Muang Khua, Laos

jvaBMsKdaZ8kmj9IHX

 CeFnzMgaFcmFcaWZoX
5M0QWvmKyYFZdkMdJX

xZXxuAzcqJWspaxZCX

4bPsGzhoKAtnVPWxIX

gCjzRvTZJEyHUPYPaX

IayBLSYUKuJSgPoAAX

7kfniu1yvXo6YbAaMX

Rw70bKl8bfo3OCXpNX

y47iRB9EkSBxpJaI6X

Bus dojeżdża do granicy wietnamskiej. To już ostatnie, północne przejście graniczne z Laosem. Budynek wygląda bardzo skromnie. Toalety są na zewnątrz i wyglądają okropnie, nie jestem aż tak zdesperowana. Ustawiamy się w kolejce z paszportami i wszystko idzie sprawnie. Dalej jedziemy do budynku granicznego Laosu. Jest kilka kilometrów dalej. Dostajemy formularze. Oprócz błędów językowych mają rubrykę: rasa. Zostawiam ją pustą. Dziewczyna z Austrii mówi, że na jakiejś granicy kazali jej wpisać rasę kaukaską 🙂

Chłopaki z Holandii nie mają żadnych pieniędzy. Myśleli, że będzie można płacić kartą 🙂 Najbliższy bankomat jest wiele kilometrów stąd. W końcu płaci za ich wizy kierowca autobusu i zatrzymuje paszporty póki nie wypłacą pieniędzy by mu oddać.

Płacę za moją wizę 30 dolców. Facet każe mi płacić opłatę manipulacyjną w wysokości 1 dolara. Wiem, że to ściema. Na stronach internetowych nie ma żadnego info o opłatach dodatkowych. Mówię mu że nie mam więcej kasy. On odkłada mój paszport na bok. Para z Austrii ma lokalną walutę ale przelicznik na dolary jaki stosuje celnik nie jest uczciwy. Dodatkowo muszą zapłacić kilka dolarów więcej bo chłopak nie ma zdjęcia paszportowego. W końcu poddaję się i płacę tego dolara. Celnik bierze kasą i mówi, że mam iść do następnego okienka. Tam mam zapłacić kolejne 3 dolary. Znów mówię, że nie mam. Celnik chowa mój paszport pod biurko. Wyjaśniają, że to opłata za nadgodziny w weekendy. Czytam informację, którą każdy mógłby sobie wydrukować. Sprawdzam datę, jest piątek. Mówię celnikowi, że ta informacja dotyczy osób przekraczających granice w soboty i niedziele, a dziś jest piątek. On zaczyna się na mnie drzeć, że jak natychmiast nie zapłacę to wstempluje mi pieczątkę wyjazdową i mam wracać do Wietnamu. Na tę kolejną złodziejską opłatę pożyczają mi Austriacy, bo wychodzi taniej w kipach (waluta Laosu) niż płacenie w dolarach. W końcu we trójkę dostajemy nasze paszporty i myślimy, że to koniec. Przechodzimy koło kolejnego okienka, z którego facet mówi pay more – płać więcej. Na szybie ma przylepiona kartkę, że jemu mamy płacić po 2 dolary na jakiś fundusz turystyczny. Dziewczyna z Austrii go mija i idzie w kierunku autobusu. On wybiega z wrzaskiem i zaczyna ją szarpać za ramię a potem za szal. Krzyczymy, że ma jej nie dotykać. Ona zaczyna płakać, celnik drze się na nią, że ma nie płakać. Gdy ja próbuję go minąć mnie też szarpie za ramie i wrzeszczy, że mam zapłacić, ja wrzeszczę, żeby mnie nie dotykał. Chłopak z Austrii idzie za nami. Celnik go szarpie. Chłopak mówi do niego spokojnie, potem trzyma się kolumny, bo celnik cięgnie go w kierunku okienka. W końcu celnik uderza go w ramię i przedstawienie skończone. Jestem w szoku. Brałam pod uwagę, że mogą próbować naciągać cudzoziemców, ale nie spodziewałam się, że dojdzie do rękoczynów. Zrobiłam zdjęcia wszystkich kartek informujących o dodatkowych opłatach i mam zamiar nie odpuścić. Ale dopiero po opuszczeniu granic Laosu. Później myślę, że to jednak tylko byłaby strata mojego czasu. Laotańczycy mają opinię bardzo spokojnych, przyjaznych ludzi. Powitanie w tym kraju nijak się ma do tej opinii.

Autobus jedzie jeszcze przez kilka godzin. Po drodze zatrzymujemy się na jedzenie i toaletę. Dojeżdżamy do pierwszej miejscowości z bankomatami. Holendrzy muszą oddać kierowcy pieniądze za wizę. Ja oddaję Austriakom za jedną z ”dodatkowych opłat” na granicy. Z okna widzę góry i wiszący most nad rzeką. Po cichu proszę bo to było już Muang Khua. I jest:)

Znajdujemy gusthouse z pięknym widokiem, właśnie na wiszący most. Biorę prysznic w lodowatej wodzie. Potem idę na spacer. Patrzę na ludzi piorących w rzece i łowiących ryby na długie patyki.

Wokół piękne góry porośnięte dżunglą. Miasteczko jest spokojne. Nikt nie naciąga na zakupy. Wieczorem wszyscy razem jemy kolację. A później jest konkurs najobrzydliwszych historii 🙂

Zasypiam przy dudniącej muzyce z wioskowego karaoke.

Laos to państwo na półwyspie Indochińskim w południowo wschodniej Azji. Jest to jedyne państwo w regionie bez dostępu do morza. Powierzchnia kraju to 237 tys km2. Populacja to niecałe 7 milionów osób.

 

Viet Nam po raz ostatni

DSC_0008

Na drogę kupuję nie pierwszej świeżości bułeczki. Ostatnie wietnamskie dongi jakie mam nie wystarczą na 2 batoniki, które jeszcze chcę nabyć. Miły pan mówi jednak, żebym się nie przejmowała i sprzedaje mi je:)

Ktoś kto miał mnie odebrać z hostelu i zawieźć na nocny autobus spóźnia się. Rozmawiam z recepcjonistką. Ma 20 lat. Jest z miasta oddalonego od Sapy o 100 km. Raz w miesiącu ma 4 dni wolnego, żeby mogła odwiedzić rodzinę. We WSZYSTKIE pozostałe dni pracuje po 9 godzin. Ona mówi mi, że w Wietnamie oprócz wietnamskiego są 54 języki etniczne, podzielone na 7 grup, gdzie są języki do siebie podobne. Ludzie z okolic Sapy często nie mówią po wietnamsku, tylko w swoich własnych językach.

Mówi, że ludzie z górskich wsi niechętnie posyłają dzieci do szkół. Dzieci maja pracować w polu i w ten sposób dokładać się do budżetu.

Zaczyna padać a potem lać. Do hostelu wchodzi zmoknięta dziewczyna i od razu wiem, że już ją wcześniej spotkałam. Przypominam sobie, że było to około 2 miesiące wcześniej w Pekinie. Tym razem wymieniamy się kontaktami. Może spotkamy się za jakiś czas.

Przestaje padać i przyjeżdża po mnie facet na motorze – spóźniony ponad półtorej godziny. Może czekał aż deszcz przestanie padać. Po drodze widzę rozświetlone restauracje tej części Sapy, której nie widziałam. To chyba jednak nie jest wieś 🙂 Dojeżdżamy do autobusu. Jestem ostatnim pasażerem. W ciemnym wnętrzu widzę samych miejscowych. W autobusie jest zimno a wentylacja jest włączona. Na szczęście udaje mi się ją zamknąć. Otulam się kocem. Autobus zmierza do miejscowości Dien Bien, która jest ostatnim miasteczkiem po wietnamskiej stronie. Droga jest wąska i bardzo kręta. Jest ciemno i jest straszna mgła. Miejscami na drodze są wielkie koleiny. Wnioskuję to po tym, ze kierowca jednak zwalnia a autobus bardzo chybocze się na boki.

Mgła znika i przez mały fragment okna do jakiego mam dostęp podziwiam gwiazdy i cienki rogalik księżyca. Droga wiedzie przy zboczach gór. Po drodze część ludzi wysiada. Do Dien Bien dojeżdżamy w środku nocy. Kierowca daje jeszcze pospać do rana. Słyszę, że coś się rusza pod podłogą, jakby coś obracało pustą, plastikową butelką. Próbuję świecić latarką w tym kierunku ale nic nie dostrzegam. Dopiero po kilku godzinach zauważam, że ktoś pogryzł mi fizelinową torbę, którą dostałam w Singapurze na jego 50 lecie. Ma tyle dziur, że z żalem ją wyrzucam, razem z nadgryzionym jabłkiem.

Przesiadam się do mniejszego busa, który jedzie do Muang Khua w Laosie. Razem ze mną jest dwóch chłopaków z Holandii i para z Austrii. Do busa wsiada dużo ludzi i jeszcze więcej pakunków. Jeden z Holendrów trochę pomaga przy załadunku. Pudła i torby leżą wszędzie, także na dachu. Bus wydaje się zapakowany na maksa i w końcu ruszamy. Kierowca zatrzymuje się wielokrotnie i dopakowuje bagaże i kolejnych pasażerów. Rozważa przez chwilę czy da radę wrzucić 3 stoły na dach. Odjeżdżamy bez stołów.

Do wietnamskich dalekobieżnych autobusów wchodzi się bez butów. Zdejmuje się je przy kierowcy, pakuje w plastikową torbę i dalej idzie w skarpetkach lub boso.

Na klombach w miastach rosną rośliny uznawane u nas za egzotyczne i doniczkowe jak gwiazda betlejemska, skrzydłokwiat i azalie.

 

Sapa

DuXSNpu8zI8lT7eekX

bRjL66sGbTP1fVNb5X

ynwWeNdxbx6tE5TNNX

py0pnM9opyynQyXvAX

aih9RDsUnnWh8m1VUX

a9dDEbswnuy5wmP12X

GOkKPeu0XclCS7lV2X

mi8GDTTRstH9PJnbZX

BbVb1Kb5Ll0ec9N96X

Ct8xj6m5biBUhNqFcX

yoOv2oD0MHfXwg6XMX

kVYP7L5ZmAoV6RT6IX

fUvfXkS6MXZnTbuxbX

71xU86OGHHh8OE5KWX

Lc1J6G05lmkuI34trX

x922Pdv31IByB4PzSX

drTED6NVtBPQa6agYX

VRlvEwCf8cecVNGfbX

5a5AnlE18nTA0dgd0X

cazfz5RPGDTP09GpdX

Eao1rRzN3aY2QWxY7X

Autobus dojeżdża do miejscowości Sapa o 4 rano. Kierowca wyłącza silnik i pozwala nam spać do 6.30 🙂 Gdy wysiadam jest bardzo zimno. Idę do najtańszego hostelu we wsi, co nie oznacza, że jest tani. W ogóle tanio tu nie jest. W hostelu każdy dostaje służbowe klapki, a buty trzeba zamknąć w schowku. Gdy chmury odpływają odsłania się piękny widok. Wieś mieści się na wzgórzu, wśród kaskadowo położonych pól ryżowych. Ryżu jeszcze nie ma, jest na to za wcześnie.

Miejsce jest bardzo turystyczne. Po wiosce krążą tradycyjnie ubrane kobiety, które witają słowami: kup coś ode mnie, zakupy? Ja nie kupuję. Z wielu powodów. Czasem źle się z tym czuję, bo dla tych osób może to oznacza być albo nie być. Dla mnie nie kupowanie jest wyborem, dla nich często koniecznością. Ale czuję się przez to nagabywanie niefajnie. Jakbym byłam tam tylko po to aby kupować. Wiem, że to częściowo turyści są za to odpowiedzialni. Rzucają się na rzeczy, za które przepłacają wielokrotnie i zachwycają się, że jest super tanio. Staram się kupować wodę i jedzenie od ulicznych sprzedawców. Mam wtedy nadzieję, że zysk trafia bezpośrednio do ich kieszeni. Kilka dni wcześniej w Hanoi kobieta za około kilogram bananów chciała 4 euro. Banany kupiłam w końcu w sklepie za ułamek tej kwoty. Nie mam nic przeciwko, że zapłacę odrobinę więcej jeśli w ten sposób mogę komuś pomóc. Ale banany rosną w Wietnamie i nie będę za nie płacić kilkukrotnie więcej niż w Polsce czy Irlandii. W ogóle jeśli ktoś chce mnie w ten sposób naciąć, to nie targuję się, tylko idę dalej.

Wstęp do kilku okolicznych wiosek jest płatny:) Na bilecie jest napisane, że te pieniądze idą na wsparcie lokalnej społeczności. A ludzie mówią, że to rząd kładzie na tym łapę. Decyduję się tylko na jedno płatne wejście. Inną wioskę oglądam tylko z drogi.

Siadam na poboczu drogi i obserwuję inną drogę, w dole. Jest piaszczysta i pnie się pod górę. Kierowca obładowanego skutera nie daje rady wjechać. Musi zejść i pchać. Obserwuję ludzi i skutery. Nadjeżdża spora ciężarówka wypełniona drewnem. Nachylenie drogi jest zbyt duże w stosunku do jej wagi i mocy silnika. Przejeżdżający skuterem pan podkłada kamienie pod tyle koła ciężarówki. Prawie każdy przejeżdżający zatrzymuje się. Próbują wepchnąć ciężarówkę pod górę. Przychodzi jeszcze kilka osób z wioski. W końcu kierowca wyrzuca część ładunku na drogę i ludzie przenoszą to wyżej. Obserwuję to przez dłuższą chwilę. Chętnie bym pomogła przy noszeniu drewna, ale by wejść na tę drogę trzeba kupić bilet. Ruszam w drogę powrotną ale cały czas obserwuję ciężarówkę. Tkwi w tym samym miejscu póki nie zniknie mi z oczu za zakrętem drogi.

Widoki są piękne. Przez pierwsze dwa dni pogoda dobra. Nie jest zbyt przejrzyście, ale nie przeszkadza mi to z podziwianiu okolicy. Po drodze zaczepia mnie jedna ze sprzedających pań i upiera się że będzie za mną szla (I follow you, I follow you). Nie daje się zbyt łatwo pozbyć.

W hostelu nie ma ogrzewania. Wieczory więc spędzam pod kołdrą. W jedynej (jaką znalazłam) taniej restauracji zamawiam makaron ryżowy smażony z warzywami. Podkreślam, że żadnego mięsa, tylko warzywa. Chyba przedobrzam, bo gdy dostaję danie jest to sam makaron z dwoma tulipanami wyciętymi z marchewki, warzyw brak. Nic nie mówię. Makaron jest bardzo słony, trochę czuć jakby wcześniej smażone było mięso. Herbata za to cudowna. Gorąca, z cytryną i cukrem:) W restauracji nie ma nikogo poza właścicielami jedzącymi obiad i raczącymi się wódką. Kiedy chcę zapłacić proponują, żebym się z nimi napiła. Nie wiem czy z rozsądku, ale odmawiam:) Cena za obiad jest sporo niższa niż wynika to z karty. Kiedy dopytuję czy tylko tyle, jeszcze bardziej obniżają cenę 🙂 Do i z restauracji idę w chmurze.

Ostatni dzień wita mnie deszczem, więc śpię do oporu. Potem piszę bloga na zadaszonym ale otwartym tarasie. Chmury takie, że w ogóle nie widać gór. Gdy chmury przychodzą na taras robi się tak mokro i zimno (choć i tak siedzę w czapce i rękawiczkach), że muszę się schować z laptopem do recepcji. Tu z kolei jakiś śmierdziuch pali pety. Palacze na stałe powinni mieć zainstalowane maski, żeby cała ta trucizna i smród krążył tylko w ich organizmie, a nie truć innych ludzi. I jeszcze się burzyć, że to zamach na ich wolność. A co z moim prawem do zdrowia i życia? Jak bym chciała się zabić to wybrałabym szybsze rozwiązanie niż wdychanie nikotynowej trucizny.

Sapa jest położona na wysokości około 1500 mnpm. W ciągu jednego dnia można doświadczyć tu czterech pór roku.

 

Hanoi

vBFgk5WBRwJHkaxfMX

 

aIEGAGZzCaMy3WCq1X

UeIUubySBYHLMKBnxX

tcOwQcHb4R7gkMLsCX

ce6D51cEGbAZ4pmHMX

RxIGynXzR8WziZi6aX

vIEmkQIJ0rVsICNIaX

b1PNbcj1VbpTEU0NKX

pSlblhC0IUawjqBWzX

6930gwLRnxxQ3HaXyX

8HObnRdCIOIWBPUbfX

3EGdvaaEQq6xxAjaQX

tnG5OYNYNbmSmnDkhX

Nw6afpqHhDYdiddPzX

aMAnzmxuM5vav74KSX

a3oHWEXNuU6Uyo2KsX

 

Do Hanoi dojeżdżam około południa. Idę do hostelu poleconego przez koleżankę. Mówi mi, że to tylko dla very easy going people, co znaczy, że standard jest bardzo niski. Hostel jak hostel, całkiem ok. Co do kiepskiego standardu, to nie znajduje się nawet blisko miejsc, w jakich spałam w Indiach.

Hanoi jest stolicą Wietnamu. Nie ma tu zbyt wielu ciekawych miejsc do obejrzenia. Ogólnie miasto jest ładne. Jest tu kilka jezior, park Lenina i Mauzoleum Ho Chi Minha, które postanawiam odwiedzić. Jest otwarte tylko rano, a rano okazuje się, że to jeden z dwóch dni, kiedy Mauzoleum jest zamknięte 🙂 Zresztą mam wątpliwości co do pokazywania zwłok w ogóle, a zwłaszcza ludzi, którzy umarli wiele lat temu. On zmarł w 1969 roku. W przewodniku czytam, że jego ciało każdego roku spędza 3 miesiące w Rosji, na konserwacjach.

Spaceruję wokół jeziora. Wszędzie pełno młodych ludzi rozmawiających z cudzoziemcami. Sama też gadam z paroma osobami. Oni w ten sposób ćwiczą angielski. Super pomysł. Paru osobom też odmawiam, bo odpowiadanie na ciągle te same pytania, typu jaki jest twój ulubiony zespół, albo piosenka jest trochę męczące. Gdy siadam nad jeziorem by sobie odpocząć przysiadają się do mnie dwie małe dziewczynki. One też chcą rozmawiać po angielsku. Starsza, lat 9 pyta czy mam chłopaka. Zadaję jej to samo pytanie, ale odpowiada, że nie ma. Wskazuje na 7 letnią kuzynkę i mówi, że tamta jest za młoda na chłopaków 🙂 Młodsza mnie pyta o ulubiony przedmiot. Dopytuję, czy chodzi jej o szkołę. Nawet studia skończyłam już dawno temu, nie wspominając o szkołach. Oszczędzam im wyznania, że szkoły nie lubiłam. Ani jednej, ani drugiej. Czasem ludzie mówią, że chętnie znów byliby w podstawówce. Za nic nie chciałabym wrócić do szkolnej ławki 🙂

Wieczorem rozmawiam z dwoma chłopakami z Chin. Jeden wskazuje na łóżko za mną i mówi, że śpi tam chłopak z Polski. Łóżko, cóż po prostu barłóg. Wszystko rozwalone. Na podłodze śmieci. Kiedy koło północy chcemy gasić światło wchodzi ON. Oczka trochę mętne, oblicze z dziwnym wyrazem twarzy. Jest niezadowolony, że chcemy wyłączyć światło, bo on się chciał teraz pakować. Zagaduję go i okazuje się, że on też jest z Warszawy. Pyta z której część jestem i stwierdza, że to nie jest prawdziwa Warszawa. Dodaje, że jego dziadkowie są pochowani na cmentarzu Bródnowskim. Uśmiecham się, bo to śmieszne. Ja jestem z przedmieść. Lasy i łąki dookoła. Kiedy byłam dzieckiem kilka ulic dalej ktoś siał żyto i pszenicę. Teraz stoją już tam damy. Warszawa Warszawą, ale chyba dość późno uświadomiłam sobie, że to największe miasto w Polsce. Moja Ciocia, która mieszka w Centrum zabierała mnie czasem na weekend do siebie. Z jej chyba 12 tego piętra zafascynowana patrzyłam na podświetlone miasto nocą, Pałac Kultury, przejeżdząjące samochody. Jej mieszkanie oprócz tego miało jeszcze jeden luksus dla dziecka z nieskanalizowanej części miasta – wannę z wodą bez limitu w tamtych czasach. U nas wciąż królują szamba. Ale uwaga, wodę miejską podłączą chyba już w tym roku:)

No więc z prawdziwym Warszawiakiem rozmowa się średnio klei. On pokazuje mi bambusową rurkę z ustnikiem z boku i małą torebkę trawki i zdegustowany mówi, że za to grozi w Wietnamie 20 lat więzienie. Nie wiem czy to prawda. W ciągu ostatniego roku byłam w kilku krajach, gdzie na lotnisku podróżnych wita napis, że za narkotyki grozi kara śmierci. Jak komuś to nie pasuje, zawsze można pojechać gdzie indziej.

Rano przy śniadaniu widzę jedną dziewczynę całą pogryzioną, najprawdopodobniej przez pluskwy. Wygląda to okropnie. Ona ma chyba jakąś reakcję alergiczną, bo kiedy mnie pogryzły, przez kilka tygodni myślałam, że to po prostu wysypka.

Plecaki zostawiam w pokoju, choć powinnam je znieść do recepcji, bo wieczorem wyjeżdżam. Ktoś mówi, że lepiej ich nie znosić bo może przy recepcji też są pluskwy. Spaceruję po mieści. Piję zieloną herbatę w ulicznej herbaciarni i czytam książkę. Wszelkiego rodzaju świątyń mam dość na jakiś czas. Obserwuję ludzi i robię zdjęcia.

Gdy wracam do pokoju, gdzie zostawiłam bagaże, wszystkie materace są powywracane. Wszystkie osoby zostały gdzieś indziej przeniesione. Moje plecaki są mokre. Wściekam się. W recepcji tłumaczą, że spryskiwali czymś materace, żeby pozbyć się pluskiew. Pogryziona dziewczyna na pewno nie nocowała w moim pokoju, no ale robactwo może się rozleźć. Pytam czy to są jakieś chemikalia czym zmoczyli mi plecaki. Oni twierdzą, że woda. Nie wierzę w to, bo pluskiew nie jest łatwo się pozbyć i woda ich nie wypłoszy na pewno. Pozostaje mi nadzieja, że cokolwiek to było nie zatruję się tym.

Obiad jem w ulicznej restauracji, tej samej co poprzedniego wieczora. A trafiam tam w ten sam sposób jaki i do hostelu – błądząc wąskimi uliczkami 🙂

Ha Long Bay

3HxNo4IYYGntQ7rZrX

ajJdH85g9JNtcTWwrX

b2CarrfcqTlF3qhOtX

LOJR2uZpbbkygKbc0X

quSPv73eLXReunqldX

GnUST48c8K6aVbKaJX

9u85vvVwF6VUca41qX

0tPncaAbNmCfbebvSX

ZGfZQtZyKNvtIkcJ9X

Z Tam Coc wyjeżdżam przed siódmą rano. Gy jem śniadanie tuż po szóstej to widzę, że ktoś zaczął już pracę na polu mimo że nie jest jeszcze całkiem widno. Tak pewnie wygląda życie na wsi. Mnie los nie obdarzył luksusem rodziny na wsi. Recepcjonista odwozi mnie na autobus i po drodze widzę bazarek z warzywami, rozłożony na jednej z ulic. Do Ha Long City dojeżdżam przed południem. Kierowca jedzie agresywnie, spychając kogo się da z jezdni. Na autostradzie widzę faceta na skuterze przewożącego wielki, kwitnący na różowo krzew. W hostelu pytam o bilety na łódź po zatoce. Dziewczyna podaję wysoką cenę mówiąc, że to tanio. Lubię jak inni mówią mi co jest tanie. W małym biurze turystycznym cena jest sporo niższa i kupuję bilet. Mam zamiar rano wyjechać z tego miasta.

Kupuję bilet na tyle późno, że bus dowożący ludzi do portu już mnie nie odbierze. Dziewczyna z biura mówi, że zawiezie mnie jej kolega. Szybko wkładam kask, nie mam czasu wrzucić kurtki do plecaka i ruszamy. Skuter nie ma podpórek na nogi dla pasażera. Chłopak jedzie jak wariat i trochę się boję. Pęd powietrza zsuwa mi kask, ze zbyt długim paskiem na tył głowy. Trzymam się tylko jedną ręką, bo w drugiej mam kurtkę. Od czasu do czasu jednak poprawiam podduszający mnie kask, starając się nie spaść ze skutera. Gdy o mało nie wpadamy pod ciężarówkę on mnie poucza, że w mieście trzeba ostrożnie jeździć. Tylko, że to nie ja prowadzę. Docieramy do portu i krążymy w poszukiwaniu mojej łodzi. Długo to trwa, wiele łodzi w tym czasie odpływa. Gdy już dochodzę do wniosku, że nic się takiego nie stanie jeśli popłynę następnego dnia, on mówi, że moja łódź jeszcze nie przypłynęła. Na przystani pan o brązowych zębach mówi, że jestem bardzo piękna. Takie sytuacje najczęściej się dzieją kiedy wyglądam nie w formie:)

Zatoka z wystającymi z niej skałami jest piękna. Tydzień spędzony na wsi wśród tych skał sprawia, że nie zachwycam się aż tak bardzo. Pogoda też nie jest najlepsza, słaba widoczność, gęste chmury, od czasu do czasu kropi i wieje zimny wiatr. W cenie biletu było także odwiedzenie jednej z jaskiń.

Przy stole siedzę z dwoma Wietnamczykami i dwoma Chińczykami. Na Chińczykach wypróbowuje mój bardzo ubogi chiński i próbuję wytłumaczyć co widziałam w Chinach. Oni w ogóle nie mówią po angielsku. Jeden z Wietnamczyków mówi po chińsku i jest ich przewodnikiem. Drugi Wietnamczyk mówi trochę po angielsku i tak sobie rozmawiamy, że każdy coś komuś próbuje przetłumaczyć. Gdy pytają skąd jestem, rysuję mapę 🙂

Gdy rejs się kończy, minibus rozwozi wszystkich do hoteli. Oglądam przez okno miasto. Wygląda trochę jak Las Vegas (choć nigdy tam nie byłam). Wielkie, luksusowe hotele, drzewa podświetlone światłowodami. W hostelu pytam o bilet do Hanoi i znów cena jest sporo wyższa niż w biurze obok, także nie daję im zarobić na sobie ani donga. Wieczorem pada, więc czas spędzam z ludźmi z hostelu.

Ha Long Bay to zatoka na morzu Południowochińskim w północnej części Wietnamu. Ma powierzchnię 1500 km2. W zatoce jest około 1900 skalistych wysp, z czego większość ma formę wapiennych słupów, wyłaniających się wysoko powyżej powierzchni wody. Ha Long Bay jest na liście Światowego Dziedzictwa Unesco.

Tam Coc

OkJdRjc6ghzCawfumX

 

R3nCMQVz7jDzZAUZJX

syTIcUqbFnA6WzotWX

TpxqYo21dCq0u4ZZsX

mdbUEK2wbOYiUj1I1X

CNhDFzkhRNy97EaLQX

CPfwTjyhLGsUJBBwlX

DMS0wsoNpL7kqB2buX

HtndYeHXvdLlq03MEX

K6EFJybijpR7CPR19X

DIYBcnmyjfBSxY5YuX

rADLp3WXjacOb75VNX

C8PyVZb4rGpm3B2cEX

OwLjqpuB2l6X7aNjSX

aQJzsyKkYEzTJkbNBX

QEpBDmD38nPXFN3ClX

zfxaT1pQf3fRDjIGkX

zYVITkNvahaWzrVUaX

jGvp3M0SNHS8OaZgaX

x2nkpN2Y6IEwvAn4FX

B2Pu6dJmAkwfozIadX

qb5GAlIWtYKkpacJRX

KUmEvOspyagSUfPXEX

fQHYVRSblO8s2k8sxX

iP22XpFpk8dnQHtcLX

jl51XLlgGoTd819WyX

tnAXrFNMyqsMcXnCbX

zlhCVvounUkEwXJaEX

evCTAiZKFLcBbiBONX

4Lo5Ncb0E6xJIOCDGX

PubKH05LigVAzm5VRX

aaL76EQ8hw5oClXjnX

sKyhEDCUK7OXnJ9b6X

MjsBOpAzK8bfihNwaX

f6rtiDqTmaYUZg04oX

7oy8YJyvn1YGpBvbfX

e7FqtzQtGjazE4vyrX

LP4Lkzso1FEU0sXcqX

QbyGgfman9b7n9MxVX

JAW5qq2lieL18SE1qX

lsaoohA9Bt8VubEZAX

zYGzpwl81tQ1xp2MFX

Autobus do Nimh Binh powinien dotrzeć o 6 rano, ale jest 4 gdy kierowca mówi, że to już. Półprzytomna zbieram rzeczy. Najwyraźniej spałam na skórce od banana. Moja torebka jest cała wysmarowana. Dopiero po kilku godzinach orientuję się, że moje spodnie z tyłu, przez banana wyglądają jakby ktoś na nie zwymiotował.

Z autobusu razem ze mną wysiada tylko jeden chłopak. Nasze drogi przecięły się już kilka razy w Wietnamie. Miasteczko tonie w ciemnościach. Otwarte jest jedno biuro turystyczne. Facet, który tu pracuje wpuszcza nas do środka. Po chwili nadjeżdża kolejny autobus. Wysiada tylko jedna dziewczyna. Pracownik biura zawozi ją do jej hotelu i wraca do nas. Chłopak decyduje się zostać w miasteczku, a ja chcę jechać do wsi Tam Coc położonej kilka kilometrów dalej. Facet z biura mówi, że będzie zamykał, bo wraca do domu spać. Wietnamczycy pracują bardzo ciężko. Najwyraźniej on przyjechał do pracy nad ranem, z powodu tych kilku autobusów, które się tu zatrzymują. Podaje mi niezbyt wygórowaną cenę za dojazd do hostelu. W czasie jazdy przez pogrążone w ciemnościach miasteczko widzę, że oprócz tego biura był otwarty tylko przydrożny punkt z trumnami. Chłopak wysiada przy swoim hostelu, a ja jadę dalej już sama. Kierowca nie wygląda na rzezimieszka, ale właśnie w czasie jazdy znów sobie przypominam, że lepiej powinnam chować pieniądze. Skręcamy z głównej drogi w wąską, ciemną uliczkę, a stamtąd jedziemy przez zalane wodą pola. Tylko szczury uciekają przed światłami samochodu. Hostel jest na końcu drogi, kilkaset metrów od najbliższych zabudowań. Kierowca odjeżdża. Na szczęście recepcjonista z hostelu słysząc samochód wychodzi na zewnątrz i wpuszcza mnie. Jest 5 rano, ciemno, a za bramą nie miałabym nawet gdzie usiąść by doczekać do rana. Śpię kilka godzin i rano oglądam jak pięknie położone jest to miejsce. Tuż za hostelem jest jedna z tych wielkich skał, które w tej okolicy wyrastają z ziemi.

Hostel jest tu od niedawna i jest położony na uboczu. Gdy idę nad rzekę mijam mieszkańców wsi, którzy się przyjaźnie uśmiechają. W tej części wsi nie zbyt często widzą cudzoziemców. Nie ma tu żadnych turystycznych atrakcji 🙂 Przy głównej drodze jest kilka restauracji i łódki nad rzeką czekające na chętnych na przejażdżkę. Postanawiam zostawić to na inny dzień. Idę do małej restauracji na końcu wioski, piję herbatę mocną, wietnamską, zieloną herbatę od której kręci mi się w głowie i patrzę na ludzi na ulicy.

Obserwuję co można przewozić skuterem. Na przykład wielką szybę o szerokości wyciągniętych ramion pasażera. Albo wielki worek zielska, trzymając jednocześnie w ręku dwa sierpy. Albo tyle pudeł, że aż tworzą ścianę, a kierowca ledwo wciska swój tyłek na siedzenie. Świnie i kury, oraz 5 osobową rodzinę.

W hostelu spotykam dziewczynę ze Szwajcarii i następne dwa dni spędzamy razem podróżując skuterem po okolicy. Jest tu kilka uroczych świątyń, antyczna stolica, ale najpiękniejsze są pola ryżowe, teraz przygotowywane do sadzenia, położone pomiędzy skałami. Uczę się jeździć skuterem – ta umiejętność bardzo się w Azji przydaje.

W jednej ze świątyń widzę cudnie pachnące owoce. Nie są jadalne dla ludzi. Po polsku nazywają się Ręka Buddy, a po wietnamsku Phat Thu.

Chłopak z hostelu wręcza mi swój notes i prosi o zapisanie moich marzeń. Znów mi się przypomina Sklepik z marzeniami. Marzenia to sprawa prywatna, ale wpisuję mu dwa. Mówi, że będzie te marzenia dawał tym co swoich nie mają. Jedno z moich marzeń zdecydowanie nie każdemu przypadnie do gustu:)

Poznany Francuz opowiada o jedzeniu robaków i mięsa psa. Chłopak z recepcji mówi, że szczur to przysmak, jeśli się wybierze odpowiedni gatunek.

Gdy zachodzi słońce tysiące gwiazd stają się widoczne. Noc brzmi trzmielami, żabami i gęsiami z pobliskiego stawu.

 

Hue is quiet on the New Year’s Day

Qm3MIJDAZa5JVuvlPX

ySpr2OlAPeQhNlcqBX

CHD3Ua0ORosPjeADZX

SErFZVPCboD9elOGsX

ikj9VWdyIYfa37bfKX

KGaZXLcIxY2E2fZVuX

6DHQ95hWKhm6PsRyUX

qoMRbPwbwy1QWqEK9X

0nGBaDNWQCGteaPmYX

HVhRuI66v1DhEYs3KX

oQuaxh4Z1dZhFreVaX

ccKjsNWhtHgEGsWHfX

kfaWjRUjcwo1mfT5YX

javbjpEunmOqEXqQeX

4EgJQKPmv1Eb1EA6nX

Ijw9KbGrJBdLhlzLQX

gfjxOe9bmcWEPnIwBX

IQrVjGdoQhH8aiHmXX

FzfdE52lxqfRQGfbnX

CRvWAYVv1LoQ0ohu4X

Z Hoi An jadę autobusem do Danang, a stamtąd pociągiem do Hue. Trasa pociągu jest bardzo ładna, przed wsie i pola. Jest chłodniej niż w Hoi An i kropi deszcz. Spaceruję nad rzeką i znajduję wege knajpkę na uboczu. Odwiedzam Cytadelę, która jest na Liście Światowego Dziedzictwa Kultury Unesco i spędzam tam dużo czasu chodząc po zakazanym, fioletowym mieście. To jest New Year’s Eve – Sylwester. Gdy wracam do hostelu to imprezy rozkręcają się i wychodzą na ulicę. Przez chwilę obserwuję śpiewających i tańczących performerów w ładnych, czerwonych garniturach. Z przykrótkimi nogawkami – to jakaś moda? Wieczorem siedzę trochę z ludźmi z hostelu, właściciel zorganizował jedzenie i picie. Poznaję Niemca, który twierdzi, że nauczył się polskiego oglądając Chłopaki nie płaczą:) Ludzie palą w środku, więc zmywam się na górę i robię coś co chciałam zrobić od kilku lat – idę spać przed północą 🙂 Trudno to zrobić jak się spędza ten wieczór z kimś. Rok wcześniej Sylwester w gronie rodzinnym, z dzikimi tańcami w wykonaniu Cioci i kot chodzący po ścianach 🙂 Wiele Sylwestrów spędzonych w górach, na nartach, gdzie w plecaku, oprócz potrzebnych rzeczy taszczyłam sukienki i buty na obcasach, jeden Sylwester spędzony w lokalu, który na co dzień jest domem publicznym – oczywiście prywatnym 🙂 A w tym roku nie poddaję się przymusowi robienia czegoś. Gdy rano wychodzę do miasta, to nie ma już śladu po nocnej imprezie i stołach powystawianych na chodniki. Ulice dość puste. Gdzieniegdzie na ulicy walają się lucky money – imitacje dolarów. Spaceruję i zaglądam do zupełnie pustej świątyni. Przypadkiem odnajduję Pałac An Dinh Cung, który należał do ostatniej wietnamskiej dynastii królewskiej. Ostatni król abdykował w 1945 roku i oddał władzę komunistom Cho Hi Minh’a. Pałacyk jest piękny ale dość zaniedbany. Hue było polityczną stolicą w latach 1802 – 1945 dla dynastii Nguyen. W mieście jest dużo grobowców władców Nguyen. Gdy spaceruję nad rzeką to widzę ludzi sprzedających żywe żaby powiązany tylnymi łapkami i żywe ryby, leżące na talerzach – okrucieństwo.

 

Hoi An

Js92vQ0TZhD7gqOUJX

eXPoSs2DlV5pNvDvEX

LLZl8o0naW0kphDChX

RWIftCpw80sc3kZoqX

2GhY3qgE2etqjdN28X

eEDheN0fCpaYo05MlX

84qi65qZagfWSpUWuX

tXCjIMbHbKzWKolnxX

cBsHPxUmYtYpxZt8ZX

7TxFTKJL6a4MFdJ5rX

iIN1QNpz3GtjoEhYJX

DLIRVTH812DdmI43aX

maSJ10L2nykrZjDMMX

EeizSSQvZ8CGHDiI7X

033TF2N6RHanGQOzTX

aA2jdO8REJKKDLbxWX
oCNObG2kPjlw4ugJXX

lVG6K1JKNt69gOGCdX

Hoi An to miasteczko nad morzem. Plaża ładna i cicha, jak się poszuka:) To chyba nie najlepsze miejsce do pływania ze względu na prądy morskie. W jednym miejscu gruby wał worków z piaskiem oddziela plażę od morza.

Samo miasteczko jest ładne, ale zalane turystami. Mam tę zdolność omijania ich wzrokiem:) Stare miasto, które jest na liście Światowego Dziedzictwa Kultury Unesco, jest położone w pewnej odległości od morza, na dwóch brzegach rzeki. Jedna z dziewczyn w hostelu podsumowała to – fucking Disneyland :). Miasteczko wieczorem podświetlone jest setkami lampionów. Jest tu mnóstwo ładnych starych budynków. Można zagubić się w wąskich uliczkach. Sporo świątyń i piękny stary most.

 

Nha Trang

OAuxqEilmzGoBXjolX

aXZ3x6PtVe6I13FF3X

OZuWIVwfuSQy9ykF7X

J0LFNaHyGxQ4u7n5JX

Po8hGdbrpdZASiQ1AX

Jw0JlPunTljuDAsjJX

2QCOGGN9DN55XoiB2X

mE0Bfs1V53Dokm8jLX

3sLaGGWf4FRxXjOBJX

 

 

FaPlYoV2gcWVvOBcRX

H8lSoW4FgleNubCHbX

SeN9zmqwv8IvoWkdFX

 sRO3SzJkcwSRydD10X

l7YMkGvNb1Kq4m61bX

Nha Trang jest położone nad morzem i ponoć jest tu najładniejsza plaża w całym Wietnamie. Miasteczko jest bardzo turystyczne. Przy plaży jest mnóstwo drogich hoteli, a turyści głównie z Rosji. Dużo Wietnamczyków mówi tu po rosyjsku:)

Plaża jest ładna ale obstawiona leżakami z pobliskich hoteli. Udaje mi się znaleźć pusty kawałek plaży, z dala od innych ludzi i przez dwa dni czytam książkę na plaży:) Tak się akurat składa, że wszystkie 3 dni świąteczne spędzam tu. Generalnie świąt nie lubię przez to z czym mi się kojarzą. Od kilku lat staram się ten wolny czas spędzać tak jak mi pasuje. Rok wcześniej planowałam w połowie grudnia wyjechać już do Indii. W rodzinnym domu było mi jednak tak przyjemnie, że przeciągnęłam wizytę do 4 miesięcy:) Była to bardzo dobra decyzja, bo były to chyba najlepsze moje rodzinne święta do tej pory. W miłej atmosferze, z bliskimi osobami, dużo śmiechu, nawet śnieg spadł, spacery po Starówce i picie grzanego wina na mrozie w pakiecie:)

W tym roku czytanie książki na plaży, granie w bilard i miła imprezka świąteczna, którą zorganizował hostel. Ostatniego dnia odwiedziłam kilka świątyń i piłam herbatę na skarpie nad morzem:)

 

Na śniadanie w hostelu owsianka. Świat jest jeszcze piękniejszy, gdy mogę zjeść owsiankę:)

 

Mimo, że w Wietnamie tylko 8% ludności to Chrześcijanie to świąteczna tandeta w postaci mikołajów wyzierających z każdego kąta jest tu wszechobecna.

 

Da Lat

QyQumpndxqRGaGIWrX

xnUhp111sp5PzJFEWX

uEiW2f7LuBrPsDAGVX

yY7fmQiNMEYc3zRnfX

fCHwbCAtWU60rzxPJX

G54Lr6M5Umioa3PBeX

fzSxKVTL9zBUxQTyOX

Lqit8hQDyyvVHBdskX

SpdKMxKiMJhEDsCMnX

RH8cBcub8XurNQ5npX

erVDpJiTq4qPm3rfqX

PytX2tbiBys14J7kQX

R9kdgOa2DdSl8CagJX

ATX4RCVsGk227w8bCX

Do Da Lat nie chcę jechać turystycznym autobusem. Jadę więc na dworzec autobusowy i kupuję bilet. Nie jest zbyt tani, ale autobus jest znacznie wyższej klasy niż się spodziewałam. W autobusie są 3 rzędy na wpół leżących siedzeń. Rzeczywiście nie ma innych cudzoziemców poza mną, ale nie o taki autobus mi chodziło.

Da Lat to miejscowość znajdująca się w górach, położona w kotlinie na wysokości 1220 mnpm. Takie niby góry, niby miasto. Jest tu jezioro wokół którego spaceruję i bardzo ładny kwiatowy ogród. Dużo czasu spędzam czytając książkę w kawiarniach. W okolicy jest kilka wodospadów, ale nie da się tam dojechać transportem publicznym. W wegetariańskiej restauracji dostaję danie z wegetariańskim mięsem. Co to w ogóle jest? Jeśli to nie jest mięso, a wygląda jak mięso (nie wiem jak to smakowało) to musi to być jakiś chemiczny produkt. Fuj. Następnego dnia sama robię sobie obiad:)