Serdecznie zapraszam 8 września na godzinę 19 do Południka Zero na ulicy Wilczej 25 w Warszawie. Będę opowiadała o Indiach.

Podróż przez życie
Serdecznie zapraszam 8 września na godzinę 19 do Południka Zero na ulicy Wilczej 25 w Warszawie. Będę opowiadała o Indiach.

















































W rocznicę wybuchu powstania Warszawskiego jadę do centrum. Chcę poczuć tę atmosferę i zobaczyć jak ruch uliczny się zatrzymuje w godzinę W. Dojeżdżam do Rotundy. Tu ruch uliczny i tak zostaje wcześniej zatrzymany przez policję. Na skrzyżowaniu zbiera się dużo ludzi Pierwszy raz mam okazję w tym uczestniczyć. Przejmująca atmosfera.
Faszyści, którzy rozpoczynają swój marsz drą się jak kibole. Skandują, że na drzewach zamiast liści będę wisieć komuniści oraz sierpem i młotem czerwoną hołotę. Zastanawiam się o jakich to komunistach jest mowa. Ustrój się zmienił 27 lat temu. Siłą rzeczy wielu polityków i urzędników to ludzie urodzeni i zaczynający swoje kariery zawodowe za czasów PRL. Czy to oni są tymi komunistami? Bo ze statutów chyba żadnej z partii w parlamencie nie wynika by była komunistyczna. Już raczej faszystowska (konserwatyzm w sprawach społecznych i socjalistyczne rozdawnictwo).
Jadę z Mamą w rowerowej Masie Powstańczej. Mimo padającego na początku deszczu przejeżdżamy tego dnia ponad 50 km.
Oglądam (choć może to za dużo powiedziane) paradę z okazji święta Wojska Polskiego. Jest dużo ludzi więc niezbyt wiele widzę. Podziwiam przeloty helikopterów i samolotów. Z przejeżdżającego sprzętu widzę głównie lufy czołgów.
Odwiedzam rodzinne cmentarze, uzupełniam drzewo genealogiczne mojej rodziny. Zaglądam na ruiny żydowskiego cmentarza w mojej okolicy. Smutny widok, pozostało tylko kilka poprzewracanych macew.
Odwiedzam z Mamą Planetarium w Centrum Kopernika oraz Muzeum Żydów Polskich.
Jeżdżę po okolicy na rowerze i zachwyca mnie piękno natury. Układam puzzle, które czekały na to kilka lat. Masowo obieram jabłka na przetwory.
Jeżdżę też trochę rowerem po centrum. Warszawa jest piękna, pełna historycznych, ciekawych miejsc.
Porządkuję szafy po raz nie wiadomo który. Zaczyna się od tego, że nie jestem pewna czy chcę zatrzymać jedną tunikę. A potem w przypływie szczerości z samą sobą kilka toreb zapełnia się ubraniami, których już nie będę nosić. To samo z książkami, choć to jest zawsze dla mnie trudne. W ogóle pozbywanie się rzeczy (tak by trafiły do kogoś komu się jeszcze przydadzą) zajmuje dużo czasu.


































Lanckorona jest urokliwą, magiczną wsią w województwie małopolskim. W latach 1366 – 1934 posiadała prawa miejskie. Znajdują się tu ruiny zamku zbudowanego przez Kazimierza Wielkiego w połowie XIV wieku. Zamek był świadkiem wielu historycznych wydarzeń. Został wysadzony w powietrze w XIX wieku. Do dziś zachowały się fundamenty wież i pozostałości muru obronnego.
W Lanckoronie po raz pierwszy byłam kilka lat temu. Przeczytałam artykuł, w którym kilkoro celebrytów opisywało gdzie by chcieli mieszkać. Wszyscy wskazywali ciepłe europejskie miejsca, a jedna pani wskazała Lanckoronę. Zakochałam się w tym miejscu. To co mi się tu najbardziej podoba to piękna drewniana architektura. Budynki w rynku powstały w latach 1868 – 1872. Poprzednia zabudowa spłonęła w wielkim pożarze. Ocalał tylko jeden narożny budynek, pełniący dziś rolę Izby Regionalnej. Piękną drewnianą zabudowę można znaleźć nie tylko w rynku. Spacer bocznymi uliczkami dostarcza mnóstwo estetycznych wrażeń. Na wzgórzu zamkowym jest wiele urokliwych szlaków spacerowych. Północna część Góry Lanckorońskiej wraz z ruinami zamku wchodzi w skład kompleksu kalwaryjskiego wpisanego na listę UNESCO.
Zatrzymujemy się w tym samym pensjonacie – Willi Zamek, gdzie mieszkałam poprzednio. Cudny stuletni, drewniany budynek. Drewniane skrzypiące okna i widok z balkonu wart milion dolców.
Historia lanckorońskiego letniska zaczyna się w 1924 roku, gdy Pensjonat Tadeusz zaczął przyjmować gości. Jest to jeden z najstarszych prywatnych polskich pensjonatów. Założył go legionista Tadeusz Lorenc Senior. Drewniany dom w stylu zakopiańskim, z basenem w ogrodzie. Pensjonat jest pełny pamiątek po Józefie Piłsudskim. Na przełomie lat 40 tych i 50 tych syn założyciela – Tadeusz Lorenc skonstruował drewniany samochód, który można podziwiać na posesji. Samochód jest jedną w wielu jego ciekawych konstrukcji.
W Lanckoronie działa prawie stuletnia piekarnia, która zapachem kusi, by wieczorem nabyć jeszcze gorące wypieki.
To czas tuż przed rozpoczęciem Światowych Dni Młodzieży. Co jakiś czas spotykamy grupę pielgrzymów z różnych stron świata, lub z oddali słyszymy ich śpiewy.
Spacerem wybieram się z Mamą do Kalwarii Zebrzydowskiej. Jest popołudnie i na szczęście kościół jest prawie pusty.
W drodze powrotnej przejeżdżamy przez Kraków. Jest to dzień gdy Papież przyjeżdża do Polski. Nigdy w życiu tyle Policji nie widziałam. Potem zaczyna lać jak z cebra, ale wielu kierowców i tak nie skłania to by zwolnić.



































Dojazd do Ustrzyk Górnych zajmuje mi ponad dwie godziny. I tak mam szczęście, bo w czasie wakacji to jedyny ranny autobus jadący w tamtą stronę. Wędruję przez Połoninę Caryńską. Pogoda jest świetna, a widoki cudne. Mało ludzi na szlaku, głównie mijam ich w punktach widokowych. Nie mogę się napatrzeć na otaczający mnie krajobraz. Połoniną Wetlińską docieram do Chatki Puchatka. Urokliwe schronisko bez prądu i wody. A nocą pewnie doskonałe miejsce do patrzenia w gwiazdy.
Pływamy łódką po zalewie Solińskim. Niedaleko obok przepływa rower wodny. Pan w średnim wieku zwraca się do siedzącej obok pani – „kurwa, zamkniesz tego ryja?! Nie dość, że kieruję, to Ty ciągle gadasz!”. Śmiejemy się, ale to nie jest śmieszne. To nie pierwszy raz widzę w jakiej atmosferze niektórzy spędzają wakacje.
Spacerujemy po zaporach na Solinie i w Myczkowcach. Wchodzimy na szczyt starego kamieniołomu skąd jest wspaniały widok na zalew. Potem leśnymi ścieżkami i przez pola wracamy do gospodarstwa.
To w tej okolicy mieszkał Jędrek Połonina (Andrzej Wasilewski) rzeźbiarz, malarz, poeta, pieśniarz bieszczadzki, a przede wszystkim bardzo ciekawa osobowość. Był uważany za króla cyganerii bieszczadzkiej, najwybitniejszą osobistość środowiska tzw. zakapiorów.
Słucham opowieści jak niektórzy rolnicy gospodarują i przechodzą mnie ciarki. Pozostaje jedynie wierzyć, że jedzenie jest poddawane kontrolom nim trafi na rynek.
W drodze do Lanckorony zatrzymujemy się w skansenie Miasteczko Galicyjskie.




























Oddaję mój aparat do serwisu i okazuje się, że poszło to co podejrzewałam – migawka. Za przyzwoite pieniądze reanimują go. Jest tak czysty, jak nie był od nowości i po raz pierwszy od kilku lat wszystko w nim działa:)
Bieszczady. Jedziemy (z Rodzicielami i Siostrą) samochodem zapakowanym niemal po dach. Dziś nie dziwię się czemu na obozy w liceum pakowałam się w wielki plecak i wielką torbę i pod tym ciężarem ledwo mogłam iść.
W Bieszczadach nigdy wcześniej nie byłam. Jest przepięknie. Zatrzymujemy się w ekologicznym gospodarstwie rolnym. Mam właściwie zerowe doświadczenie ze wsią i jestem zachwycona. Tym, że krowy są takie mądre, że same z pastwiska wracają na dojenie. Tym, że kaczki uciekają na staw kiedy pojawia się lis. Tym, że adoptowany przez gospodarzy piesek (prawdopodobnie przez kogoś wyrzucony) sam z siebie wie, jak pomagać zaganiać krowy gdy się nie spieszą by wracać na noc do obory.
Pierwszego dnia jedziemy wąskotorową kolejką bieszczadzką. Piękne widoki. Kolejka działa od 1898 roku. Jest ostatnią z kilku działających dawniej w Karpatach Wschodnich kolejek do przewożenia drewna. Na koniec dnia zatrzymujemy się by coś zjeść. Rodzice nie mogą naleźć aparatu fotograficznego (kupionego raptem dwa dni wcześniej). Zatrzymuje się jakiś samochód i ludzie pytają czy czegoś nie zgubiliśmy. Znaleźli aparat na parkingu, zapamiętali nasz samochód (obok którego parkowali), a potem cudem spotkali nas na drodze (my wcześniej pojechaliśmy do innej knajpki, ale nam się tam nie spodobało). Wszechświat czuwa:)
Zdobywamy Tarnicę we mgle, czy chmurze i siąpiącym deszczu, więc widoki prawie żadne. Jako plus mało ludzi na szlaku 🙂
Drezyny bieszczadzkie to też ciekawa forma podziwiania okolicy. Nam trafia się chyba trochę zepsuta, bo ciężko nam się pedałuje 🙂
Moja Siostra wraca wcześniej do domu, z Sanoka. Na dworcu autobusowym nie możemy odnaleźć, z którego stanowiska odjeżdża autobus, na który kupiła bilet online. Pani w informacji tłumaczy – „jego nie ma, ale on jest”. Ma rację, bo autobus, którego nie ma na rozkładzie przyjeżdża.
Idziemy do skansenu w Sanoku. Cudo. W skansenie jest ponad sto obiektów, które odtwarzają tradycyjne drewniane zabudowania wsi z okresu od XVII do XIX wieku. Poszczególne grupy etnograficzne (Łemkowie, Bojkowie, Pogórzanie i Dolinianie) mają swoje sektory ekspozycyjne w skansenie. Jeden z domków wygląda zupełnie jak ten z moich marzeń.
Łażę po polach, wieczorem patrzę w gwiazdy, jest bosko.























Do Wrocławia jadę z Katowic. Pod dworcem głównym odbiera mnie kolega z córkami i to z jego rodziną spędzam weekend. Pływamy stateczkiem po Odrze, spacerujemy po Ostrowie Tumskim. Z wieży kościelnej podziwiam panoramę miasta. Kłódki na moście. Pierwszy raz je zobaczyłam kilka lat temu, w małej ilości, na moście w Paryżu. Wydało mi się to ładne. Dziś uważam, że to wandalizm i tandeta.
Odnajduję dwa krasnale. Spacerujemy koło Hali Stulecia a potem idziemy do pięknego ogrodu japońskiego. Wieczorami długo gadamy, wspominamy irlandzkie czasy, choć dla mnie się one jeszcze nie skończyły:)
Ostatniego dnia spotykam się z koleżanką poznaną w Malezji. Siedzimy w uroczej herbaciarni i tak wsiąkamy w rozmowę, że na rynku nie robię nawet jednego zdjęcia. Do Wrocławia też zamierzam wrócić 🙂























W Katowicach byłam wcześniej tylko raz. Kilkanaście lat temu wracając z Sylwestra z Zakopanego śnieżyca opóźniła mój pociąg i umożliwiła mu dojazd tylko do Katowic, gdzie na dworcu (przed remontem) spędziłam noc, w na szczęście ogrzewanej poczekalni, z miejscowymi bezdomnymi. Moja koleżanką, która pochodzi z Jaworzna zawsze mi powtarzała, że Katowice to wstrętne miasto. Zachęciła mnie to by to sprawdzić osobiście 🙂
Kilka dni przed wyjazdem mój aparat odmawia współpracy. Jako, że ma 8 lat i nigdy nie był w serwisie, mam obawy, że to jego koniec. Pożyczam więc od Rodzicieli ich dwa aparaty, i oba sprawiają mi problemy. Ten, który działa lepiej, jest malutki i ciągle się stresuję, że go zgubię.
Nieświadomie wyjeżdżam na akurat te kilka dnie, gdy Warszawa ma być sparaliżowana przez szczyt NATO. W zasadzie w ogóle by mi to nie przeszkadzało, bo w centrum bywam tylko przy okazji spotkań ze znajomymi.
Po pierwszym rzucie oka na Katowice wiem, że zarezerwowałam sobie za mało czasu na to miasto. Bardzo mi się tu podoba. Katowice dobrze przetrwały wojnę i stara zabudowa jest oryginalna. Rynek i wiele okolicznych uliczek – po prostu urocze. Na rynku, przy sztucznej Rawce drewniane leżaki i palmy wypożyczone na lato z Palmiarni Miejskiej w Gliwicach. Atmosfera wakacyjna.
Podziwiam znany z mediów Spodek. Tuż obok centrum kongresowe z porośniętym trawą dachem i tarasem widokowym. Kawałek dalej Filharmonia Katowicka. Przeszła gruntowny remont i rozbudowę. Wcześniej miałam okazję czytać ciekawy artykuł o tym obiekcie. Niestety, nie mogłam go obejrzeć w środku. Obok Filharmonii jest otwarte od 2015 roku nowe Muzeum Śląskie. Z braku czasu oglądam je tylko z zewnątrz. Niezbyt często odwiedzam muzea, ale to na pewno chcę zobaczyć.
Zaglądam do dużej galerii handlowej w poszukiwaniu nietypowych baterii do aparatu. Chciałam wesprzeć mały biznes, ale pani w zakładzie fotograficznym podała cenę z kosmosu. Galeria handlowa przylega do dworca, niedaleko jest druga. Najczęściej omijam takie przybytki, bo nie lubię zakupów.
Osiedle Giszowiec. Idea wsi w mieście. Jest piękne. W latach 1907 – 1910 wybudowano unikatowe osiedle – ogród dla pracowników kopalni Giesche. Kopalnia powstała w wiejskiej okolicy i stamtąd głównie pochodzili jej pracownicy. Zbudowano więc dla nich domy w stylu starych górnośląskich chałup chłopskich. W latach 60tych i 70tych część domów wyburzono i na ich miejsce wybudowano bloki. Zachowała się 1/3 zabudowy.
Osiedle Nikiszowiec. Cudo. Wybudowane w latach 1908 – 1918 dla pracowników kopalni Giesche. Kilkupiętrowe, ceglane familoki z charakterystycznymi, obmalowanymi na czerwono oknami. Kręcono tu dwa filmy Kazimierza Kutza: „Sól ziemi czarnej” i „Perła w koronie”.
W hostelu spotykam dziewczynę o skomplikowanym azjatyckim rodowodzie i paradujące w koronkowych majtkach dziewczyny mówiące po rosyjsku. W moim dorm kręci się pijany i bełkoczący, zaawansowany wiekowo facet. Potem przychodzi jeszcze Amerykanin i z dziewczyną z Azji dość długo gadamy. O kraju skąd pochodzą jej rodzice – Myanmar (dawnej Birmie) nigdy nie słyszał, podobnie jak o wielu innych sprawach. Mówi, że edukacja w Stanach jest słaba. Inni Amerykanie, których miałam okazję poznać swoją wiedzą tego nie potwierdzali. Amerykanin znika na noc, a rano opowiada o swojej wizycie z klubie ze striptizem. Obie nie komentujemy tego 🙂
Do Katowic mam zamiar wrócić wkrótce. Jestem bardzo mile zaskoczona tym miastem.

























Po kilkunastoletniej przerwie odwiedzam Wilanów. Zachwycający pałac i ogrody. W jednej z ogrodowych alejek (akurat tej, w której chciałam zrobić zdjęcie) natykam się na parę z operatorami kamer i zza krzaków obserwuję jak wygląda nagranie „spontanicznej” wypowiedzi.
W Łazienkach – jednym z moich ulubionych miejsc w Warszawie patrzę jak japońska wycieczka rzuca się z aparatem na małego chłopca, nieporadnie drepczącego za gołębiem. Po przeciwnej stronie Trasy Łazienkowskiej inny świat – Jazdów. Jakby wieś w sercu miasta. Jest to osiedle fińskich domków drewnianych. Zostało zbudowane w 1945 roku, jako tymczasowe mieszkania dla pracowników Biura Odbudowy Stolicy. Drewniane domy pochodziły z repatriacji wojennych jakie Finlandia musiała zapłacić na rzecz Związku Radzieckiego po II Wojnie Światowej. Do Warszawy przyjechało 500 takich domków. Powstało kilka osiedli: na Polu Mokotowskim, przy ulicy Szwoleżerów i na Jazdowie. Na Jazdowie postawiono ich 200 i osiedle – według planów – jako prowizoryczne, powstało na 5 lat. Mają 54 albo 60 m2. W latach 60 tych część domków została usunięta i na ich miejscu zbudowano ambasadę Francuską i częściowo Trasę Łazienkowską. W 2005 roku kolejne domki zostały rozebrane – tym razem pod budowę ambasady Niemieckiej. Teraz jest ich 27. Kilka lat temu zaczęły pojawiać się inicjatywy by tę przestrzeń inaczej zagospodarować. Miasto wykurzyło kilku mieszkańców. Część z domków stoi teraz opustoszała, w innych nadal mieszkają ludzie. Jak dla mnie super miejsce i uważam, że powinno zostać. Do Sejmu jest stąd 350 metrów. Idąc właśnie w tym kierunku, potykam się na nierównym chodniku i o mało nie padam na kolana przed ambasadą Niemiecką. Przypominają mi się różne polityczne brednie, które czytałam i się śmieję:)
Jadę w rowerowej Masie Krytycznej. Bardzo podoba mi się ta inicjatywa. I choć po Warszawie jeździ się rowerem coraz lepiej, to wciąż bardzo dużo jest do zrobienia.
Przy trasie dojazdowej do Zalewu Zegrzyńskiego kobiety sprzedają swoje ciała. Teraz, ze względu na przebudowę drogi, stoją czasem obok zwalisk piachu.
Choć nie interesuję się sportem, poza tym, który sama uprawiam, oglądam Euro i jest to zaskakujące, jak na tę dziedzinę, źródło dumy:) Nie mogę uwierzyć, że polscy piłkarze zaszli tak daleko.
Dom moich rodziców to od wielu lat jedyne miejsce, gdzie oglądam telewizję. I mimo że mam o niej złe zdanie, to zawsze mnie szokuje poziom wielu programów. Z reklam by wynikało, że Polacy to lekomani i bezmyślni kredytobiorcy. Staram się być na informacyjnej diecie, choć tutaj mi to nie wychodzi. Pomijając liczbę i jakość zmian zachodzących obecnie w Polsce, propaganda sączy się z każdego kanału, a po obejrzeniu jednego programu można dojść do wniosku, że ludzie są źli a ten świat to padół łez. Oczywiście, wielu ludziom źle się dzieje, wiele rzeczy można by naprawić, albo chociażby (zwłaszcza obecnie) nie psuć, ale wiadomości nie napawają żadnym optymizmem.
Czas spędzam z rodziną i przyjaciółmi, czytam i czasem piszę bloga, aż zaczyna świtać i kury u sąsiadów pieją.





















Na kilka dni jadę na działkę Cioci i Wujka, w Wildze. Jest bardzo ciepło. Susza, każdy wyczekuje deszczu. Jeździmy na rowerach po lasach i okolicznych wsiach. Zagłębie sadownicze. Leśne uliczki mają bajkowe nazwy.
Dolina Środkowej Wisły – przepiękna. Przez lata miałam okazję obserwować i rzekę zamieniającą się w strumień – z powodu suszy, a także fale powodziowe.
W sadach co chwile słychać wystrzały. Sadownicy odstraszają ptaki. Drogę przebiega spora, intensywnie zielona jaszczurka. Mijamy pola facelii – prawie jak Prowansja.
Leśny dukt przecina zaskroniec, w słońcu szmaragdowy.
Dojeżdżamy do historycznej miejscowości Stoczek. To tu w 1831 roku rozegrała się bitwa pomiędzy samodzielnym korpusem pod dowództwem Józefa Dwernickiego, a częścią rosyjskiej dywizji strzelców konnych Fiodora Geismara. Pytam jakąś dziewczynę czy jest tu pomnik upamiętniający tę bitwę, ale mówi że nie ma.
Z powodu remontu fragmentu głównej drogi dojazdowej, przez szosę wijącą się wśród sadów zaczynają jeździć tiry. Przypomina mi się bilbord reklamujący zakład pogrzebowy. Napis głosi: zwolnij, do nas zawsze zdążysz. Tylko że jeśli tir nie zwolni, to ja, na rowerze, mam znacznie większe szanse trafić do tego zakładu, niż kierowca wielkiej ciężarówy.
W końcu zaczyna padać. Zieleń deszczem rozmyta. Zapach deszczu o zmierzchu.


























































W Warszawie czas spędzam nadzwyczaj miło z rodziną i dawno nie widzianymi przyjaciółmi. I nie przeżyłam żadnego szoku 🙂 Po prostu jestem. Jakbym nigdy nie wyjeżdżała. Ba, nawet jakbym od 10 lat wcale nie mieszkała za granicą 🙂 Cały czas, od dawna, uczę się bycia tylko tu i teraz. I coraz lepiej mi to wychodzi.
Wiosna jest cudna. Kwitną kasztany. Obłędnie pachną dzikie róże, jaśminy i bzy, także te białe, które się nazywają czarne.
Wracam od Dziadka na rowerze. Kawałek jadę jezdnią nim dojadę do ścieżki rowerowej. Z tyłu słyszę ryk silnika. Nie mam gdzie zjechać. Mija mnie jakiś wariat. O mało nie rozjeżdża pieszego na pasach, w ostatniej chwili go wymija, bo nie dałby rady wyhamować. W wielu krajach ruch uliczny jest chaotyczny i może zmrozić krew w żyłach. Ale mimo to w Polsce najbardziej obawiam się kierowców. Od lat nie prowadzę tu samochodu, boję się rowerem jechać po jezdni. Odsetek sfrustrowanych wariatów wydaje się tu być większy niż w innych znanych mi krajach.
Spotykam się z dwoma przyjaciółkami. Jest trochę chłodno. Wieczorem temperatura spada do kilku stopni. Ja w sandałkach trzęsę się z zimna. Wsiadam w zły autobus nocny. Dojeżdżam na pętlę, nie aż tak daleko od domu ale zbyt daleko by o północy iść na piechotę. Muszę przejść na inny przystanek. Ze strachu biegnę. Na chodniku potłuczone szkło. Na przystanku jestem sama, potem przychodzi facet i nie wiem czy bardziej boję się stojąc tam sama, czy z nim. Na rondzie z piskiem opon zawraca sportowy samochód. Nieliczne przejeżdżające samochody dudnią muzyką. Po prawie godzinie przyjeżdża autobus, w ostatniej chwili macham, bo inaczej musiałabym czekać kolejną godzinę. To akurat noc muzeów. Ciekawy event. Nie umiem sobie przypomnieć czy kiedykolwiek w Polsce brałam w tym udział. Wiele miejsc zazwyczaj niedostępnych dla zwiedzających otwiera swoje podwoje. Wielogodzinne stanie w kolejkach jednak mnie zniechęca. Raz wzięłam udział w nocy muzeów w Dublinie. Jednak w Irlandii powinno się to nazywać dzień i wieczór muzeów, bo chyba wszystkie miejsca są zamknięte przed 21szą.
Chyba po raz pierwszy w życiu odwiedzam Warszawskie Targi Książki. Od kilku lat odbywają się na Stadionie Narodowym. To także moja pierwsza w życiu wizyta na tym stadionie. Wcześniej bywałam na stadionie X lecia, w celach zakupowych 🙂 Na targach bardzo dużo wystawców i odwiedzających. Widzę kilka słynnych aktorek starszego pokolenia: Magdalenę Zawadzką, Barbarę Krafftównę i Krystynę Sienkiewicz, pisarzy Michała Rusinka, Mariusza Szczygła i Adama Wajraka. Spotykam się z autorką świetnej książki – ”Zwyczajne pakistańskie życie” – Joanną Kusy. Książkę bardzo polecam, opowiada o różnych aspektach życia w kraju, który mnie bardzo pociąga. Kupuję „Minimalizm dla zaawansowanych” i spotykam się z autorką Anną Mularczyk Meyer. Szymon Hołownia podpisuje mi się w swojej najnowszej książce. Po targach piję piwo z Mamą na nadwiślańskiej plaży.
Odwiedzam jeden z największych cmentarzy w Europie – cmentarz Bródnowski. Część przy głównej bramie jest zabytkowa i jest tam wiele pięknych nagrobków.
Spaceruję z koleżanką po Starówce. Pogoda jest piękna. Jemy lody. Ciemnoskóry cudzoziemiec otrzymuje tyle zainteresowania od szkolnej wycieczki co ja w niektórych azjatyckich krajach.
Na Nowym Świecie mijam grupę motocyklistów z logo Hells Angels. Siedzą w ogródku restauracji. Potem przy dwóch hotelach w centrum zaparkowanych jest dużo motocykli z tym logo. Jest to rasistowska organizacja, a w USA jest uznawana za przestępczą. Zorganizowali zlot nad Zalewem Zegrzyńskim i chyba obyło się bez burd.
Jeżdżę na rowerze po okolicznych lasach. Obserwuję ptaki w ogródku. Piję miętę, która u nas rośnie. O zmierzchu w ogródku zaczynają biegać jeże.
Podróż przez życie
Podróż przez życie
Podróż przez życie
Czyli Raj na Zielonej Wyspie
Życie w Irlandii, Podróże po Irlandii i Europie, Tarot