Ajmer, Rajastan

bQcGCGDIpjCL9WbizX

DRBJMZifj3W1aY4RtX

hPHXnyG4XsU8EnH5AX

S2kT3RXo3i5mXzDIYX

fg5bhxYuQ1ZFYRGkYX

6ia2kPIa7MB5Ugy3sX

i5Nj2H6TV0oEMjlbBX

2CyDWoXtbxVrtNMOBX

bKiY4SHHaZsbcvRlYX

AjoNM7wVBGKtPdebLX

nsJ1JpFq5CzVjMvWwX

gaM4SpajLXepWkdsTX

GuZmKiT48oBbumz7gX

nLzbqoqdbGD6SUb8hX

Do Ajmer wybieram się na kilka godzin z Pushkar. To tylko pół godziny autobusem. Nie jest to chyba zbyt popularne miejsce, bo nie spotykam ani jednego turysty. Ajmer to najważniejsze miejsce w Rajastanie pod względem islamskiej historii i dziedzictwa kulturowego. Odwiedzam tomb Sufiego Khwaja Muin-ud-din Chishti, który zmarł w Ajmer w 1236 roku. Sam grób jest obudowany ażurowym murem. Obok jest meczet wybudowany w XVI wieku. Potem idę do Dhai-din-ka-Jhonpra, który ma być ruinami meczetu, ale na moje oko jest w bardzo dobrym stanie.

Jest bardzo gorąco. Idę do polecanej przez przewodnik restauracji. Robię to bardzo rzadko, bo zazwyczaj jest drogo i rozczarowuję się co do jedzenia. Tym razem jest nie inaczej, tyle, że sobie siedzę w klimatyzowanym pomieszczeniu.

Potem idę do świątyni Nasiyan. Jest to pierwsza świątynia Jainismu jaką oglądam. Z zewnątrz, bo do środka mogą wejść tylko wierni. W holu świątyni jest złota wystawa przedstawiająca koncepcję antycznego świata. Religia ta powstała 600 lat przed naszą erą. Dżynizm to nonteistyczna religia. Wyznawcy wierzą, że świat nigdy nie powstał i nigdy się nie skończy. Przechodzi on przez cykle składające się z czterech wieków.

W drodze powrotnej do Pushkar podziwiam piękną panoramę miasta, budynki na wzgórzu a w dole jezioro Ana Sagar. Ajmer jest oddzielony od Pushkar Górami Wężowymi.

Pushkar, Rajastan

w5mnIgCWMt6dezAxdX

ynggG9uSQtAQk3bQlX

 idqNnOSbiONj0oczcX

 pI8B5bhnobFf3aAIWX

 eqshLZHbSjKwrUgSjX

 sFCjwZdq1xBoLaOdaX

gR6IejWFlh0pCFXLWX

 eKwsus9aEYdvLl032X

tS5uZ00h7v6TYgiTyX

1tVvg0ltjbS34tPpsX

OILZgyW5TWFnqwDQxX

Otnbfy8wa0jAJmpgRX

XpHsoaqaREz4ykf6RX

QNkc0nHq9gImKPMgwX

PUaRc4HYSoXibLEqcX

ILpfwjkKAUoc0BAlAX

 574OtGf6T8NKOPc6zX

K7qMcOfrJTcqjbY4dX

ER4AKzGrcOYupyL3vX

DwigeKjucmAiqkKqBX

O4T4b2iMzMSFB45PRX

QZVCgs84AxZ02SikbX

6ALvldo29zIMHIosRX

LoeU3Hp0TOwqezG7yX

PRjgVfHRop8ZkD0rgX

DHn0MwHXXQm1qJfm7X

PltIAhUMihl1hQ1C9X

mbJllJee5LUmE9edSX

aWxEUOzLDymHxcfyhX

XyzLj4YbRykDXobDkX

WM59jI3Q33JlSL1CtX

KgpR5eNC9G9CWzN5OX

tWJ5VNueageBzBrfCX

jJX7DrAG4KPI6RDELX

fAjIfZH7h4U6rPxAyX

ljZFaYw2mihaz0siaX

AIczDKionBf41yff0X

mQb69Wi9arxqYvpF9X

82CvCpaj4lHSnE2zcX

F2Ufg9sS4Ry7kNdARX

Gdy z kilkudniowym wyprzedzeniem kupuję bilet na pociąg z Jammu do Ajmer (który jest 12 km od Pushkar) na liście oczekujących jest ponad sto osób przede mną. Pociąg odjeżdża po 18 tej. Gdy rano sprawdzam – kolejka zmniejszyła się o połowę. Kilka godzin przed odjazdem jestem już na miejscu trzecim. Pewna swego jadę na dworzec, zostawiając sobie niezbyt duży zapas czasowy. Wciąż jestem na trzecim miejscu, ale lista pasażerów jest już zamknięta. Pracownik dworca radzi mi zwrócić ten bilet, odebrać zwrot pieniędzy i kupić bilet bez miejscówki. Robię tak jak radzi. Tylko jest już zbyt późno by odebrać zwrot – to można zrobić najpóźniej 30 min przed odjazdem pociągu. Ląduję więc z dwoma biletami (jak się później okaże, wystarczył ten, który miałam, a drugiego nie uda mi się już zwrócić) i bez miejscówki. Pociąg według rozkładu będzie jechał 18 godzin. Jakiś pan na dworcu kupuje mi herbatę 🙂 Każą mi wejść do któregokolwiek wagonu klasy sleeper. Pani konduktorka znajduje mi miejsce, które będzie wolne przez najbliższych 7 godzin. Wokół wszystkie miejsca zajmuje zespół z Jaipur, wracający z wesela, na którym występowali. Pani konduktorka, jak mi później mówią poleciła im się mną zaopiekować 🙂 Chłopak (nie z zespołu), który ma miejsce nade mną i będzie wysiadał nad ranem ofiarowuje się dzielić swoje miejsce ze mną, odkąd przyjdzie osoba, która ma rezerwację. Niekończący się pochód panów z herbatą zapewnia mi uśmiech na twarzy:) Siedzę przy oknie. Słońce zbliża się do horyzontu. Wszystko wokół tonie w pomarańczowo złotej poświacie, która z czasem zmienia się w blado różową. Mijamy cegielnie, gdzie cegły wypala się tradycyjną metodą. Z cegieł budowane są kopuły, rozpala się w środku ogień i właz zamyka kolejnymi cegłami. Ludzie poznawani w pociągach i rozmowy z nimi – uwielbiam 🙂

Przez wagon przechodzi ladyboy (shemale) ubrana w czerwone sari. Co chwila klaszcze w dłonie i mężczyźni dają jej pieniądze, zwykle 10 rupii. Ona coś do nich mówi, jakby błogosławieństwo. Nie widziałam, by któryś z facetów nie dał jej kasy. Mimo, że w Indiach jest sporo ladyboys, to często trudnią się żebraniem w pociągach, bo ciężko im znaleźć pracę. Faceci dają im pieniądze by nie rzuciły ”klątwy” 🙂 Słyszałam też, że często pojawiają się na ślubach, czy gdy urodzi się dziecko i wtedy trzeba dać im o wiele więcej, za błogosławieństwo (a raczej za brak klątwy).

Pushkar przyciąga jak magnes. Zostaję tu sporo dłużej, niż na początku zaplanowałam. To małe miasteczko. Centralnym punkt stanowi jezioro, ze świętą wodą. Jak głosi legenda bóg Bramha upuścił tu kwiat lotosu i z ziemi zaczęła wypływać woda. Pushkar to święte miejsce dla Hindusów. Wielu przyjeżdża tu na oczyszczającą kąpiel w jeziorze. Wokół jeziora są 52 ghaty – schody na brzeg i ponad 400 świątyń. Najsłynniejszą z nich jest niewielka świątynia boga Brahmy. Mimo, że jest on najważniejszym z bogów hinduskich jest to jedna z bardzo niewielu (według legendy – jedyna) świątyń, która jest mu poświęcona. Jego pierwsza żona – bogini Savitri przeklęła go gdy za drugą żonę wziął dziewczynę z niższej kasty – Gayatri. Powiedziała, że będzie czczony tylko w tej jednej świątyni w Pushkar. Gdyby był czczony gdzie indziej, obróciłoby się to przeciwko wiernym.

Świątynia Brahmy jest w miasteczku. Świątynie poświęcone obu jego żonom – boginiom, znajdują się na wzgórzach, po dwóch stronach miasta. Rano wybieram się do świątyni Gayatri. Po drodze zaglądam do świątyni Bogini Kali, ale jest zamknięta. Świątynia Garyati jest malutka i różowa. Widok z góry piękny. Po południu wdrapuję się na wzgórze, gdzie jest świątynia Savitri. Jest ponad 40 stopni. U stóp schodów rozmawiam ze sprzedawcą wody. Wokół kręci się kobieta i niemiłosiernie brudne dzieci. Sprzedawca mówi, że jej mąż nie pracuje i jest dla niej bardzo niedobry. Ona i dzieci spędzają dnie na żebraniu. Obok nowo wybudowana kolejka linowa na szczyt. Jeszcze przed otwarciem. Za kilka tygodni przyjedzie Modi – premier Indii, na wielkie otwarcie. Droga na górę, piękne widoki, ale lekko nie jest w tym upale. Ze świątyni widać całą okolicę. Sprzedawca dewocjonaliów wyjaśnia mi całą historię pomiędzy Bogami 🙂 Gdy postanawiam schodzić widzę kilka małp siedzących na schodach. Strażnik świątyni, albo kolejki linowej mówi – monkeys ok. Gdy mijam Boga zaklętego w małpy (Hanuman), jeden z nich podchodzi do mnie, staje na tylnych łapach, jest niewiele mniejszy ode mnie. Zaczyna szarpać mój plecak. Krzyczę aaaa, don’t touch me. Strażnik patrzy na mnie, ale się nie rusza. Bogowie z zaciekawieniem przyglądają się. Ten najbliżej puszcza mój plecak. Korzystam z okazji i wbiegam na górę. Mówię do strażnika – monkeys not ok. Wtedy nadbiega rycerz. Ocieka wodą, jest przepasany ręcznikiem. Zaczyna machać rękami i coś wykrzykuje. Bogowie uciekają. To pan, który parzy herbatę w sklepiku. Chyba się właśnie kąpał. Mówi, że postoi tu chwilę i będzie odstraszał małpy i żebym się nie bała. Schodzę po stromych, wyślizganych kamiennych stopniach. Miliony przeszły tędy przede mną. Bogowie siedzą za zakrętem. Mimo, że pomiędzy skałami przebiega jakiś ogoniasty gryzoń, to boję się Bogów i patrzę tylko pod nogi. Na szczęście nie ruszają się ze swoich miejsc. Po raz pierwszy rozumiem katolicką doktrynę – jeden Bóg w trzech osobach. Znów rozmawiam z panem sprzedającym wodę. Rozmowa o religii i duchowości – nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś powiedział mi coś tak mądrego w tym temacie.

Zachody słońca nad jeziorem są piękne. W tym miejscu kręci się kilkoro żebrzących dzieci. Są natrętne. Głównie napastują turystów, ale widzę też, że nie omijają zamożnych Indian. Zwykle daję pieniądze kalekim i starym ludziom, zwłaszcza w Indiach. Dzieciom prawie nigdy. To tylko będzie je zachęcać do żebrania. Kobietom z dziećmi, zazwyczaj śpiącymi albo otępiałymi też nie, patrząc na biegające wokół hałaśliwe dzieci – raczej nie jest to normalne dziecięce zachowanie. Żal mi tych dzieci, ale nie mam też cierpliwości by przez 5 minut powtarzać w kółko – nie. Czuję się potem okropnie, bo czy mam prawo się na nie złościć? One już zostały skrzywdzone przez nieodpowiedzialnych dorosłych, którzy sprowadzili je na ten świat. Pytam w restauracji czy są tu np. świątynie wydające posiłki dla ubogich. Wiele świątyń tak robi. Pan mówi, że jest tu wiele organizacji charytatywnych i nikt nie chodzi spać głodny. Na ile to jest prawda to nie wiem. Nie daje mi to spokoju, więc pytam kilka innych osób i każdy mówi, że codziennie wydawane są posiłki.

Gdy zapada zmrok ogród pachnie obłędnie. Jest tylko 30 stopni, patrzę na gwiazdy. Każdego wieczoru z innej części miasta dobiega mnie głośna muzyka – sezon na wesela trwa.

Jammu, Kashmir

uKQULNvzNWmkRPHTPX

oUxM4NyvXBmYNBGCpX

jubMr9ZTDKDbPN3O4X

eogCAN8iIFQ8SbwUCX

EP4YghRbW7ESYji2xX

s38U1xdOG69gOWiymX

uhSGh93a27hFN44TiX

GirboGapGMDdwS7LoX

aNhXhCwBzcHFH2UEjX

yKaaHuLwmN3WzBKaYX

PcOCnjXn92hmJW1VxX

iaGE1rKDOIYb4a9iHX

G4mhGWtgaiZDOWE3bX 

1b1clh50BkOaz58jjX

t3VBIhX5XWep3ivVPX

leeaaTcPm8ObpA4jYX

nsEC83GTlXKSXXH0SX

rSgmQm9gIOjxfJpFmX

m6lRGQ0oo7NhjmAzmX

8ayr2IuFYO5c1JmdaX

pIuKVbs0h0ZTr8F1LX

Do Jammu dojeżdżam autobusem z Amritsar. Mimo, że kilka osób mi mówi, że nie warto tu przyjeżdżać, jadę właśnie do Jammu. Na powłóczenie się w Kaszmirze i Ladah nie wystarczy mi czasu (zgniły kompromis z samą sobą, by zobaczyć wszystko co chciałam), więc choć postawię tu nogę 🙂 Po drodze mijamy kilka wyschniętych koryt rzeki, woda pojawi się w nich w porze deszczowej.

Mój telefon przestaje działać. Ze względów bezpieczeństwa telefony na kartę są odcinane od sieci. Na ulicach trochę samochodów opancerzonych. W guesthouse właściciel wypełnia jakieś szczegółowe druki o mnie i robi mi zdjęcie. Ze względów bezpieczeństwa musi to umieścić w jakimś rejestrze on line. W Indiach prawie zawsze robią kopie paszportu i trzeba podać sporo informacji, ale tu pytań jest trzy razy więcej.

Pogoda się zmienia i jest przyjemnie. W guesthouse mogę normalnie spać nawet bez włączania wiatraka. Minibusem jadę do Bahu Fort. Droga do wejścia jest dziwnie długa, kręta, obstawiona straganami i dużą liczbą żebrzących. Przed wejściem na teren fortu każą zdjąć buty. Trochę to dla mnie dziwne, bo przynajmniej teoretycznie powinna być to budowla militarna. Potem okazuje się, że nie można wnosić aparatów fotograficznych ani telefonów. Rezygnuję więc z wejścia do środka. Kawałek dalej siadam by coś wypić i czytam przewodnik, który o forcie w zasadzie nic nie mówi i zastanawiam się gdzie iść dalej. Zagaduję dwóch chłopaków i oni mnie przekonują, że do fortu jednak warto wejść. Wracam, zostawiam aparat, telefon i buty w przechowalni. Od razu podchodzi do mnie jakiś facet, który prowadzi mnie do środka. Mówi, że jest policjantem. Ja mu mówię, że też jestem. Za bramą fortu tłum ludzi. Teraz orientuję się po co każą zdjąć buty. Fort poza samą bryłą budynku, dość małego zresztą jak na tego typu budowle, jest miejscem tłumnie odwiedzanym ze względu na świątynię, która znajduje się w środku. Facet prowadzi mnie do budynku, gdzie w dość małym pomieszczeniu kłębi się tłum mężczyzn. Mają w rękach jakieś podarki i najwidoczniej jest to najświętsze miejsce. Staję w progu a i tak parę osób mnie popycha. Wycofuję się, bo tłumy mnie trochę przerażają, a już zwłaszcza ogarnięte jakimś amokiem religijne tłumy. ”Policjant” się śmieje i prowadzi mnie do jakiegoś siedzącego najprawdopodobniej księdza czy innego świętego i każe podejść. Jedną z rzeczy które najbardziej nie lubię, to gdy ktoś próbuje mnie do czegoś zmuszać albo mną rządzić. Przeganiam więc natręta, patrzę chwilę na przepychających się dookoła ludzi i czym prędzej stamtąd czmycham. Tuż obok fortu jest jakiś park i tam idę. Okazuje się że to Akwarium. W środku w podziemiach jest dość mała ilość akwariów, a na ścianie rycina jak wyfiletować rybę na obiad 🙂 Siadam na ławce i podziwiam panoramę miasta. W oddali góry, w dole rzeka, a przede mną ściana budynków wznoszących się na wzgórzu.

Potem zaczyna padać i kryję się pod daszkiem jakiegoś budynku. Z mężczyzna, który tam pracuje rozmawiamy trochę o Indiach, a potem on mi mówi, że mam szczęście, że przyszłam do fortu akurat tego dnia (wtorek), bo to dzień wielkich celebracji w świątyni Kali – pijącej krew Bogini. Wolałabym chyba mieć mniej szczęścia w tej kwestii, bo może udałoby mi się tę świątynię zobaczyć.

Potem idę do innego parku, tuż obok, spaceruję i znajduję coraz to lepsze miejsca na zdjęcia. Są tu też jakieś VIPy, bo mijam kilka razy sporą grupę ludzi, których ochraniają policjanci i żołnierze z karabinami. Mimo, że w parku jest dużo koszy na śmiecie, pracownik parku wyrzuca je na skarpę za żywopłotem. Zaczyna znów padać i wracam do guesthouse.

Gdy w sklepie chcę kupić sucharki, bo brzuch mi wciąż dokucza, sprzedawca chyba źle mnie rozumie, bo rzuca mi paczkę podpasek, z miną jakby już były używane.

 

Amritsar and Golden Temple

c8jJDJmeWntolzVZaX

yboLG1hWmj6UpewCaX

sPI4Z7VaLhOEF9RuCX

4bGgV4xUcXzquRC7sX

jmwl0DVUyKrpOIf3jX

oadQIauoWfyWBiu94X

kvePwJpUnkFWSPiMVX

CpF69TcVVw7Ad7dt1X

kYDLebjI0D3NUAMVyX

r0kcBqxpBZTbLJA7fX

loI0Ykn9FwY8XcnoJX

yxUMTXJrfrXjT6Qw8X

D7ikiSUgE8i4K00NeX

yKixHspBYnai0VJPfX

cLJbBuSoEfDTmRqS0X

yiO8YeJkLn4CXMl1nX

YANEpyxuEHHvLz9eAX

5Z6tgYcKX98GQZU8vX

qR8bc4jtne5rOrXiWX

M8iQPDVvnQGvpT7JTX

sFSHbhFuO76iA2sWHX

umS1CPEhSapYJtxBiX

m8iI9J1mQ0iGqxgdTX

EKml3AdaW58S7VLSiX
Do Amritsar dojeżdżam nocnym pociągiem z Haridwar. Guesthouse jest tuż obok wiaduktu, a z drugiej strony ma tory kolejowe. Jadę rowerową rikszą do Golden Temple – chyba najświętszej świątyni Shików. Jest to kompleks budynków układających się w zamkniętą przestrzeń. Złota świątynia jest na środku dużego zbiornika ze świętą wodą. Wszędzie pełno wiernych – mężczyzn ubranych w samą bieliznę. Przyszli tu zażyć oczyszczającej kąpieli. Panie też się kąpią, ale w osłoniętych kabinach. Obchodzę zbiornik dookoła i siadam w cieniu. Ci co się nie kąpią obmywają sobie stopy, dłonie i twarz, a także spryskują wodą głowę. Do środka Złotej Świątyni nie wchodzę. Kolejka zbyt długa, gorąco, a przede wszystkim nie chce znaleźć się w środku przepychającego się tłumu.

Potem szukam fryzjera, który pofarbuje mi włosy. Najpierw ktoś mnie kieruje do męskiego fryzjera. W Indiach chyba nie funkcjonuje pojęcie damskiego fryzjera. Kobiety chodzą do salonu piękności. Szukam więc salonu, co nie jest łatwe. Może to nie jest odpowiednia cześć miasta. Ludzie tradycyjnie pokazują to w tę, to w tamtą stronę, gdzie jednak nie znajduję tego, co szukam. W końcu jakiś chłopak prowadzi mnie wąskimi uliczkami, ostatni odcinek po świeżo wylanym betonie. Salon piękności odnaleziony. W środku dwie panienki zajęte bardziej swoimi makijażami i telefonami niż pracą. Trochę problemów komunikacyjnych i rezygnuję. Do swoich włosów mam może nietypowe podejście. Po prostu daje im żyć własnym życiem. Po kilku rozczarowujących doświadczeniach z przeszłości, przez lata unikałam obcinania włosów u fryzjera. Robiłam to albo sama, albo moja Mama, bądź aktualna miłość mojego życia 🙂 Potem wypróbowałam fryzjerkę poleconą mi przez Mamę i od tej pory tylko u niej się strzygę, zresztą raczej dość rzadko. Ona ma podobne włosy jak ja, więc zazwyczaj po prostu siadam w fotelu a ona strzyże mnie jak sama chce. Włosy mam lekko kręcone, rzadko kiedy je czeszę, ale raz w miesiącu farbuję. Gdy jestem daleko od mojej fryzjerki, a włosy kołtunią się na potęgę, co jest znakiem że potrzebują nożyczek, po prostu sama je obcinam. Odnajduję inny salon, który jest w wersji mini. Pani mówi dobrze po angielsku i podaje mi cenę za nałożenie henny. Dopiero gdy mam połowę głowy pokrytą farbą mówi, że ona nie zmywa tu głowy. W końcu za dodatkową opłatą zgadza się umyć mi głowę. Kiedy czekam aż kolor chwyci pani przyjmuje dwie inne klientki. Miejsca jest tak mało, że ledwo jest gdzie usiąść. Panie depilują sobie brwi i wąsy 🙂 Przy użyciu nitki – pierwszy raz to widzę. Salon piękności poza tym że nie odnawiany chyba od 20 lat jest po prostu brudny, łącznie ze śmieciami walającymi się po podłodze. Mini zlew który jest w salonie pomimo kranu nie ma bieżącej wody. Potem trochę żałuję, że po nałożeniu henny nie pojechałam od razu do guesthouse. Pani mi zmywa hennę wodą z wiaderka i to raczej oszczędnie. Włosy wyciera mi brudną ścierą. Gdy wracam do pokoju włosy zdążyły wyschnąć i uformować się w sztywną skorupę. Od razu myję włosy sama i znów stają się miękkie.

Rano idę obejrzeć Letni Pałac – Ram Bagh. Jest w remoncie. Spaceruje po ładnym parku, który jest na tyłach pałacu. Zagaduje mnie pan, emerytowany wykładowca akademicki, ojciec trzech zamężnych córek. Zadaje wszystkie standardowe pytania, łącznie z moimi zarobkami. Zaprasza, bym następnym razem zatrzymała się u jego rodziny.

Po południu jadę do granicy z Pakistanem Attari – Wagah. by obejrzeć ceremonię zamknięcia. Dojeżdżam tam shared riksza taxi – dzielonym z innymi tuk tukiem. Trafia mi się grupa kobiet z jednym chłopcem. Tuk Tuk dowozi nas około kilometra od granicy. Tam u ulicznego bagażowego zostawiam plecak i jak mówi kierowca mam się trzymać tej rodziny. Sporo osób idzie w kierunku przejścia granicznego. Idziemy w kolumnach, panie osobno, panowie osobno. Starsza kobieta w kolejce za mną powtarza non stop chelo, chelo (idź, idź), co mi działa na nerwy, niektórzy ludzie nie potrafią chyba być cicho. Przechodzimy przez odprawę osobistą, gdzie pani dotyka moje wszystkie zewnętrzne miejsca intymne. Tuż przed nami wejście na teren gdzie odbywa się ceremonia zostaje zamknięte. Według żołnierza nie ma już wolnych miejsc i więcej ludzi będzie wpuszczonych dopiero na sam koniec. Momentalnie robi się straszny tłok. Ja stoję przy samej barierce, a ludzi z tyłu się pchają. Nie znoszę tłumów. Podział na pani i panów rozpłynął się w tłumie. Żołnierz mi radzi iść do innego wejścia, bo cudzoziemców wpuszczają osobno. Udaje mi się przepchać na zewnątrz i przy wejściu dla VIPów i cudzoziemców jest pusto. Wchodzę bez problemu i znajduję dobre miejsce siedzące. Trybuny po obu stronach granicy są prawie pełne. Po indyjskiej stronie głośna muzyka i krzyki zagrzewane przez wodzireja. Najpierw kobiety z flagami biegną w stronę przejścia i zawracają. Potem zaczynają się tańce, tańczą tylko panie. Po stronie pakistańskiej widzę tylko górne trybuny. Nawet jeśli tam też gra muzyka to i tak bym nie usłyszała. Jednak reakcje ludzi wydają mi się bardziej stonowane. Stoją raczej spokojnie, machają flagami. Potem zaczyna się główna część ceremonii i z obu stron w kierunku przejścia maszerują żołnierze. Tuż przy bramie, która jest to otwierana, to zamykana odbywa się przedziwny spektakl, który zdecydowanie jest pokazem siły między tymi dwoma państwami, które do 1947 roku stanowiły jedność, a dziś mają dość skomplikowaną relację. Pakistańscy i indyjscy żołnierze wymachują nogami powyżej głowy i odgrywają swoje role. Tłum wrzeszczy, odróżniam tylko jedno słowo – Hindustan. W międzyczasie wbiegają grupy ludzi, którym nie udało się wcześniej wejść. Miejsca jest wystarczająco dużo i nie rozumiem czemu nie wpuścili więcej ludzi od razu. Na koniec ceremonii flagi obu państw zostają opuszczone i granica pozostaje zamknięta do rana. Ludzie pchają się w kierunku bramy granicznej. Czekam aż największy tłum przejdzie i zaczynam się sama pchać. Można podejść na odległość kilku metrów. To najbliżej jak mi się udało podejść do Pakistanu i na jakiś czas musi tak zostać.

W drodze powrotnej dzielę tuk tuk z grupą studentów z Kalkuty i Delhi.

Wieczorem jeszcze raz idę do Golden Temple. Jest znacznie chłodniej, a świątynia jest pięknie podświetlona. Siedzę nad brzegiem zbiornika, robię zdjęcia i widzę, że kolejka do środka jest tak samo duża jak poprzedniego dnia. Potem jakieś dziewczyny robią sobie ze mną zdjęcia. Na końcu podchodzi młody chłopka – Sikh. Chwile rozmawiamy, on pyta czy byłam w środku świątyni i mówi, bym nie wyjeżdżała póki jej nie zobaczę. Razem stajemy w kolejce, która się przesuwa szybciej, niż mi się zdawało i nikt się nie pcha. On mi opowiada o swojej religii i mówi, że jego tata jest księdzem w tej świątyni. Na moje pytania o brak celibatu wśród księży on się dziwi i mówi, że gdyby ksiądz nie miał żony to miałbym dużo grzesznych myśli. I nie można się z tym nie zgodzić 🙂

Sikhowie noszą turbany, często w przepięknych kolorach .Religia zabrania odsłaniać im włosy, a także obcinać ich. Kobiety też to obowiązuje, choć tylko kilka widziałam w turbanach. Zwykle noszą chusty przewieszone przez głowę, lub w ogóle nie zasłaniają włosów. By wejść do świątyni Shików każdy musi zakryć głowę. Przed wejściem są kosze z chustami, które można pożyczyć, gdy ktoś nie ma własnej, a także szatnia na buty. Przed wejściem na terem kompleksu przechodzi się przez płytki basen, by obmyć stopy. Gdy dopytuję czy Shikowie mają swój święty dzień w tygodniu na modlitwy tak jak Muzułmanie piątek, a Chrześcijanie niedzielę, jakiś pan z kolejki mówi, że dla nich wszystkie dni są równe i każdy jest dobry by przyjść do świątyni. Chłopak, który mi towarzyszy mówi, że pięć lat studiował grę na sześciu tradycyjnych instrumentach muzycznych, na których gra się w świątyni. Powiedział, że gdy skończy 25 lat zacznie pracę w Złotej Świątyni i że jest to co dzień transmitowane na cały świat. Będzie więc rodzajem religijnego celebryty :). U Shików, nie ma chyba czegoś w rodzaju mszy. Cały dzień gra religijna muzyka, a księża siedzą nad świętymi księgami. Chłopak pokazuje mi różne części świątyni, która ma trzy poziomy. Potem we własnych dłoniach podaje mi do picia świętą wodę. Umaczam tylko w niej usta, czuję, że jest słodka, resztę wylewam. Przez kolejnych kilka dni będę się zastanawiać czy to święta woda spowodowała moje kilkudniowe sensacje żołądkowe (na szczęście o niezbyt dramatycznym przebiegu).

Golden Temple jest prawdziwie złota, a właściwie złocona. Użyto do tego 750 kg złota. Błyszczy jako najcenniejszy klejnot całego kompleksu, we dnie i w nocy. Codziennie w świątyni serwowanych jest 60 – 80 tysięcy posiłków – za darmo. Wszystko z datków wiernych i odwiedzających.

Kaszmirska rodzina z pokoju obok częstuje mnie soloną herbatą. Wygląda jak chai – jest z mlekiem. Wypijam, ale za dolewkę dziękuję. Sól nie bardzo pasuje do herbaty:) Indianie zatrzymujący się w tanich guesthousach często podróżują z garami i gotują w pokojach na kuchenkach gazowych.

 

Haridwar, Uttarakhand

9O1ZQoyngI0awSvDBX

8GHltmTFTp93GIcbiX

bcEU2dMjEIbDhYB0zX

s3R6Lb6MmxDdym5IKX

ifbJSaHNolpSFL9khX

vRSqyqZ5B7xXPFqmDX

RtesgnlqVOaDBSSmZX

g0fvi2kGVIlrwOC0xX

eVnKElfVhg2VdLbMAX 

hHVITVLuzLIYbhcukX

d961bSWxLEp6V7l0RX

Do Haridwar dojeżdżam rano autobusem z Rishikesh. Prosto z autobusu chcę jechać na dworzec kolejowy, by kupić bilet na nocny pociąg do Amritsar. Kilku kierowców tuk tuków nie rozumie kiedy mówię, że chcę jechać na dworzec, idę więc na piechotę. Po drodze zatrzymuje się jakaś moto riksza i chłopak mówi, że podwiezie mnie za darmo. Po drodze dowiaduję się jak piękna jestem 🙂

Na dworcu ustawiam się w kolejce. Chłopak przede mną gapi się na mnie ponad moją poranną cierpliwość. Co jakiś czas tuż przy okienku jacyś ludzie wciskają się do kolejki. Gdy nachodzi moja kolej urzędnik po drugiej stronie okienka zaczyna liczyć kasę, coś wklepywać do komputera, rozmawia z kolegami a w końcu patrzy na coś w gazecie. Ja czekam. W końcu on się do mnie odzywa i okazuje się być całkiem miły. Wszystkie miejsca na nocny pociąg w klasie sleeper są sprzedane. To już wiem, bo poprzedniego dnia próbowałam kupić bilet w agencji turystycznej. Mimo wszystko kupuję bilet z listą rezerwową. Na bilecie jest wydrukowane że mam miejsce na liście rezerwowej numer 36 i 72, cokolwiek to znaczy – nie wnikam. Kiedy chcę kupić jeszcze jeden bilet pan mi mówi, że można tylko jeden. Wracam więc na koniec kolejki. W kolejce obok widzę wysokiego, zwalistego faceta odzianego w pomarańczowe szaty, typ co to sobie brzuchem toruje drogę w życiu. Nie chcę się po indyjsku gapić więc, co jakiś czas rzucam ukradkowe spojrzenia bo nie wygląda mi on na Indianina. Jest ubrany jak Baba, ale buty ma zdecydowanie nie babowe – oni zwykle noszą klapki lub są boso. Kolejka wolno się przesuwa. Gdy dochodzę do okienka trzech facetów wciska się przede mnie. Gdy protestuję jeden z nich mówi, że to pilne. Pewnie, moje bilety pilne nie są, mogę sobie przecież poczekać. Słyszę jakieś krzyki. W kolejce obok młody mężczyzna też wpycha się do kolejki (nie wiem o co w tym chodzi, ale każdy z wpychających się ma jakieś różowe papiery). Zwalisty facet pokazuje mu rękami, żeby poszedł na koniec kolejki, a gdy tamten nie reaguje pokazuje gestem, że mu złamie kark. W końcu widzę jak szarpie go za kołnierz koszuli. Gdy wreszcie wszyscy kolejkowi wpychacze kupili swoje bilety, nadchodzi moja kolej. Jako że postanawiam być zapobiegliwa, chcę kupić jeszcze dwa pozostałe bilety na pociągi nocne, jakie potrzebuję. Z kalendarzem w ręku szukam odpowiednich dat. Wszystkie bilety na mój następny pociąg też są wyprzedane, kupuję znów bilet z listą rezerwową i wracam na koniec kolejki po raz trzeci. Zaczepia mnie jakiś cudzoziemiec, który jest przede mną. To Francuz – Pierre. Rozmawiamy chwilę, gdy podchodzi do nas ten wielki facet i mówi do Pierre’a (który próbował go uspokoić, gdy tamten atakował wpychającego się faceta) ze sztywnym akcentem, że przez tego faceta co się wepchnął, on sam nie dostał biletu. Pierre mówi, że go rozumie, bo wpychanie się jest wkurzające, ale gdy zaczął szarpać i szturchać tamtego faceta stracił swoje racje. Tamten mówi – you shout up (zamknij się) i odchodzi. Patrzymy po sobie i zaczynamy się śmiać (gdy olbrzym się trochę oddali). Dalej zastanawiam się czy to mógł być Baba, bo oni są zawsze bardzo spokojni. A ten dziwny, agresywny cudzoziemiec zupełnie mi na Babę nie pasował.

Po raz trzeci przy okienku. Pan bierze mój pobazgrolony notes i uważnie przegląda strony. Zawsze wprawia mnie w osłupienie jak prywatność mało tu znaczy. Zapisuje mi numer pociągu tak zamaszyście, że robi dziury w kilku kartach. I w końcu sukces – ostatni bilet jest potwierdzony. Jeden trafny, dwa o jeden – jakby powiedział Dziadek.

Na zewnątrz czeka na mnie Pierre, bo pomyślał, że może potrzebuję pomocy z plecakiem 🙂 Dodatkowo okazuje się, że mam rezerwację w tym samym hotelu co on 🙂

Haridwar to najświętsze miasto Hindusów w stanie Uttarakhand. Bardzo dużo pielgrzymów tu przyjeżdża by dokonać oczyszczającej kąpieli w świętej rzece Ganges. Idę do Har-ki-Pairi Ghat – schodów docierających do rzeki. Dużo ludzi się kąpie. Spaceruję po kilku mostach które łączą oba brzegi. Następnym razem gdy tu przyjadę też się wykapię – woda jest bardzo czysta.

W Haridwar zatrzymuję się tylko na kilka godzin. Wieczorem mam pociąg, na który nie mam rezerwacji miejsca, mam więc perspektywę nocnej podróży rzeźnią. Muszę odpocząć na zapas i nie idę więc na wieczorną ganga aarti – ceremonię czczenia Gangesu. Bardzo wyraźnie pamiętam te ceremonie z Varanasi. Widziałam je trzy razy. Raz z łodzi na rzece, dwa razy siedziałam tuż koło odprawiających ceremonię. Ostatnim razem miałam niewiarygodne szczęście. Siedziałam w pierwszym rzędzie i gdy mistrz ceremonii rozdawał sznurki do dzwonów zawieszonych na ozdobnej konstrukcji wyciągnęłam nieśmiało rękę, bo jako kobieta i cudzoziemka nie wiedziałam czy to nie wbrew jakimś regułom. Mistrz dał mi jednak sznurek. A gdy nadszedł odpowiedni moment, stanął koło mnie i dał mi znak, bym zaczęła dzwonić. Po mnie dołączyli się inni wybrani. Ceremonia trwała około godziny i cały czas wszystkie dzwony dzwoniły.

Wieczorem Pierre odprowadza mnie na dworzec i znów niesie mój plecak. Tylko jedna kasa jest już otwarta, ta sama w której kupowałam bilety. I ten sam, tym razem zmęczony już pan tam siedzi. Bez większych nadziei podaję mu mój bilet i gdy on wypisuje numer mojego miejsca wykrzykuję oh, sir, więc jednak mam miejsce, to cudownie. On – zmęczony mówi – tak 🙂

 

Rishikesh, Uttarakhand

tpC37XOHAeJ3gcyZaX

5LtJTMlUyEYXxc1PnX

aAa5m2tbEi0wKvffmX

J7Rjobbh6binZ0sbMX

PZQVXMbAEziSMczWSX

syRtZSA6tV94hiy4sX

32EVmdK7ADacbk8IWX

i7PEorgcJTCaFbbftX

M4Vg99QGbqzsTvAmgX

vdXmSSxb30L4bBDoRX

3fMYlPDkwpOIZMMqvX

yprueMyElaaty5QNaX

J7OwzFkkbr2R44Ft4X

ETrVN3GSb4MUsDr5wX

uflDgHN0FtrjO5ooLX

bYyl2eh1Cs5VtUMxIX

nmSaGWTWd5kQ68VOiX

iqST6cM4q13TbVeeaX

ElEFKersPAHQbDsgcX

YHaQs4pJ75wz0cBFRX

1D2XGIPwEabqRx6WPX

YrPcRC2s3sY3HsDi1X

gOrpkpe7YQxWl5OazX

5wkWtgb9OthkSkX2vX

0h0g4ZprsFRzsFiU3X

RNWjXiyxPqLYn5cPRX

9bDUYitj7pQrEIQmvX

uMPspw9SuBoEET7VmX

c1aanCOxWJzi8eRHJX

UqSJxQN4q57EwraMlX 

Do Rishikesh dojeżdżam zUlangra autobusem, a właściwie trzema. Podróż zajmuje jedenaście godzin. Po drodze takie widoki, że cały czas siedzę z głową za oknem i robię zdjęcia. Nawierzchnia dziurawa strasznie, więc tak trzęsie, że ciągle uderzam obiektywem po oknie. Wzdłuż trasy żartobliwe teksty zachęcające kierowców to ostrożnej jazdy.

Właściwy Rishikesh jest głośnym, zatłoczonym miasteczkiem. Ja zatrzymuję się na wysokim brzegu pomiędzy wiszącymi mostami. Między drzewami ,w dole, widzę Ganges.

Spaceruję pomiędzy dwoma wiszącymi mostami Ram Jhula i Lakshman Jhula. Zaglądam do jednego z ashramów, których tu mnóstwo. Podziwiam piękną panoramę. W tle góry, w dole święta rzeka.

Pod wieczór siedzę nad rzeką i obserwuję religijne procesje. Po drugiej stronie zaczyna się jakaś celebracja, gromadzą się ludzie i dobiega mnie muzyka.

Jem obiad w restauracyjnym ogródku. Dziewczyna przy stole obok zaczyna rozciągać sobie mięśnie nogi. Zadziera nogę wysoko, a spódnica czy luźne spodenki opadają i odsłania się jej krocze (na szczęście) w majtkach. Dżizas, czy ja mam do tego jakiś radar, czy wiele osób nie wie, jak się zachować w miejscu publicznym.

 

Ulangra, Uttrakhand

ZGbD3fpxdW6ySCbPnX

m0PYTBhEdmreap8dXX

opRlq5MiA2Gmvbj4VX

YopooUlBB1EHXEGD4X

 

E8uN02WqoJQr14m4nX

LLqhsKOdcn7rh7HHeX

2GRVU8DThxbv118QbX

z4WB0l3Y2BYtBWFPUX

cAaHZ8NypvabNqizCX

 

Hov5OsYurSmZYHCZZX

VFypnGrgz8VMHUA3OX

wTlutHIsYazYh002bX

tq3ChaGawtugYuAaoX

 

jVByn7wwnleS5wEY5X

 

DvnFOZzgYq4qNU1ihX

QPYJgFvlftFtWUKIdX

1lAIhmpJXO2USwugRX

MadBEMknY10zKnP35X

 

fMQlG3H0CagSMSNPNX

CmeF0Flem5Nh3ZmiWX

3AAi11oG5HlX2og7vX
sBbZWW4mxnlI4wBhoX

 

ab9qrISEjIh08DvkUX

ZU2B9uXQsMK1I5p6rX

kmOiU9GI5extuR9kkX

GCBy3pxLbvvGuKpzOX

3XqQbXtoxAmfRamuSX

Qi4FCcHgd1hjzth02X

IMG_2819s

IMG_3050S

IMG_3059S

IMG_2811s

IMG_2788s

IMG_2912s

IMG_2901s

IMG_2955s

IMG_2956s

IMG_2958S

IMG_2989S

IMG_2789s

IMG_2837s

 

Do wsi rodzinnej mojej koleżanki mamy jechać autobusem. Potem ona zmienia zdanie, jedziemy jeepem, takim rodzajem minibusa, bo ma być wygodniej. Kierowca jeepa, znajomy koleżanki przyjeżdża w pobliże jej domu. W środku siedzi już kilka osób. Kierowca pokazuje mi bym usiadła z tyłu, obok starszej pary. Ale gdy moja koleżanka ma usiąść obok nas (są miejsca tylko dla trzech osób) wiem, że komfortowo nie będzie wcale. Siadamy w końcu obok kierowcy. Z tyłu cztery osoby i w przestrzeni bagażowej, gdzie zamontowano ławeczki pięć osób. Przez dłuższy czas trwa kłótnia, kto będzie siedział przy oknie, kto z tyłu, a kto koło własnego męża. Podróż trwa 18 godzin i jest koszmarna. Siedzę koło kierowcy i za każdym razem, gdy on zmienia biegi uderza mnie w nogę, której nie mam gdzie upchnąć. Koleżanka doradza, bym jedną nogę trzymała z drugiej strony drążka zmiany biegów, ale wizja kierowcy trzymającego ciągle rękę między moimi nogami nie jest zachwycająca.

Dwie pasażerki z tyłu ciągle rzygają, brzydzę się podejść do samochodu po postoju, z obu stron jest cały ufajdany. Rano dostrzegam na swoich spodniach jakieś ślady. Kalkuluję czy pasażerka za mną mogła mnie jakimś cudem obrzygać. Jednak nie, to bananki wgniotły mi się w spodnie 🙂

Odkąd robi się widno podziwiam widoki przez okno. Jedziemy przez cudny górzysty teren. W dole płynie rzeka.

Na miejsce dojeżdżam wykończona. Za mną trzy noce: w samolocie/na lotnisku, w pociągu i w jeepie. Wieś jest przepięknie położona. Wszędzie tarasowe pola, w oddali wysokie góry i kilka ośnieżonych szczytów. Na mapie w przewodniku nie ma ani tej wsi, ani najbliższego miasteczka, oddalonego o 5 km. Stąd do granicy z Tybetem jest już niedaleko. Na mapie w tej okolicy widzę siedmiotysięczniki.

Do wsi nie przyjeżdżają nigdy żadni cudzoziemcy, więc budzę powszechne zainteresowanie. Ludzie, a w zasadzie głównie kobiety bardzo ciężko tu pracują. Wstaje się rano, bardzo rano, koło piątej. Przygotowuje jedzenie, karmi krowy, bawoły, woły, co kto ma. Kuchnia i łazienka to osobne budynki. Nawet w domu, który dopiero jest w budowie, oba te pomieszczenia nie są uwzględnione w bryle głównego budynku. Pranie – tylko ręczne, w zimnej wodzie. Ok, póki nie trzeba prać kap na łóżka.

Dzieci nie noszą pieluch, więc wszystko jest obsikane i nie tylko. Małe dzieci mają często znaki na czole, przeciw urokowi/złemu spojrzeniu.

Gotuje się kilka razy dziennie. W kuchni na klepisku jest palenisko. Tu gotuje się główne posiłki, a także robi roti. Po podsmażeniu wrzuca się placki do ognia na przypieczenie i pod wpływem temperatury wybrzuszają się.

Wieczorami pomagam w ścinaniu trawy dla bawoła. Moje ubogie słownictwo w hindi nie obejmuje rolnictwa:) A na migi zupełnie nie mogę się połapać, które kłosy zboża są dobre na mąkę, a które nie.

Kobiety i młode dziewczyny łupią kamienie i noszą w wiadrach na plecach. Tych połupanych na drobno kamieni używa się do poprawiania paleniska.

Kobiety do roboty w polu noszą złotą biżuterię. Co kto ma. Im więcej tym lepiej :)W czasie okresu kobieta nie może przechodzić przez miejsca, których używa się do organizowania religijnych uroczystości.

Wieczorami ze wzgórz wzbijają się obłoki ważek.

Przy jednym z dwóch wejść do wsi mieszka rodzina z najniższej kasty. I oni i ich dom wyglądają tak samo jak inne. Ale nikt ich nie zaprosi do domu, nie pozdrowi pierwszy. Gdy przyjdą ugości się ich herbatą – na zewnątrz. Po czym muszą umyć po sobie szklanki, potem ktoś z gospodarzy umyje je jeszcze raz.

Ludzie tu używają czasem popiołu z paleniska do mycia zębów.

W najbliższym miasteczku kupuję papier toaletowy, w sklepie papierniczym. Stoi na półce razem z notatnikami i długopisami.

Pan naprawia mi oba plecaki, wszystko mi się powoli drze. Obserwuję jak zszywa komuś sandały. Gdzie indziej pewnie byłyby już na śmietniku. Bardzo podoba mi się to, że prawie wszystko można tu naprawiać.

W lokalnym zakładzie fotograficznym fotograf robi zdjęcia na automatycznym programie. Zwykle na tle zasłony w drzewa. Zakład pełen jest zdjęć klientów upozowanych i obramowanych serduszkami i kwiatuszkami.

Wioskowy nauczyciel opowiada mi o swojej pracy, a potem pyta czemu nie czeszę włosów. Widać ten problem dociera już na szczyty 🙂

Kobiety w różnym wieku, poprzez moją koleżankę dopytują czemu nie mam męża. Jedna boi się męża co ją bije, jak sobie popije, inną mąż zdradza od dwóch lat ze szwagierką. Ale czemu ja nie mam męża???

W tej i okolicznych wsiach kwiecień to czas wielu religijnych obchodów. Nawet ci, którzy na co dzień mieszkają i pracuję daleko stąd wracają w rodzinne strony by wziąć w tym udział. Niestety wiele małych owieczek przymusowo poświęci swoje życie by pomóc ludziom w ich religijnych obrządkach.

 

W okolicy jest dużo bardzo jadowitych węży i skorpionów. O skorpionach dowiaduję się ostatniego dnia, bo wcześnie pogubiłyśmy się w tłumaczeniach 🙂

 

Kolkata, or rather Delhi, India

IMG_2737s

IMG_2733s

IMG_2724s

IMG_2727s

IMG_2725s

IMG_2730s

Na lotnisku w Bangkoku w kolejce do odprawy na lot do Kalkuty prawie sami Indianie. Tuż przede mną stoi biała dziewczyna. Jest ubrana w mini spódnicę, a jej bluzka na ramiączka ma takie dziury pod pachami, że widać jej cały wściekle różowy stanik i brzuch. Nerwowo przepakowuje torby. Widzę jak jakiś chłopak z kolejki robi jej ukradkiem zdjęcia. Niby nie moja sprawa, ale zagaduję ją czy tylko przesiada się w Kalkucie czy leci do Indii. Jednak zamierza podróżować po Indiach. I kiedy się odzywa orientuję się, że ona wcale nie przepakowywała swoich toreb nerwowo, ona jest po prostu bardzo pijana 🙂 Mówię jej, że widziałam jak ktoś jej robił zdjęcia. Mówi, że przebierze się przed lotem. Po raz pierwszy w życiu każą mi pokazywać kartę kredytową, przy użyciu której kupiłam bilet. Dodatkowo pytają o nazwę hotelu, gdzie mam rezerwację. Nie mam żadnej, ale jakoś wygrzebuję z pamięci nazwę wstrętnego miejsca gdzie zatrzymałam się w Delhi trzy lata temu. Lot jest grubo po północy i ląduję nad ranem w Kalkucie. Celnik każe mi wielokrotnie przykładać palce do skanera linii papilarnych, których zresztą chyba nie mam 🙂 Potem pyta o hotel gdzie mam rezerwację i okazuje się że prawie dobrze pamiętałam nazwę tego miejsca, bo oni mają to wszystko w systemie. Celnik pyta czy sama zamierzam podróżować, a potem z niedowierzaniem czy zgrozą kręci głową.

W Kalkucie tym razem niestety nie zostanę ani jednego dnia. Kalkuta – miasto, które trzy lata temu dało mi nieoczekiwanie wytchnienie od intensywnych indyjskich przeżyć i doświadczeń. Miasto kontrastów, biedy, kontrowersyjnej Matki Teresy, pięknych starych budynków, miłych ludzi i cudnego, marmurowego pałacu pełnego bezcennych dzieł sztuki. Miasto w którym ledwie kilka dni wcześniej zawalił się nowo budowany wiadukt zabijając 27 osób a raniąc ponad 80.

Czekam do rana na lotnisku. Jedyny bankomat nie współpracuje z moją kartą. Na szczęście mam jeszcze sporo rupi po moim ostatnim pobycie w Indiach. Taksówką jadę na dworzec kolejowy. Z okna widzę dużo młodych mężczyzn w szortach. Czy ja to mogłam wcześniej przeoczyć, czy to zmiany?

Na dworcu potwierdzam mój numer miejsca, znajduję działający bankomat i rozmawiam z jakąś parą, która była bardzo miła i przypilnowała mi plecaka. Tym razem nie jadę klasą sleeper. ale 3AC. Koleżanka stanęła chyba na głowie by zdobyć dla mnie ten bilet. Dogaduję się ze współpasażerami i zamieniam dolne łóżko na górne. Każdemu to chyba pasuje. Ja potrzebuje spać od razu, a zawsze na dolnym łóżku ludzie siedzą w ciągu dnia, zanim rozłożone zostaje środkowe – na noc. Większych rozmiarów pani jest zadowolona, że nie będzie musiała wdrapywać się na górę. W cenie biletu komplet pościeli i jak się później okaże niezliczona ilość przekąsek i dań serwowanych przez obsługę pociągu. Jedyny minus – na oko około roczna dziewczynka, choć bardziej mały potwór, który drze pysk przez większość podróży. Żałuję, że zepsute słuchawki wyrzuciłam w Bangkoku, przydałyby się jako zatyczki do uszu. Starsza z kobiet (do końca nie potrafię zdecydować czy to mama czy babcia) w końcu sama płacze z bezsilności. I choć to pewnie ich wina, że przyuczyli bachora by ich terroryzował, to i tak podziwiam ich cierpliwość. Jestem tak zmęczona, że ryki nie przeszkadzają mi w spaniu, tylko wkurzają kiedy czytam książkę. Posyłam im od czasu do czasu bazyliszkowe spojrzenia.

Pociąg spóźnia się tylko dwie godziny. Koleżanka czeka na mnie na peronie. W Indiach by wejść na peron, jeśli nie jest się podróżnym. trzeba wykupić bilet – wejściówkę 🙂

W metrze strasznie długie kolejki do kas biletowych. Robię więc to po indyjsku. Koleżanka zostaje z tyłu a ja podchodzę do samych kas i zdziwiona pytam gdzie są kasy dla kobiet. W metrze nie ma, ale miły pan przepuszcza mnie. Jedziemy jedną stację. Przy wysiadaniu wyskakuję jak z katapulty, gdy ludzie z tyłu zaczynają się pchać. Kolejną linią jedziemy do stacji New Ashok Nagar. Bardzo mi się tam podoba. Pierwsza sypialnia Delhi, w jakiej jestem. Kiedyś, myśląc o pracy w Indiach mówiłam – wszędzie, tylko nie w Delhi. Pewnie dlatego, że Delhi zrobiło na mnie dość szokujące wrażenie. Ale tym razem Delhi bardzo mi się podoba. Biorę prysznic i jadę do New Delhi Main Bazar. Tam spędziłam pierwsze i ostatnie dni w Indiach trzy lata temu. W 10 minut kupuję przewodnik i wszystkie potrzebne mi rzeczy. Koleżanka pożyczyła mi kartę sim, więc po raz pierwszy od czasów Australii mam działający telefon. Właściwie zupełnie za tym nie tęskniłam. Rozmawiam z chłopakiem od doładowania telefonów i mówię mu o wstrętnym „hotelu”, gdzie kiedyś się zatrzymałam. On wie, o którym miejscu mówię i twierdzi, że tam mieszkają prostytutki. Kiedy ja tam byłam to żadnych nie widziałam, ale miejsce jest upiorne. Może jeszcze zmieniło się na gorsze. Piję bananowe lassi w restauracji, gdzie zjadłam swój pierwszy indyjski posiłek i wzruszam się bardzo 🙂 Main Bazar wygląda inaczej. Brakuje mi śmieci na ulicach. Spaceruję po wąskich uliczkach, odnajduję ukryty za murami chrześcijański cmentarz. Imiona na większości nagrobków mało indyjskie, nawet na świeżych grobach.

Wszystkie drogi prowadzą do Bangkoku 2

5tGnkCGdqun8DLVASX

 

itIuPA288FKa3NXS9X

cTCO3qUVDkaEgx9KRX

T2gmknjfpbtCDhFMgX

3lnaAa090bReLvETcX

jJaKRJBttsSDDmEtaX

hXnjiLEgXa5SMlj8aX

IYkbtbyibsyRGDhj8X

eLN8cj8vQk0d8nY4hX

IPU2GUDWs5Qy8zyIPX

lloKsbRGzSGzXYkceX

pvwzx9vzNJ4ZzOnEQX

Dyf25g5DWYMb9yfkDX

UtDAlQlX2rjCqgEtPX

0Pskd4lzL2NjBCF1SX

SsKzVWDj7Kax1z8oaX

GsMKGDKSMU6h7uEBwX

fUbzG5EhhCfGpz1yWX

LtztGyTAPlHUZn65vX

10EiVhhaapBxboMolX

Home away from home. Jak gdzieś za dużo czasu spędzam to od razu chce zamieszkać. Tym razem 4 dni jakie spędzam w Bangkoku są tylko i wyłącznie na relax. Ani nie muszę się starać o żadną wizę, a główne ”punkty” ma już dawno odhaczone :)Co nie znaczy, że nie odwiedzam nowych miejsc – tych starczy mi jeszcze na wiele pobytów w Bangkoku:)

Mój plan by z Wietnamu przejechać do Indii drogą lądową spalił na panewce. Z Myanmar mogłabym przekroczyć drogą lądową do Indii ale byłoby to skomplikowane po obu stronach. W Mynamar musiałam uzyskać pozwolenie na to i zapłacić za przewodnika, który towarzyszyłby mi do granicy. Po stronie indyjskiej – musiałabym dostać pozwolenie na przekroczenie granicy w tamtym rejonie, jako, że sytuacja tam nie jest chyba zbyt stabilna. Wszystko zajęłoby dużo czasu i kosztowało sporo. Czas mam, ale pieniędzy już prawie nie. Dlatego z Yangon lecę do Bangkoku. Niestety z Yangon nie znalazłam żadnego taniego lotu bezpośrednio do Indii w terminie jaki mi pasował. Taniej wyszły dwa loty, a przy okazji postanowiłam zostać kilka dni.

Mój samolot ląduje w Bangkoku późnym wieczorem. Udaje mi się jednak złapać autobus a potem metro i nie muszę brać taxi. Mój ulubiony hostel:)

Następnego dnia leje z rana, co mi nie przeszkadza, bo nie mam żadnych wyjściowych planów. Śpię do oporu, jem duże śniadanie a potem zabieram się do prania. Moje ubrania są niemiłosiernie brudne. Chyba stopień ich zużycia może mieć wpływ na to, że się nie całkiem dopierają. Ale czerwony kurz z wysuszonej ziemi z Myanmar sprawia, że wyglądają jakby się już tylko do śmieci nadawały. Najpierw wydeptuję je w wiadrze z wodą i proszkiem zanim wrzucę do pralki, inaczej pralka raczej nie dałaby rady. Woda w wiadrze wygląda jakbym właśnie umyła podłogę w lochach. Ubrania wyglądają znacznie lepiej i lądują w pralce, by dokończyła robotę.

Przypomina mi się inna sytuacja. Ostatnie miejsce w Indonezji. Na balkonie widzę jakąś obrzydliwie brudną, mokrą szmatę. Biorę ją w dwa palce i zrzucam z drążka do suszenia ubrań. Po chwili moja Siostra pyta czemu zrzuciłam jej ręcznik. Ręcznik??? Mocno sponiewierany na różnych indonezyjskich plażach. Kiedyś chyba biały, w każdym razie jasny, wtedy hm, brązowy??? Wydeptanie w wiadrze wróciło mu oryginalny kolor 🙂

Resztę dnia spędzam nadrabiając zaległości blogowe, bo nazbierało się tego sporo.

Kolejnego dnia jadę na Kao San. Byłam tu już raz na godzinę, ale nie podobało mi się – to turystyczne getto. Tym razem szukam przewodnika po Indiach. Mimo, że jest sporo sklepów i straganów z książkami to udaje mi się znaleźć tylko jeden nowy egzemplarz, a chcę kupić jakiś używany. Rozstaję się za to z moim przewodnikiem po Azji południowo wschodniej, co sprawia, że jest mi przez chwilę smutno – spędziliśmy razem 9 miesięcy.

Pływam promem po rzece w tę w z powrotem, uwielbiam wodę 🙂 Z mocnym postanowieniem by w tej tajlandzkiej edycji nie jeść świństw, znajduję miejsce z pysznym ryżem z warzywami.

Jadę na bazar. Bazary to nie mój świat. Kika lat temu przepoczwarzyłam się z kogoś z mnóstwem rzeczy, w kogoś kto ma znacznie mniej 🙂 I nie lubię zakupów. W każdym razie, gdy dotyczą one czegoś co nie mogę zjeść. Tym razem poszukuję upominków dla koleżanki, której rodzina mnie ugości w Indiach. Jadę więc na weekendowy Chatuchak Market i mam z tego więcej przyjemności, niż się spodziewałam. Spędzam może godzinę spacerując po alejkach i robiąc zakupy. Bazar nie jest tak zatłoczony jak się spodziewałam, no i jest tylko kilka stacji metra od mojego hostelu. Zamawiam mango sticky rice – lepki ryż z mango. Ryż jest słodki, ma smak kokosa i bardzo mi smakuje. Resztę popołudnia spędzam spacerując po parkach Queen Sirikit i Chatuchak. Gdy postanawiam wracać, zagaduję strażnika parkowego. On zatrzymuje jakąś biegnącą dziewczynę, bo sam nie mówi po angielsku, a ona odprowadza mnie z parku do stacji metra co zajmuje około 15 minut. Potem orientuję się, że ona tez prawie nie mówi po angielsku i strasznie mi głupio, bo może uznała, że łatwiej będzie mnie odprowadzić niż wytłumaczyć 🙂

Prawie za każdym razem gdy zjeżdżam w głąb metra w Bangkoku wyraźnie czuję zapach zagrzybionej instalacji klimatyzacyjnej. W metrze już tego nie czuć, ale po wyjściu na zewnątrz zwykle przez jakiś czas jest mi niedobrze.

W moim dorm przez cały mój pobyt jest ponad 60 letnia kobieta z Australii. Na początku wydaje mi się trochę dziwna. Pyta o coś, jest zachwycona odpowiedzią, a po paru godzinach pyta o to samo i tak samo reaguje na to co jej mówię. Zachwyca się moimi znoszonymi japonkami. Hm, ja mam tylko nadzieję, że nie rozpadną się przed końcem podróży:)

Rano budzę się zlana potem. Ktoś wyłączył klimatyzację i zostawił otwarte drzwi na balkon. Mówię jej o tym, a ona się przyznaje, że to ona. Co dziwne, otworzyła drzwi i wyszła sobie, zostawiając dla innych oblepiający upał. Przeprasza za to i nie byłoby problemu gdyby nie to że mojego ostatniego dnia budzę się o szóstej rano pogryziona przez komary i spocona. Znów to samo. Zamykam drzwi i szukam pilota do klimy. Nie mogę go znaleźć i muszę obudzić tę kobietę – pilota trzyma u siebie na łóżku. Jestem zła, bo to moja ostatnia noc i miałam zamiar się wyspać. W pokoju robi się chłodniej i zasypiam. Po dwóch godzinach budzę się znów spocona. Ta popieprzona baba znów to zrobiła. Inna dziewczyna z mojego dorm mówi, że idzie na recepcję by jej zmienili pokój, bo też spać nie może od tego upału i jest pogryziona przez komary. Naskakuję na babsko a ona zarzuca mi brak tolerancji 🙂 Baba robi też jakieś agresywne wyrzuty dziewczynie, która zmienia pokój. Jestem wściekła bo mój lot do Indii jest w środku nocy i ląduję tam nad ranem. Jeśli uda mi się w ogóle spać to bardzo krótko. Zagubiłam gdzieś hasło to mojego konta na stronie indyjskich kolei a dostanie nowego jest skomplikowane i trwa na tyle długo, że nie dostanę go przed moją podróżą. Nie mam więc możliwości kupienia biletu online. Kiedy sprawdzam dostępne bilety, nie ma już zresztą żadnych, wszystkie klasy pociągu mają listy rezerwowe. Mam więc perspektywę 24 godzinnej podróży ”rzeźnią”. Na szczęście rano dostaję wiadomość od mojej indyjskiej koleżanki, że ona kupiła mi bilet – będę mogła się wyspać w pociągu. Moja złość na babę przechodzi i tylko mi jej żal, że coś z głową ma chyba nie tak.

 

 

Myanmar po raz ostatni

TCUGNrZ1J1WsAbUVTX

Mężczyźni ubierają się tu podobnie jak Hindusi – noszą longi. Rodzaj długiej ”spódnicy” zamotywanej wokół pasa.

Kobiety noszą podobne długie spódnice, tylko w innych kolorach, no i inaczej je upinają.

Gdy po raz pierwszy ktoś na mnie cmoka, specjalnie się odwracam plecami myśląc co to za chamstwo. Później okazuje się, że jest to ogólnie przyjęty sposób by zwrócić czyjąś uwagę. Każdy tu cmoka na kelnera. Jakoś nie mogę się do tego przemóc 🙂 Czasem, gdy próbuję zwrócić czyjąś uwagę i macham i wołam hello, ktoś z miejscowych się śmieje i cmoka w moim imieniu:)

Buddyści, tak jak Hindusi, Shikowie i Muzułumanie (z większych religii, pewnie z wielu innych też) zdejmują buty przed wejściem do swoich świątyń. Skarpetki często też są zakazane, tak jak krótkie szorty i topy.

Kobiety nie mogą dotykać mnichów – nawet jeśli to tylko mali chłopcy.

Ludzie noszą tu swoje tradycyjne stroje. Zarówno kobiety jak i mężczyźni noszą longi. Nawet nastolatki rzadko kiedy noszą się po zachodniemu. I bardzo mi się to podoba 🙂

Tanaka. Pasta nakładana na twarz. Uciera się kawałek drewna (kilka rodzajów drzew się do tego nadaje) z wodą. Często do ucierania tanaki służy wieczko od puszki z farbą. Pasta działa jak krem z filtrem słonecznym i podobno dobrze robi skórze. I według miejscowych wygląda się szczególnie pięknie. Nakładam więc często 🙂

No i piją chai 🙂