Co mi się nawinęło przed obiektyw w Paryżu

XFzs3iH2ilZYWyrdOX

Nz3Mkj5sUXXGrRsgKX

R5AOSHJdynAj5DbNZX

mrxzHYmhRa82UqP3yX

kak7uZ1VsXorpOPUZX

ihriTOwvIIKE5clMcX

BjDsLRulhXTj2Szs9X

XUuzUNyMYLE4MFcOcX

ZwaNnyl6rSotxI4G2X

RI3SiMgVQSuqtFse4X

YRCcdvuPxV6rUHwflX

 MmsRX1ZjZG15q2ozhX

 waZROhuHq6vPc4eNuX

zlKa4ivgbGhvHr13zX

fdS4HmtWQ1jfnhFZPX

p9Xtedbi6Sj69y26hX

hiqVYsqrzlV9biQahX

T2qBYk5D6wCbGCnlKX

AMkf3aZKbI81vHgzdX

0bnu0ntp1UabUakBVX 
XjUmaTxRM5oXYFmXHX

 wngcJDvmhIaXCFaCcX

 SkFHeRPuSHmbu2wBTX

9bdTHs4I6ROFExK7WX

7anTao1YH0VLnba97X

rUHmbW2lEF2SzvDLRX

zLjMoFYrACJBRu7CFX

JgGk1cdM0JTXPb9RWX

 IWst1JxbbH62DNPhHX

 pivh2KaV9w89WI2ooX

 NIZLrRWnHtrdNWPshX

 N9x3WbHB5PhEhPqWeX

 BGqbCOUtKEzqBVTWcX

 Yi14MzQUwEIANacD1X

 gEe8Ifae3kKPb1R2jX

 UGnxJUjF28bY9m5aXX

 JS02akaoaybpCvlD2X

 lQxKGO3ioJil4HhFxX

lMKhGiSJRB7AVWa5CX

6s2KJRIfYv5ruAWIlX

IwyzypUHDgszykDNtX

Gl8CvjQPqZes4VGjWX

 JrvGVVfQvMPQozrhAX

 Wielkanoc spędzam w Paryżu. Jak zwykle muszę wstać w środku nocy by złapać poranny samolot. W kawiarni na lotnisku wymieniam się z jakąś panią – otrzymuję jabłko w zamian za niewegańską czekoladkę, którą dostałam do herbaty. Samolot ma opóźnienie z powodu kolejki do startu. Czekamy około pół godziny i gdy dostajemy pozwolenie na start, to jakaś baba się awanturuje, że właśnie teraz będzie szła do łazienki.

To mój czwarty pobyt w Paryżu, tak, że nie nastawiam się na zwiedzanie muzeów. Jest to też jakby rocznicowy wyjazd bo to właśnie do Paryża pojechałam po raz pierwszy sama – 6 lat wcześniej, tez w Wielkanoc. Tamto doświadczenie zapoczątkowało moje podróże solo i duże zmiany w moim życiu.

Hostel mam w nieturystycznej dzielnicy Paryża. Prowadzi go rodzina z Południowej Korei. Jest bardzo cicho i czysto. Po koreańsku, buty zdejmuje się tuż po przekroczeniu progu domu. W okolicy hostelu przez kilka dni odbywa się pchli targ. Jest tam też wiele sklepów sprzedających rzeczy na wagę (typu ryż, kasze) do papierowych torebek, a warzywa nie są fabrycznie zapakowane w folię. Coś za czym bardzo tęsknię w Irlandii.

Spędzam miłe godziny spacerując po przepięknym cmentarzu Le Pere Lachaise. Jest to urokliwe miejsce, pełne najróżniejszych stylów nagrobków. To tutaj są pochowani Fryderyk Chopin, Edit Piaf, Marcel Proust, Moliere, Jean de La Fontaine, Balzac, Oscar Wilde, Jim Morrison.

Godzinami spaceruję po ulicach i parkach. Gdy przechodzę obok znanych muzeów czy kościołów, wszędzie długie kolejki. Gdybym chciała gdzieś wejść, to albo długie stanie, albo bilety kupione online z dużym wyprzedzeniem. Gdy mam tylko kilka dni, nie mam ochoty planować kilka tygodni wcześniej co będę robić danego dnia.

W Paryżu jest całkiem sporo wegańskich knajpek. Poza tym arabskie restauracje mają zwykle sporo warzywnych opcji. Gdy jem drugi raz w tej samej marokańskiej knajpce, dostaję kieliszek wina gratis.

Doczytuję książkę Kapuścińskiego Podróże z Herodotem. Pod koniec jedno zdanie ”najlepiej podróżuje się samemu” najlepiej podsumowuje co sama myślę na ten temat.

W dzień powrotu po południu jestem na przystanku autobusowym by jechać na lotnisko. Wtedy dostaję wiadomość, że mój lot został skasowany przez strajk francuskiej obsługi lotniska. Zbliża się wieczór i nie mam gdzie spać. W luksusowym hotelu pozwalają mi skorzystać z ich wifi i udaje mi się zarezerwować powrotny lot – tym sposobem będę miała jeszcze dodatkowo 1,5 dnia w Paryżu. Większość hosteli jest już zarezerwowana na tę noc. Udaje mi się zarezerwować kolejną noc i dzwonię czy będę mieli również łóżko na dziś. Pani mówi, że właśnie ktoś zrezygnował i jeśli w godzinę dojadę to będę miała gdzie spać. Informuję moją szefową że do pracy dotrę 2 dni później. Ona uważa, że to najlepszy moment by omówić mało istotne sprawy służbowe.

Hostel jest położony w cichej uliczce, z której widać wieżę Eiffel’a. Śpię w pokoju mieszanym. Jeden z chłopaków zdejmuje cuchnące buty i stawia je koło osoby śpiącej przy oknie a śmierdzące skarpetki zamiast uprać rozwiesza do wywietrzenie. Nie zamykamy na noc okna by nie zaczadzieć. Rano ten chłopak używa prześcieradła jako ręcznika po prysznicu.

Następną noc spędzam w pokoju dla dziewczyn, nic nie śmierdzi, ale jedna z dziewczyn pakuje się pół nocy i nie chce zgasić światła choć innym to przeszkadza.

W ostatni dzień postanawiam odstać swoje w kolejce do wieży Eiffel’a. Obecnie wieża otoczona jest płotem i jest kilka wejść ze skanerami toreb. Stoję ponad pół godziny i dochodzę do kontroli osobistej. Jestem zadowolona, że tak szybko mi to poszło. Przechodzę przez bramkę i widzę jakiś saigon. Jedna kolejka na co najmniej godzinę stania do kasy, a inne sporo dłuższe do wejścia/wjazdu na wieżę. Kręcę się tam chwilę i wychodzę. To pierwszy raz gdy nie będę podziwiać Paryża z tarasu wieży. Spędzam dzień spacerując wzdłuż Sekwany do Notre Dame i z powrotem. Zatrzymuję się co jakiś czas na herbatę lub piwo, podziwiam miasto, obserwuję ludzi i czytam książkę.

W dniu wylotu znów wstaję w środku nocy, taksówką dojeżdżam na przystanek, a potem autobusem na lotnisko. Najpierw jest pusto ze względu na wczesną porę, ale nagle bardzo się zagęszcza. Staję w kolejce do odprawy osobistej. Pracownik lotniska informuje, że pasażerowie lecący do Djublę mają stanąć w innej kolejce.

Edynburg po raz drugi

XXQBpFvXV2xQkcdNIX

mFWTk6jFG2I9LKHbKX

uzTeefrHHgEjvdOQaX

999daOBguyttJlqicX

kRIHGwQuzHLFp4eE1X
DZOseETJzWXWhxgbYX

 

BqraB4PbOTzKfDY02X

lqRF7vqnM3oe1sLM2X

oAr5CZXbhqiL0uDd1X

HbIbb0fQSB0QjSCCuX

sKqigQR9zYLPqTk3DX

FiwJGoKlFHfBNQtl4X

hvgIvBEZplRsHpRSwX

Bbxpsx88oFiqyNdHMX 

u7E55ktcLdUI9A41EX

lxBvNrOcLWNI9IxExX

X9Rc24Pa2TvT5kLnbX

yDsUrl7K2Ej3HO3nCX

at5sa1ulvRsFyh5UvX

 05Y7aCTAn9zxi27YTX

 eS1BoUzZPAySNukAyX

 bwVkIXFrAVIVLW6uAX

 0lNlylJe8aLiveyYUX

0Etm8GMknS7tWB2UJX

Kl0o2h8abHX5nWiaoX

faRKcDWVuKIw1ulrDX

e7mXWJkKaRDzJxWvSX

 V7FJYemp2Pt7WE9YdX

 7hOc74t2t0MJmwIDAX

 u7nthUI1t0vzVO9GMX

 PpbVm1jPQXz6jjPrUX

KhPNfWFfjY7MO5ab9X

bbvuJuyU0wLCKyT21X

U6bHq1GnjV8OLn4OSX

jIPh9tGbMaAF4yhrfX

vamKtP91FQ9dLaxzBX

wFMEGER0r2Av0QRjTX

UoC7L3bWDzQl8t9WUX

 lKuVhluZr1Wav16ZDX

 1Z82Nmo8d9RzlzeF8X

VAjJ4Mjqyr4LXO8pDX

Do Edynburga lecę na weekend Św. Patryka (w marcu) pierwszym porannym lotem, co oznacza, że muszę wstać w środku nocy. W domu włącza się alarm. Odbieram to jako zły znak i próbuję zamówić taksówkę, by nie iść pół godziny na przystanek. Niestety, na prowincji, chyba nie da się zamówić o tej porze taxi. W Edi ląduję rano i mam cały dzień dla siebie, koleżanki Dublinia i Dita dołączą do mnie dopiero pod wieczór.

Z lotniska dojeżdżam autobusem do centrum i idę do wegańskiej knajpki na śniadanie – pyszne naleśniki z owocami. Pytam o drogę do pensjonatu, internet w telefonie mi nie działa. Ma to być bardzo daleko i ktoś mi doradza taksówkę. Półgodzinny spacer pozwala mi obejrzeć miasto, które dość słabo pamiętam z poprzedniego pobytu jakieś 7-8 lat wcześniej. Zostawiam plecak i łażę po mieście. Pogoda jest dobra. Spaceruję po wzgórzu Calton i podziwiam panoramę. Korzystając z okazji kupuję jeansy i zamawiam lekkie skrócenie nogawek (ostatecznie uda mi się je odebrać ostatniego dnia, po tym jak najpierw zapominano je skrócić, a potem wydano mi czyjeś spodnie w zupełnie niepasującym rozmiarze, na przeprosiny dostałam voucher). W ciągu poprzednich dwóch tygodni wszystkie moje trzy pary jeansów podarły się w sposób uniemożliwiający ich dalsze noszenie. Skutek kilku lat diety zakupowej 🙂

Wieczorem przyjeżdżają dziewczyny. Mamy zamówioną wycieczkę City of Dead (Miasto Umarłych). Zanim zgadzam się wziąć w niej udział kilkukrotnie dopytuję czy nie będzie tam straszenia i ma tego ponoć nie być. Przewodniczka odziana jak wiedźma przywołuje grupę dzikim wrzaskiem i zaczyna opowiadać jak to niektórzy uczestnicy mdleją i mają pogryzienia na ciele. Wiem, że to bzdura, ale podświadomie bym się stresowała. Opowieści o duchach i zjawach mnie nie bawią. Rezygnuję więc i idę sama na spacer. Wieczór spędzamy czytać na głos niskiej klasy literaturę, dodając do niej efekty dźwiękowe i śmiejąc się jak wariatki.

Następnego dnia świat jest przykryty śniegiem i nadal pada. Jest zimno i wieje. Idziemy na wycieczkę do zamku. W zasadzie nie jest to zamek w powszechnym znaczeniu tego słowa. To forteca położona na naturalnym wzniesieniu skalnym. Znajduje się tam kilka budynków, w tym siedziba garnizonu wojskowego.

Spacerujemy po mieście, oglądamy urokliwy cmentarz Greyfriars, podziwiamy cudną uliczkę Victoria, kupujemy grube rajstopy bo jest naprawdę zimno. Obchodzimy większość closes ( małych zaułków) i zaglądamy na market. Idziemy do ukrytego koktajl baru, który wygląda jak agencja detektywistyczna.

Wykupiona na kolejny dzień wycieczka do Highlands zostaje odwołana. Wykupujemy więc inną, o podobnym programie. Nasz kierowca i przewodnik w jednym – boski Garry jest świetny. Sypie żartami jak z rękawa. Z tych najgorszych najbardziej się zaśmiewa. Jedziemy do Stirling Castle, lecz zamiast go zwiedzać idziemy obejrzeć urocze miasteczko Stirling. Jest słoneczny poranek, w wielu miejscach wciąż leży śnieg. Później jedziemy na jezioro Lomond, i to daje mi inspirację na wakacyjny treking w przyszłym roku. Gdy zajeżdżamy pod destylarnię whiskey, jako jedyna wybieram spacer po lesie. Byłam raz w destylarni i wystarczy. Wchodzę na przysypane śniegiem wzgórze, mijam owce wyżerające spod śniegu trawę. Idę przez cichy las, jestem sama. Nagle na drogę wychodzi sarna. Przyglądamy się sobie nawzajem przez dłuższą chwilę, po czym sarna wchodzi do lasu 🙂

Ostatniego dnia robi się bardzo ciepło. Idziemy do cat caffe. Dle mnie to jest pierwsza wizyta w takim miejscu, choć od dawna chciałam to zobaczyć. Niestety nie jest to typowe cat caffe, które powinno być kawiarnią, gdzie mieszkają przygarnięte z ulicy/schroniska koty. To miejsce pełne jest rasowych, urodzonych na przestrzeni dwóch lat kotów. Gdy pytam skąd one są, pracownica mówi, że są to po prostu koty kupione przez właścicielkę. Koty są oczywiście piękne i zadbane, ale to akurat miejsce jest nastawione na zarobek (trzeba zapłacić za wstęp), a nie pomoc niechcianym zwierzętom.

Włazimy na szczyt Walter Scott Monument, skąd świetnie widać całe miasto. Do szczytu wiedzie 288 stopni i blisko szczytu robi się dość ciasno. Musiałam zdjąć plecak:)

Edynburg bije na głowę Dublin pod względem ilości wegańskich knajpek. Stołujemy się w Union of Genius – miejscu serwującym zupy, nie tylko wegańskie i nastawionym na pomoc ubogim. Każdego miesiąca dostarczają wiele litrów zupy bezdomnym. Można też u nich zakupić ”zawieszoną” zupę lub kawę. Osoba, której nie stać by zapłacić dostanie wtedy tę zupę lub kawę za darmo. Odwiedzamy Elephant Cafe, gdzie J.K. Rowling napisała Harry’ego Potter’a. Okna kawiarni wychodzą na piękny ogród.

Spacerujemy po ogrodach Princess Street, gdzie stoi pomnik niedźwiedzia Wojtka. Wojtek był syryjskim niedźwiedziem brunatnym, adoptowanym przez żołnierzy Korpusu Polskiego dowodzonego przez generała Andersa. Brał udział w bitwie o Monte Cassino. W jednostce nadano mu stopień kaprala. Po zakończeniu wojny Wojtek został oddany do zoo w Edynburgu, gdzie spędził resztę życia w nienajlepszych warunkach.

Na lotnisko jedziemy taksówką, która utyka w korku i koleżanka, która pierwsza odlatuje zdąża na swój samolot, tylko dlatego że przyleciał opóźniony. Autobus wychodzi o wiele taniej i szybciej.

 

Kilka słów o aborcji

IMG_1153s

D4iNXuTg6tLwCbREvX 

4oUveRkIrSwr2YaMzX

IMG_1154s1
IMG_1155s1

  
tUGKTG8Ukg5RQHMb3X

U8SmbKkt86s9cqbM9X
kgwhbrD3E2T9mc3UlX

W najbliższy piątek 25 maja odbędzie się w Irlandii narodowe referendum w sprawie 8 poprawki do konstytucji. Poprawka ta została wprowadzona w 1983 roku (w referendum) i zrównuje prawo do życia matki i zarodka/płodu. Od 1861 roku aborcja jest w Irlandii zakazana i karalna (obecnie jest to do 14 lat więzienia). Są to jedne z najbardziej restrykcyjnych przepisów antyaborcyjnych na świecie. Odrzucenie 8 poprawki do konstytucji otworzy drogę do ustanowienia prawa dającego kobiecie możliwość decyzji w sprawie terminacji ciąży.

W 2012 roku 31 letnia Savita Halappanavar, stomatolożka indyjskiego pochodzenia zmarła w wyniku zakażenia organizmu powstałego przy poronieniu. Odmówiono jej aborcji (serce płodu jeszcze biło). W 2013 wprowadzono prawo do terminacji ciąży jeśli życie kobiety jest zagrożone.

Cała Irlandia jest obklejona plakatami. Ostatnio wydaje mi się, że tych przekonujących na nie, jest więcej. Najwyraźniej organizacje religijne, które je sponsorują mają więcej pieniędzy, niż te pro kobiece/pro ludzkie/pro społeczne. Sondaże pokazują, że społeczeństwo raczej przegłosuje usunięcie tej poprawki i opowie się za prawem kobiet do decydowania o sobie.

Na moim osiedlu grupa aktywistów chodzi od drzwi do drzwi. Słyszę jak sąsiad mówi, że jego nie muszą przekonywać, on i jego żona będą głosować na tak. Koleżanka z pracy, która nie sądzi, że sama mogłaby dokonać aborcji, będzie głosować na tak – niech każda kobieta decyduje o sobie. W centrum Dublina starszy mężczyzna przez megafon namawia do głosowania na nie. W ręku trzyma plastikowy malutki, płód, i przekonuje że on też ma prawo do życia. Gdyby mężczyźni mogli zachodzić w ciąże, żaden z nich nie opowiedziałby się za prawem ograniczającym ich do decydowaniu o własnym ciele i tym jak ma wygląda ich życie.

Kobieta nie musi wyjaśniać, że boi się o swoje zdrowie, czy życie, że nie chce dziecka z gwałtu, że nie poradzi sobie z dożywotnim zajmowanie się upośledzonym dzieckiem, bo po prostu ma prawo nie chcieć być w ciąży. I nikt nie ma prawa oczekiwać od niej źle rozumianego heroizmu, czy zmiany własnych planów życiowych.

Pomimo tak drastycznych przepisów Irlandia nie jest wolna od aborcji. Statystycznie każdego dnia 9 kobiet podróżuje do Anglii by dokonać aborcji. Kolejne 3 kobiety każdego dnia zażywają pigułki wczesnoporonne.

W referendum mogą wziąć tylko obywatele, więc ja niestety nie będę mogła głosować, natomiast będę mocno trzymać kciuki, by poprawka ta została usunięta.

 

 

 

 

 

 

Beast from the East

Asb4KmAIhBwfhwKsCX

Ofsa9NVIGaWIbJuBWX

4xdFc5jqlYEWzyLNbX

FKsQoWaWr1Z23LNOeX

f3Py0RR7weIGOdeCGX

AJHmhOez1oKtSgAK8X

jSNJioJBufSgfJfoAX

3lITYPrxzVVb302E9X

z2wB3cubRQFHQuYRNX

WNkBvbH11NvNGeBG5X

24TIHqCLJRAYglbGSX

kbFrLjhAaRaPDXqMvX

wlheuFl6lBzbb19pkX

cOxUda2mzqj9bXvueX

cfbcUyLDUpKb0N9GbX

GqxZX23b4OJhs6rtjX

aLvK8CLqL4e1lDU3hX

nOzgmr98yXzIGb1iGX

a6crAws0s3wBnLDAXX

ETIyUNig8ki8LIW58X

TgYxs7uw43TuHoNMvX

t1oQfyPdBp86Kxa27X

MmciFAJ9tj9aC6BzGX

E8dvX5484lyUPqm5cX

maGhHIRTdvayvz55DX

dWReunl4S1F7aIIKYX

dXPyIXoYjZHvmCAJ9X

fUerdrWfagaqR40t0X

FtvhpdRtdsbuQvzOzX

H3CI1xoCUMXiljuavX

Axq0qFuxNiiKfyaDKX

R7ksUYapPr9Gja4TjX

Huragan Emma jest dla Irlandii jak armagedon. Starcie natury z człowiekiem, w której człowiek zostaje pokonany. Został okrzyknięty bestią ze wschodu. Gdy od kilku dni nadają komunikaty o nadchodzącym sztormie i w internecie pojawiają się zdjęcia pustych półek zaglądam do Tesco licząc, że zobaczę jak to wyglądało w PRL. Sklep, ku mojemu rozczarowanie jest bardzo dobrze zaopatrzony. Nie biorę zbyt serio tych ostrzeżeń, zresztą w czwartek (1 marca) mam jechać do Lizbony i na tym się koncentruję. W środę świat jest przysypany śniegiem. Oznacza to paraliż kraju, nieodśnieżone drogi i chodniki. Do pracy nie dociera połowa osób. Większość lotów zostaje odwołana, ale ja twardo wierzę, że mój, następnego dnia, nie będzie. Z biegiem dnia powoli tracę nadzieję. Wieczorem bardzo wieje. Ryanair wysyła mi mail, że mogę zmienić termin lotu, co w pierwszej chwili biorę za odwołanie. Zanim idę spać zastanawiam się czy jednak się spakować i jechać na lotnisko. Na tym etapie liczę, że ten lot w końcu skasują. Autobus dowożący na lotnisko z powodu pogody nie dojeżdża do mojej miejscowości, tylko do sąsiedniej. Musiałabym zamówić taksówkę, o ile by mi się to udało i liczyć, że autobus jednak dojedzie. No i gdyby lot mimo wszystko został odwołany miałabym problem by wrócić do domu, bo komunikacja miejska w większości już nie jeździła. Zupełnie nie w moim stylu w przypadku podróży, poddaję się. Budzę się z nadzieją, że samolot nie odleciał, ale okazuje się, że wprawdzie sporo opóźniony, ale jednak wystartował. Lot w większości sfinansować miał Ryanair, bo za inny skasowany lot dostałam od nich voucher na przeprosiny. Hostel udaje mi się skasować, ale i tak jest mi smutno, bo naprawdę potrzebuję przerwy. W zamian wakacji w Lizbonie, idę do pracy. Dotarła tylko garstka osób. Zamykamy biuro w czasie lunchu i mamy wrócić dopiero w poniedziałek. Mam więc 3,5 dnia wolnego, mała rekompensata. Zostaje ogłoszony czerwony alarm co oznacza, że ludzie mają zostać w domach. Wieczorem tak wieje, że przez chwilę nie mogę otworzyć okna. Rano jest mnóstwo nowego śniegu. Idę na długi spacer. Po drodze widzę mnóstwo bałwanów. Jeden szczególnie duży stoi na ulicy. Sklepy pozamykane, co wywołuje panikę w internecie. Pojawiają się memy, że ktoś chce sprzedać chleb za 1500e i nawet daje do tego mleko gratis. Na adverts (platformie sprzedażowej) ktoś wystawia kromkę chleba za 500e.

Widzę ludzi odśnieżających grabiami, a nawet szpadlem, ale to już wyższa technika. Najlepszymi butami na śnieg i mróz okazują się kalosze. W razie braku kaloszy, można założyć torby foliowe na buty. Sąsiedzi urządzają bitwę na śnieżki. Ktoś w ogródku zbudował igloo. Świat przysypany śniegiem wygląda przepięknie.

Na morzu wysokie fale. Bardzo wieje. Nocny sztorm musiał być bardzo gwałtowny. Plaża w Bray jest wysypana kamieniami. Zostały one tu zwiezione kilkadziesiąt lat temu by ochronić brzeg. Nadmorska promenada spacerowa miejscami jest całkowicie przykryta kamieniami, które wyrzuciło morze, normalnie oddalone o kilkadziesiąt metrów. Woda w porcie jest wyższa o kilka metrów, a fale z furią rozbryzgują się o wejście do niego.

Ku mojemu zdziwieniu jeden pub jest otwarty. Wchodzę by się trochę ogrzać. Wracając do domu widzę, że sklep monopolowy jest otwarty. Ludzie wychodzą z siatami puszek i butelek. W Irlandii jest duży problem z alkoholizmem. Przed małym sklepem spożywczym kolejka przed wejściem. Chyba jak w PRL, tylko krótsza 🙂

W najgorszej dzielnicy Dublina wejście do Lidla zostało rozwalone koparką a sklep został splądrowany przez miejscową hołotę. Na nagraniu widać najpierw atak koparkowy, a potem zamaskowani bandyci uciekają ze skradzionymi towarami. Wojsko zostało wezwane. Policja nie miała jak dojechać, czy co? Jakby tego było mało, w nocy spłonęło 25 samochodów, w tej samej dzielnicy zresztą.

A dziś nadal morze niespokojne, za to sklepy już otwarte. Wracając ze spaceru zaglądam do Tesco i nie zawodzę się:) Warzywa, owoce, chleb, mleko i mięso wymiecione. Nawet papieru toaletowego nie ma:) Komunikacja publiczna, zaczęła jeździć, ale tylko w niektórych miejscach.

Na to że mniejsze uliczki, lub chodniki będą odśnieżone nie ma co liczyć. Trzeba czekać aż się śnieg rozpuści.

Wiosenne Dalkey

WGAKy4v71qwTok1g6X

b9vXSotEpb8CsAmlbX

riyyedEKY5znxt042X

U6JlzMRuPdN4stiabX

a9RyPbPnNeFxupadpX

Ac0VLPVCXndXt7UfdX

InFdKvp943yRzzCvFX

1cK2bTRcDhZu9aJWPX

e8sB9CLRWWzkLiA69X

L7z7phQKGZUoUaT7tX

PxbKARaxxaXnDUCKZX

TWnIhmoFQYQxmhb60X

K15MQlLXMuV6M08HBX

rEH67WyhmnxzNClU9X

iG3ar5fytxlA0OIMfX

8Qf9fZRbkzQhvbKaoX

nl5Saa39O71AWYJ0TX

lzT9n6WffsAyuFmyTX

Słoneczną lutową sobotę spędzam z koleżanką Dublinią. Wybieramy się do Dalkey, małego urokliwego, nadmorskiego miasteczka. Nazywane jest czasem irlandzkim Sorento 🙂

Wykupujemy wycieczkę z przewodnikiem po zamku. Budynek jest niewielki, ale tour po przylegającym do zamku kościele, cmentarzu, i samym zamku bardzo ciekawy i zabawny. Pierwsze ślady pobytu człowieka na wyspie Dalkey sięgają 4500 rpne. Miasteczko zostało nazwane tak samo jak wyspa. Jego złoty okres przypada na XIV wiek, kiedy to siedem ufortyfikowanych zamków/dworków zostało wybudowanych z przeznaczeniem na przechowywanie importowanych towarów. Statki z towarami zmierzające w kierunku Dublina były tutaj rozładowywane i dobra później dowożone drogą lądową. Duże statki często utykały na mieliznach lub rozbijały się. Rozładowane w Dalkey mogły bezpiecznie przepłynąć do Dublina. Przewodnicy są ubrani w stroje z epoki. Jeden z nich, grający ”medyka” prezentuje nam listę zabiegów jakie oferuje. Upuszczanie krwi, wyrywanie zębów, a nawet obcięcie dwóch palców w cenie jednego. Robi mi się niedobrze. Wyjaśniają skąd wzięło się pojecie square meal – kwadratowy posiłek – tutaj synonim satysfakcjonującego posiłku. Pochodzi od drewnianego, kwadratowego talerza. Kiedyś ludzie zaproszenie na biesiadę do zamku przynosili własną łyżkę do jedzenia, lub jedli rękami.

W knajpie, do której idziemy na lunch drażę temat w jakim oleju są smażone frytki i czy aby nie w tym samym co mięso i ostatecznie dostaję wegański lunch 🙂 Niestety raczej to rzadkość w irlandzkich barach.

Wchodzimy na małą górkę, Dublinia przekonuje mnie ze to Killiney Hill. Widok piękny, Zatoka tonie w słońcu. Potem okazuje się jednak że Killiney Hill to nie było 🙂

Świąteczna Warszawa

CWLVVaqUW0XBbYwxaX

0fuz56eZPsL3otnKDX

eb0GP5E7kc5HDxHS3X

6475sFbluVBEsOwckX

KYBiEYG8dXUXq0ubWX

kLdsbjZSU6qfYd0M0X

bYNs9yUYyw5BXUoFZX

VlJJugC407aZ8dGqbX

9odTsrZ1lKt2QzkjyX

scDPO5DAMCWYwpySHX

0fctX8bocLAGuUw2IX

VJ9Bjq6LJCmbiJ9MCX

0OkFEIpTgeMwNDycWX

 FuFW5OOLZ15WQhjkMX

 91CvPa6Skr2UJQpyqX

 YbFbmUa4MsbYYMsNAX

 p9Xb6yDHF308DXMZmX

 n8XnbWwQQFDmpTscfX

 hSnrDSzbcWUlLG794X

xaK69iXizgCri7hzxX

Z6iQea0S8rS9WwIVHX

swaXCJyuHcBj3pEStX

c7tnAn0un5u6wWTH1X

cwggKA5umR85TpCDQX

BMZj25ahdcbJHuULJX

V4WfpxQDhrg8fuko1X

q1KG55ZzNf7SAPi8iX

tfBqu83zAEs1t7L9mX

Cz7uOP4aXgxPrfnpdX

GCDLGn8FbbrvBJFkRX

Poprzedzający Święta czas to w pracy jakiś hardocre. Zaciskam zęby, bo przerwę grudniową zamierza miło spędzić. Pracodawca sypnął okolicznościowymi voucherami. Gdy ostatniego dnia wypuszczają nas 1,5 godziny wcześniej, jesteśmy jedyną otwartą firma w całym business parku. 23 grudnia wstaję w środku nocy. Przez beznadziejny typ współlokatorki śpię tylko 1,5 godziny (po niedługim czasie na szczęście się wyprowadzi). Jest 3 rano i idę na przystanek autobusu. W powietrzu czuć wiosnę. Drzewa na moim osiedlu obsypały się białymi kwiatuszkami. Na dworze gęsta mgła. Ze sklepu Aldi wychodzą pracownicy, remanent chyba. W pomarańczowym świetle latarni widać cząsteczki mgły. Zdejmuję kurtkę, bo jest mi ciepło po szybkim marszu i moje ciało paruje. Zadziwiająco dużo, jak na tę porę, taksówek na ulicach, fastfoody otwarte i pełne ludzi. Autobus zapełnia się do ostatniego miejsca i nie zabiera więcej pasażerów.

Na lotnisku tłumy jakich nie widziałam. Jednak obsługa bardzo sprawnie kieruje ludzi do odpowiednich stanowisk. Przez kontrolę osobistą nie przechodzą mi 4 słoiki masła migdałowego 😦

Lecę do Gdańska, bo w soboty nie ma bezpośrednich lotów na trasie Dublin – Warszawa. Gdyńskie lotnisko jest większe niż się spodziewałam. Czekam kilka godzin na kolejny lot. Odprawa osobista wlecze się, choć nie ma aż tak dużo ludzi. Przechodząc przez odprawę paszportową w Polsce można się poczuć jak osoba podejrzana i nie jest to tylko moje wrażenie. Lot do Warszawy jest trochę opóźniony i trwa niecała godzinę. W samolocie głośna grupa cudzoziemców, na pewno południowców, ale nie umiem zidentyfikować z jakiego kraju. Przypatruję się jednemu. Sportowe czarne buty, białe skarpety z dużymi czerwonymi różami, czarne dresy i biała bluza, pasująca do skarpet, bo dużymi czerwonymi różami, złoty zegarek. Trudno mi ocenić czy ubrany bardzo modnie, czy bardzo niemodnie. Przy lądowaniu podmuchy wiatru trochę rzucają samolotem. Głośna grupa się ucisza, a ekstrawagancko ubrany chłopak zaciska rękę na poręczy, a drugą przykrywa twarz. Na lotnisku czeka na mnie Siostra. Nikt z rodziny poza nią nie wie, że przyjeżdżam. W domu Rodziciele przez chwilę z niedowierzaniem się we mnie wpatrują a jedne z pierwszych słów to: nie mamy aż tyle chleba:) Nie znam nikogo, kto lubiłby chlebek tak bardzo, jak ja:)

Święta upływają nam bardzo przyjemnie. Śniegu niestety nie ma. Nasz Pan Kotek się przeziębia, i musi chodzić do lekarza, czego bardzo nie lubi.

Dwa razy idę z Mamą do kina. Morderstwo w Orient Expresie ma dla mnie zaskakujące zakończenie, a to dlatego, że nie czytałam tej książki. Świetny film, ze świetną obsadą. Z kolei The Florida Project pokazuje życie ludzi zamieszkujących motel. Historia młodej dziewczyny, będącej matką kilkuletniej dziewczynki i jej zmagania z rzeczywistością. Gubię portfel, chyba w kinie. Bardzo rzadko coś gubię, nieprzyjemne uczucie. Na szczęście nie mam tam zbyt dużo pieniędzy i tylko tracę kartę do bankomatu.

Spaceruję z Mamą po pięknie oświetlonej Warszawie, na ulicach dużo ludzi. Odwiedzamy dwie wegańskie knajpy.

Wspólnie z bliską koleżanka robię małą imprezę urodzinową. Dla mnie opóźnioną o prawie 2 miesiące 🙂

Zdjęcia robione telefonem – jakość fatalna.

In a search of Christmas spirit

h4ApVC969ZL8KhQ7eX

tiaS38UscH2G23aJIX

tRfuN8PaFGg3IH0h5X

vf1LcLO2huJbglfPNX

yGeI1KUTQamIbM9PaX

czbRICsSBgDbiqY1bX

7b0VV1oYntnrpNbTXX

WYaFhqNfTIrUI5fpCX

FkmLpF1sU4nZsJUtCX

qidgRZ2A9BQSSpBjPX

GZb0VjvbkdPWzIpKIX

XUctSAIOyodao7Rt2X

PBAhKRuWbD90zvIW2X

 onsQ9Jwh8kIYORyBcX

 qM9HJSPSUt8WgCbdpX

 gCXREYTIMc9Li0clZX

 Fetf7NXVoMfFJG8vAX

 HoXzYY7Qrq87uohuYX

 7qnkkVecMQOkm7wLbX

 sctjaLSuWbyo6xJxVX

 0XUtnkKp6uAEqBnK8X

bBsJBjQCAWaSFs4dXX

CJFLLUJQjM3fJJZAgX

bzUV1O3sXs8imZErzX 

41KUODexR3wpsoLwoX

E2I7uwY6wM2nkwT0pX

gTrb4V0LQrov0abFfX

mpcnKS7j4XuC1xMdwX

3x562Exs774YBWJCrX

tIU1L0xYwbacWhqaHX

kjISyQsjXxUlvwMxZX

W tym roku wyjątkowo poszukuję świątecznej atmosfery. Na pierwszy ogień świąteczny market w Castletown House. Miejsce jest piękne. Otoczony parkiem dwór z początku XVIII wieku, wybudowany w stylu palladiańskim. Niestety market, nie jest w ogóle świąteczny, sporo wstrętnego, śmierdzącego żarcia i ogólnie mydło i powidło. Za to czas spędzony z koleżankami przy grzanym winie jak najbardziej udany. Do Castletown House wybiorę się na wiosnę, gdy zostanie otwarty po zimowej przerwie. Przeczytałam ostatnio bardzo interesującą książkę o rodzinie, do której należał ten dwór, a także Carton House.

Z koleżanką z pracy oglądam jej ulubiony świąteczny film – Elf. Nigdy go wcześniej nie widziałam. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak się śmiałam:) Moje ulubione filmy na ten sezon to Holiday i Love Actually.

Idę na koncert mojego (byłego już) chóru. Jest bardzo klimatycznie – w kościele oświetlonym świecami. Łudzę się przez chwilę, że wkrótce do nich wrócę, ale to chyba tylko magia chwili.

Duże i małe miasta mają świąteczne iluminację. Włączenie świateł jest popularną uroczystością.

Piekę pierniki, moja jedyna jedzeniowa tradycja. Moje biuro dekoruje się na potęgę. W tym roku odpuszczam sobie świąteczny wyjazd firmowy, za to spędzam znacznie lepszy weekend w towarzystwie Dublinii. Wybieramy się do Waterford na świąteczny festiwal Winterval. Miasto wydaje mi się znacznie bardziej ciekawe, niż gdy byłam tu poprzednio. Jest sporo świątecznych dekoracji, natomiast większość atrakcji jest skierowanych do dzieci. Buszujemy po sklepach charytatywnych a lunch jemy w cudnej herbaciarni, w stylu lat dwudziestych z pasującą muzyką.