smażona z cebulą. Wydaje się to być dziwnym połączenie, ale postanawiam spróbować odrobinę. Ma rybny smak i okazuje się, że to krewetka smażona z cebulą, co jest bardziej logiczne. Pierwsze coś z krewetką w moim życiu. Potem dostaję jeszcze zupę fasolową, która jest bardzo dobra. Następnego dnia oglądamy miasto. Jest tu dużo ładnych, starych domów. Wypróbowuję każdy bankomat aż w końcu udaje mi się wypłacić pieniądze. Mój przewodnik po Azji południowo wschodniej ma 6 lat. To niesamowite ile się w tym czasie rzeczy zmieniło. Przy wyjeździe do Myanmar mój przewodnik zaleca przywiezienie zapasu dolarów (tylko nowych banknotów) na cały pobyt w tym kraju, bo nie było tu bankomatów. Dziś, po tych kilku latach bankomaty są wszędzie. Na następny dzień planujemy wyjazd na plaże do Maungmakau i ku mojej konsternacji Eduardo dopytuje o kolor mojego bikini. Gdy mówię coś czego nie zrozumie, zamiast powiedzieć żebym powtórzyła mówi do mnie po hiszpańsku, choć nie znam tego języka.

Spacerując wieczorem po mieście zostajemy zaproszeni na lokalne wesele. Jestem zachwycona. Wprawdzie jestem ubrana jak włóczęga i pasuję na tym weselu jak kwiatek do kożucha, wszyscy są bardzo mili. Na myanmarskich weselach goście nie są przyspawani do swojego miejsca przy stole jak na polskich weselach. Przysiadają, wypijają herbatę, pogadają i idą do innego stołu. Para młoda wygląda bardzo pięknie, ale stroje mają zachodnie. Panna młoda w długiej kremowej sukni z trenem, Pan młody w białym garniturze. Pan młody skopuje tren sukni za każdym razem gdy wyląduje na jego butach:) Eduardo robi chamskie uwagi na temat urody gości płci pięknej, a także ciągle pyta czy któryś z facetów wpadł mi w oko. Potem do naszego stolika dosiada się dwóch Włochów, także zaproszonych wprost z ulicy. Eduardo nie odzywa się do nich ani słowem póki nie orientuje się, że oni też znają hiszpański. Wtedy przechodzi tylko na ten język i nawet próby chłopaków by wrócić do angielskiego nic nie dają. Na obiad dołącza do nas jeszcze jeden chłopak, tym razem z Estonii. On na szczęście nie zna hiszpańskiego. Eduardo znów sadzi dziwne komentarze i mówi, że następnego dnia będzie mnie oglądał w bikini. Chłopaki dziwnie patrzą. Ja mówię mu, że dość mam tych seksistowskich komentarzy, ale do niego to nie dociera. Pewnie należałoby zacytować klasyka i powiedzieć ”spieprzaj dziadu”. Czasem jestem zbyt uprzejma dla ludzi, którzy na to nie zasługują. Wcześnie rano jedziemy na targ i okazuje się, że jednak mają tu bardzo duży wybór warzyw, nie tylko niezidentyfikowane liście 🙂 Potem jedziemy na plażę w Maungmakau. Wzdłuż plaży jest dużo restauracji, pustych jeszcze o tak wczesnej porze. Idę na spacer w przeciwna stronę niż też obleśny dziad. Obserwuję kutry rybackie. Plaża jest długa i szeroka (wciąż, choć zaczął się już przypływ). Jednak nie za bardzo jest to miejsce do plażowania i kąpania się w morzu. Piję herbatę w cichej jadłodajni a potem muszę na siłę wciskać pani pieniądze, bo ona twierdzi, że herbata jest gratis.

Myanmar to kraj w Azji południowo wschodniej. Jest położony nad zatoką Bengalską i morzem Adamańskim. Jego powierzchnia to 677 tyś km2 (ponad dwukrotnie więcej niż Polska). Liczba mieszkańców to 65 milionów osób. Stolicą jest Naypyidaw.