Dalkey

luYsBEUofD04yzwM9X

2BIG0guXzcb4vTzDxX

TjB7897j82hjbn5r0X

bixEDANZpS8xIqunJX

ovzSYnuJHqgTxzWmvX

qJnQzZz1HHzwwTBkZX

6eo1ou9iaIm6u0U7tX

2yScufop5y1rBU0ZRX

tZS34IRUPv3k4lmbIX

aMxa4UH8Ue2uRV9r4X

YUDH6oW5BjA4tnjGVX

4vgdU5SkilsbIbfRXX

4EHdqbeG4nBCR7MgyX

mvJdnaKdyPbil1dtMX

F5jE95j1aBHyVvI6vX

joahdEpPuIFReyYG3X

X2vbuN2har7COw8AxX

dFvJbISfthgotUT5mX

o0AlquwoD1jEsZ9qbX

y3h9bqwFgai570f6EX

49UblholX58RduCOMX

9yHOAhKoer4rMBYrbX

kCiXxaDnk7s52obHqX

NLKS5pOMZntikBkFNX

pnGgCjnpF885pc8GyX

ynErcfdJZwpMjdyxVX

OwcR9ybAIaBZj6n2jX

u6HgImrWykGt6gh5OX

j1LjbbTw2RKpYbHpdX

sX2L7b6BAEx0NFhOdX

QQHujr9xfgLftOC2QX

NnC8cbae7ydETcGNAX

Dalkey to jedna z nadmorskich części przedmieść Dublina. Po irlandzku Deilginis, nazwę swą zapożyczyło od nieopodal położonej wyspy, w kształcie ciernia. Deilg znaczy cierń a Inis – wyspa. Dalkey zostało założone przez Wikingów, w średniowieczu było ważnym portem. Wzdłuż wybrzeża znajduje się kilka przystani. Przy jednej z nich można spotkać foki. Przy głównej ulicy znajduje się niewielki zamek, który jest średniowieczną wieżą obronną.

Dalkey jest urocze. Jest tu kilka kawiarenek i restauracji. Można podziwiać zatokę Killiney i okoliczne wyspy siedząc na nadbrzeżu za opactwem, albo spacerować po wąskich uliczkach i podziwiać miejscową architekturę. Jest tu wiele ślicznych małych domków. Od kilku lat w Dalkey odbywa się festiwal książek.

Z Dalkey pochodzi Maeve Binchy, słynna irlandzka pisarka, autorka wielu powieści. W Dalkey mieszka także Van Morrison, a Enya i Bono w pobliskim Killiney.

 

Bray

o7PVpNl4AHf1HIZvBX

tII1tbl2B8HSykf5sX

blLRLvmEr6JvIk7KMX

uhAiDcDNR73wc7DrdX

Lt3OqEg7zTyOFuXLuX

vQjEiQkx5ePxUHmzDX

rwboU0bMn1yRhZyePX

GJcamkGUNal3bqIbfX

9xDNpX0v0ZlelG9M2X

BFxVgHZowhMDWtbkXX

KjdpuDsO6LNpis9LqX

nkyabcbwCRArDmfxYX

r34TVrFYn6PZ8pi3YX

aqiJQr5wtOs6dbndUX

7GVvOxRAyBW9kOtLWX

oJUYRtoWQ0F7DQUFPX

F1zVg1YLnVaUrRWtMX

NhOXjMCYu3U9hIssbX

UZJ2NWlRBCTDuNvEkX

es6gCcFOg96chDcLqX

jfcmKHIiEl7v6FhXkX

3J3dxjm2HPiZsgtKUX

4YR86CWIfHL7AHkQAX
uaVRzyatVVQoKpNyhX

 

 

 

 

 

 

 

 

Bray, po irlandzku Brédawnej Brí Chulainn. Wbrew temu co powiedziałam rodzicom (że mieszkam teraz na wsi), Bray jest na dziewiątym miejscu największych miast w Irlandii 🙂 (po Dublinie, Limeric, Galway, Waterford, Drogheda, Dundalk i Swords).

Historia Bray sięga epoki brązu. Przez wieki było małą wioską rybacką. Pod koniec XVIII wieku klasa średnia z Dublina zaczęła się tu przeprowadzać, by zażyć spokoju od miasta. W 1854 roku miasto zostało połączone z Dublinem koleją (DART). Od tego momentu Bray stało się jednym z ważniejszym kurortów nadmorskich w Irlandii. Po II wojnie światowej było częstym kierunkiem wakacyjnym dla turystów z Wielkiej Brytanii.

A Bray dziś? Wciąż jest bardzo popularne na nadmorskie spacery i lekkie trekingi. Ma lepsze i gorsze rejony, bibliotekę, klub żeglarski, kilka fajnych barów, klinikę metadonu, kilku bezdomnych, letni pokaz samolotów i starych samochodów i niezbyt porywającą główna ulicę (z kilkoma opuszczonymi budynkami). W Nowy Rok odbywa się tu tradycyjne pływanie w morzu. W tym roku, ze względu na złą pogodę impreza została przesunięta. Czasem idąc do pracy widzę konia zaparkowanego na osiedlowym trawniku. Wzdłuż drogi i na kawałku zachwaszczonego poletka, przez które codziennie przechodzę walają się śmieci, stary telewizor, butelki, rozwalona kanapa, dziecięcy wózek.

W pracy epidemia przeziębień, wszyscy kichają, smarczą i kaszlą, ja co dzień piję sok z cytryny i napar z korzenia imbiru. W bardzo zimne poranki zarząd dróg ostrzega by nie lać gorącej wody na zamarznięte szyby samochodów:)

 

 

 

takie tam

F3a0DrO3dnDbA6mGSX

U10XwTF4cH9Ha3QTwX

PZ6srFi2qyRwKydZQX

0AwbDTwXqwrBDyWswX

d0fo1Bei5yT5BLIB5X

T4t9GgVANRLCfmNbuX

0fLLcl1fxtCCpBiajX

aWbcZJyp6WldJgDoGX

h02XWCf0qMOdhYZoaX

9qqUoNHJ9YbjaramWX

J2i54lRSVHuLTj4W1X

 jL0bm25I4xKupPXrJX

1Ik6VaTQM9GcTnbLkX

HkniymlYRHnQsikshX

L8za2LFc3VIvfjTRdX

fp8ZFT6bWHrZDZm6KX

o1FbPNHn53x7TXEWWX

Jrb9X5cPYTfWqVShkX

hAWXuHovA473DYzu4X

24SaqAO7wmYkxfBqKX

MVsj4y6AIEIx0nCcAX

QwpZxrd87YxFarWokX

gg1bxizPh9V38KIibX

obH8zlCUNUTIPlo0hX 

Styczeń i luty upływają mi na powrocie do jakiegoś normalnego rytmu. Zapisuję się na jogę i wracam na próby mojego chóru. Jestem wolontariuszką w polskiej bibliotece, co daje mi okazje do ciekawych rozmów z ludźmi i przeszukiwania półek z książkami. Wciąż bardzo dużo czytam.

Z ponad miesięcznym poślizgiem piekę świąteczne pierniczki – to moja jedyna tradycja związana ze świętami. Poślizg spowodowany był koniecznością wyczyszczenia piekarnika, nieczyszczonego, jak mnie poinformowano – od 6 lat (obrzydlistwo).

W niektóre weekendy wybieram się na 23 km spacer do Graystones, trasa wiedzie po klifach.

W pracy cały czas mnóstwo roboty. Dodatkowo obserwuję zachowania innych ludzi, czasem zdumiewające. W końcu w widoczny sposób dni zaczynają się robić dłuższe.

Pogoda irlandzka, jednego dnia piękna wiosna, innego góry w oddali przysypane śniegiem, pada grad i tyłek przymarza mi do roweru.

Z koleżanką i jej znajomymi mamy powtórna wycieczkę po barach tapas, bo po poprzedniej ktoś był niezadowolony z jedzenia i firma zaproponowała drugą, za darmo. Jedzenie bardziej wyrafinowane, osobiście wolałam to z pierwszej tury. Jestem jedyną osobą w gronie, która nie je zwierząt. W pierwszej knajpce kelnerka wskazuje palcem na jedną z kanapek, mówiąc, że to dla mnie. Na kanapce coś pomarańczowego. Ktoś mówi, że to chyba coś z owoców morza, więc tego nie tykam. Kucharz mówi, że to burak, a gdy ktoś pyta czy to czasem nie jest wędzony łosoś, kucharz tę hipotezę też potwierdza 🙂 Koleżanka w ciąży nie ma obiekcji, po konsumpcji mówi, że była to piklowana dynia 🙂 Przewodniczka opowiada mnóstwo ciekawych historii o dawnych czasach w Dublinie.

Wspólnie z inną koleżanką odwiedzamy knajpkę, której wystrój spodobał nam się na zdjęciach. Menu dla mięsożerców, ale choć zupę mają wege. Na stacji kolejowej jakiś facet się awanturuje z obsługą, z impetem kopie plastikową informację o śliskiej podłodze (wykonaną z solidnego plastiku), która bardzo mocno uderza mnie w nogę. Mam nadzieję, że skończy się tylko siniakiem, bo irlandzka opieka zdrowotna to coś z czym nie chciałabym mieć nic wspólnego.

Dun Laoghaire, Co. Dublin

aAGvmb2nbbl3Dqqn7X

EOfSyVKk8JQbpBQUZX

sFSH2xlZ2q9rNb9vdX

sm21BaamPdna48AC8X

whZfyxOtjjzRoAMRnX

XOxJRjzSUIBetk7ANX

NDDH1XmIg1llCnzacX

ac5Gk20WDQEQw02zzX

eaykKCmbkDs7YqNVOX

q8pnE0Ar1ft4mezsFX

mF1Tumwf8OZzOgNs3X

ozYUOIQvcwWGiLYZ0X

sZjCrM1a72dZg2gFYX

22mgZinxAJRf83GLbX

pKwt7xb1Ub6LYA2dIX

Oq8WtwVjQJJACcWG7X

UJEhgwmxFkVwtOkMGX

X4UKS4arz7b94avSsX

aMc5cg4syInCbma22X

JaAY8o1Id6AVHUwcnX

 

Dun Laoghaire to nadmorskie miasteczko w Hrabstwie Dublin. Wiele lat temu pracowałam tu w dwóch hotelach, jako kelnerka. Do jednego z nich zajrzałam przy okazji wizyty w miasteczku. Przeszedł on ostatnio gruntowny remont, co mu tylko na dobre wyszło. Poprzednio gdy ktoś brał prysznic na pierwszym piętrze, w barze na dole trzeba było rozstawiać wiadra 🙂 Pogoda jest słoneczna. Spaceruję po molo, na końcu którego jest stara latarnia morska. Trwa jeszcze przerwa świąteczna, więc na ulicach nie ma zbyt wiele osób. Nie znajduję żadnej fajnej herbaciarni i z lekką niechęcią zamawiam mój ulubiony napój w amerykańskiej sieciówce. Przy głównej ulicy widzę część sklepów, które pamiętam sprzed blisko 10 lat. Rzuca mi się w oczy kilka opuszczonych budynków w centralnej części głównej ulicy. Taki widok można spotkać w wielu miastach i miasteczkach Irlandii.

 

Graystones, Co. Wicklow

ggZaaiEbFfq2w8zBlX

fYuObtdYEd5fmvDzdX

 

MrVHaivKAhOnqVymNX

XobrGRmVd0oIlKdFYX

vRSP1zNEaTZuPIgcIX

PNRno6qw0DgfROKrHX

rkzzxwpsthVIwW7jmX

Ylqi2aqfZDNX68iC1X

Sd86WhaME84cpCPigX

O0pwdWDQjPvanjv4bX

qxepUhTbbqzaw0L8qX

BwrrF4miM8QXYhBF8X

z9WgE4vZoFEntotTQX

Sc1P2SGJ0EJTOuGt5X

bp90MMlg1XgakPbHjX

NATTc06vFxICLPcf8X

d5CUT5P464Z3baWIdX

1n9E7bJwbqDzbPhu7X

0Mae5MdSIvQVDtjoDX

iq3hDCkSPs9cGALiaX

TZ1UbzGDIXoggLwRMX

Wr8OMH8uhBdd7IVQtX

aVAo1UZ4KvGJoaTXTX

w7SRfSD8a6yh6LT3aX

pJFTZAtqt4VUC6IbFX

ObtB1XDzZ0jlEEyoLX

XTCr64jNp666ErEY7X

Wi7lRJRbkfPY1qohCX

tS73jaxHJZPbVe1FoX

xzDMFunC9hsqaK5qqX

n5a8B0xp143nXCHIvX

3fQLaAkI7CtGxeBXvX

 

 

uCNDv5CzBayVhYkTbX

 

W czasie świąt wyleguję się w łóżku albo w wannie. Nadrabiam czytanie książek i oglądam świąteczne filmy: Love actually i Holiday. Rezygnuję z P.S. I love you, bo za bardzo na tym płaczę:) Jednego słonecznego dnia wybieram się na spacer po klifach do Graystones – małego nadmorskiego miasteczka. Kilku kilometrowa trasa ma w pakiecie cudne widoki, przejeżdżające w dole pociągi, puste plaże i zielone wzgórza. W Graystones przebudowa portu została już zakończona, no i niestety w pobliżu wyrosło jedno z tych odbitych przez kalkę osiedli. Sporo osób spaceruje, jest słonecznie i trochę wieje.

Świąteczny Dublin

Zkaa7tblS8dawywfOX

xYw9tL3OF6W3L3xntX

ozM1lrb6qePBlLrLVX

7aoN2ByH5WgVfpbvbX

561tZ522oprY0Fa9mX

AfK9FJtxWAgTIW35dX

ySNvNG634XB6yP1aBX

3N53m8hjiEgOemNF2X

A8gDHqISLiUN8VbLZX

3OJb2C9XqazVnaKwXX

Xl0KPrVCqL412N1B9X

9xYCQT6ocE9f2atOeX

NErEDBEErDmuQnqEOX

cbFEUtRv5v3mYEgdNX

AWlajt31PlOaBU84EX

JCYEAKdTHHbTi0XxwX

NF4uY3GuEx4Ay9zIdX

TUYsXVoahNAMw97IQX

SHfer4leTsOvboaY7X

0tmfaKnamrnffI6q5X

XCceiwwt8UVAuvZP1X

LtafHKhvEXaUO82piX

0VtQvej37b88MOPvzX

wH2rNUMcBbiQvCTT6X

USobVAurhsgp3PSIHX

CRDCmUWSweXc6budNX

 

 

 

 

Miasto pięknie udekorowane na święta. Dublin się rozbudowuje. W kilku miejscach kładą tory dla nowych linii Luas (tramwaj). Dźwigi wrosły w krajobraz miasta.

Robi się zimno, w niektóre ranki trawniki są zmarznięte. A następnego dnia może być 10 stopni i słońce.

Kinopolis – festiwal polskich filmów. Udaje mi się obejrzeć trzy: Powidoki, Planetę Singli i Ostatnią rodzinę. Każdy inny, każdy dobry, choć tematy (w dwóch z nich) ciężkawe.

Spotykam się z koleżanką w Phoenix Park. Idziemy na herbatę do Tea Rooms – uroczej białej knajpki. Potem podziwiamy w bliska daniele, których duże stado mieszka w parku. Niektórzy karmią je marchwią (choć z megafonu przejeżdżających obok strażników parku głos mówi, by ich nie karmić i nie podchodzić blisko), a głąby dają im czipsy. Potem idziemy na lunch do miejsca gdzie byłyśmy ostatnio i dostajemy najlepszy stolik w knajpie. Na koniec oglądamy dekoracje świąteczne na budynkach i znajdujemy wielokrotnie utytułowany – najpiękniej udekorowany dom w Dublinie.

Grudzień jest pod szyldem zapieprzu w pracy. Dlatego święta to czas tylko dla mnie, na to, na co akurat przyjdzie mi ochota.

W ostatni dzień pracy przed świętami nawiedza nas sztorm i najpierw bardzo wieje, a potem leje.

W pracy kris kindle (mikołajki), konkurs na świąteczny sweter i tańcząca choinka. Prezenty wręcza elf, a szef w rogach renifera i błyskającym na czerwono nosem robi zdjęcia.

Dublin

MVV6AgxCXHft4XliPX

OgbS3RI9it0gehIKKX

0xFPNInJ5MGVRyiMBX

9GHU25oKPbp3UJ5dPX

anVw0bcusWN2Mv2vTX

DeGCHZHj7a8SFgVtiX

9Tug6FSFv9TPKk7RyX

75V6xg2XZXO0w1jiSX

QXsSnkihdkfn2St1iX

y4LpymycqLhu1Aj0XX

PZyvHnnQZomrJ1pbaX

OfVEADlgJxUwnC7qyX

d9bE6lw4S9As9wdoVX

QL8jZJ5iXO34Leh8MX

Wybieram się do biblioteki, która jest w centrum handlowym. Wokół tłum ludzi objuczonych torbami, choć to dopiero koniec listopada. Miasto już od jakiegoś czasu jest świątecznie udekorowane.

Spędzam super dzień z koleżanką, odwiedzamy stare śmieci, gdzie kiedyś mieszkałyśmy i jemy obiad w pięknie, świątecznie udekorowanym pubie.

Sobotni wieczór spędzam ze znajomymi w jednej z moich ulubionych włoskich restauracji. Gdy ktoś z gości dostaje urodzinowy tort, reszta restauracji dołącza się do śpiewania happy birthday 🙂

Bray, Co. Wicklow

iwM7nHZSXF0iHVz2PX

za3xwHJmBjbCweBsEX

 mpk2ryayaXvaRQsKkX

RrnRZz84HpK3bT0KuX

M9ef4aHrd5rqKrjbwX

2EipdJ68AaMCdmrHUX

2nHbcIKPUfhmGOhTbX

 1beY35ksHrAu5x96KX

 ndR9vfBQo8dqWFWffX

1Mmcno1GJg5XhWYdJX

sdbaCqf87sorHmOjGX

4U6f5MPwDsNJFUemYX

XQFdvtLzQSc8rHB5oX

jExM9dByGpbBPTV9WX

cULTnJv3NvnGYhv4lX

J69dzuYVIA0ny3SkYX

TEvbcUy5vkIbwHucQX

yKHYOVbij2hEIG7YrX

k582suAakRb5weuQQX

EEDG2kyLi6uogtCzXX

vXZXiUdLmT8DQ7t4GX

l7a8p46nJ3kpmI8bcX

nRPCg9TWPZYN5J5DTX

g9AndEZarQeNlBQlsX

Wprowadzam się do nowego miejsca w Bray 3 dni przed rozpoczęciem pracy. Na jakimś forum znajduję faceta, który świadczy usługi transportowe. Mam niewiele rzeczy, ale ten transport wynosi mnie sporo mniej niż normalna taksówka. Kierowca jest Polakiem. Cała podróż trwa około 40 minut i większość drogi on albo zadaje pytania, których nie zadaje się obcej sobie, albo prezentuje swoją niezbyt ciekawą, pełną pogardy dla innych osobowość. Wypakowuję swoje rzeczy do nowego domu. On odjeżdża i po kilku minutach dzwoni, że może byśmy poszli na kawę. Dyskretną kawę, jak dodaje. Jak ktokolwiek, a zwłaszcza odrażający gościu, który ma żonę, pracującą na niego, by on mógł odnaleźć siebie, ma tupet by coś takiego proponować???

Mój nowy dom okazuje się pomyłką, o czym przekonuję się po 5 minutach. Jak mogłam nie zauważyć że tu jest tak brudno??? Przez kilka godzin sprzątam swój pokój i łazienkę i rozpakowuję nieliczne rzeczy. Problemem nie do pokonania staje się kuchnia, której się po prostu brzydzę. Gdy pytam o odkurzacz właścicielka domu zastanawia się przez chwilę, po czym wyciąga go spad sterty ciuchów. Odkurzacz nie ma tej plastikowej sztywnej rury ze szczotką, ale ona twierdzi, ze tej części nigdy nie było. Odkurzać trzeba więc w kucki. Po tygodniu i tak okaże się, że był to luksus który się więcej nie powtórzy, bo głupie dzieci właścicielki odkurzały kulki styropianowe – bez odkurzaczowego worka w środku. Odkurzacz kaput. Dom najczęściej wygląda jak po włamaniu, rzeczy walają się po podłodze, szafki w kuchni są zawsze otwarte. Przy stole nie można usiąść bo brudne skarpetki, brudne talerze i całe mnóstwo innych rzeczy się wala po blacie. No i dzieci. Jej zdaniem ciche. Moim, trudne do zniesienia. (Choć właściwie dla mnie większość dzieci zalicza się do tej kategorii.) W Halloweenowy weekend oglądam inne mieszkanie, i decyduję się tam za kilka dni przeprowadzić. W Halloween można tu zobaczyć czarownicę na przystanku autobusowym, albo zjawy spacerujące ulicą (tych akurat się boję).

W swoje urodziny zamiast skakać ze spadochronem i chodzić po górach w Nowej Zelandii jestem w pracy. Rano, gdy loguję się do systemu wyskakuje zapytanie, czy skoro są moje urodziny powinna tu być. Klikam – tak. Komputer zaczyna śpiewać happy birthday, a potem dołączają się współpracownicy:) Wieczorem pakuję się, bo to moja ostatni noc w domu u brudaski. Następnego dnia za to idę z koleżanką do Board Gais Energy Theatre – najnowszego i największego teatru w Dublinie. Bilety sponsoruje mój pracodawca :)Tym razem zamiast sztuki wyświetlany jest tu film Gwiezdne Wojny (2009) a muzykę zapewnia orkiestra. Wrażenia super. Muzyka jest cudowna, a film też mi się podoba. Jedyny minut to, że ludzie żrą popcorn, widać nie da się oglądać i nie jeść. Na sam koniec mała dziewczynka rzyga między rzędami foteli.

Nowy dom – cisza, spokój i czysto. Nowa praca jest super. Wszyscy mili, dobrze się pracuje. Ale po ponad dwóch latach przerwy, mózg mi czasem nie nadąża. W tygodniu po pracy tylko czytam książki i leżę w łóżku. W weekendy za to nadrabiam zaległości towarzyskie i miło spędzam czas z dawno niewidzianymi znajomymi.

Bray to małe miasteczko w Hrabstwie Wicklow. Leży nad morzem, na południe od Dublina. Jest tu słynna Bray Head – góra z krzyżem i cudnym widokiem na morze. Stąd tez można się wybrać na spacer po klifach.

Baltinglass, Co. Wicklow

hKCoWCUTxG9LVXQABX

DcrsduDBGBbqAo7ZBX

IMfv9rx2b6h8Tj6ByX

pzJTffix0A0rfEWchX

nkeIkTJLU4YgVkeHkX

qkwukWabjHBgsWhjGX

tTEKGqJMwcD81DSgxX

Baltinglass to małe miasteczko w Hrabstwie Wicklow. Tu teraz mieszka moja bardzo dobra koleżanka, z którą kilka lat temu dzieliłam mieszkanie. Przez miasteczko przepływa rzeka Slaney. Znajdują się tu ładne stare budynki i ruiny średniowiecznego opactwa. Widoki z okien koleżanki są imponujące, na rzekę i pobliskie wzgórza i pasące się konie.

Nadrabiamy dwu letnią rozłąkę przy butelce wina i jakoś nam się nie zbiera na spacery, poza wieczornym wyjściem na obiad do pobliskiej knajpy.

Dublin, Ireland

cDKY8HcULbNwmyPOKX

x2zLwyjlfeeBu6AUFX

VwvuXbLHPOWARly9bX

Wf5QQLwSHafKVefgsX

JV6ahxkm7gG16xXvsX

n6jZU5n2J6uftPzxCX

ap9x9pU9fZTWcuGrjX

hHmK3mo4KwjTdC5rtX

wFA59tbcJUzyq3k7kX

AY3MwHAmptcv4ox5FX

bceoOVQtVPjL42Pf6X

0hHczXOQK8w3gaiUkX

8tU9TrxgohD2s2TdOX

jGqxasmMpyImDOaDsX

CdtHyphfKbbf35tseX

PaIRbYUjBObouwWxEX

MOFLynNAcJEPo5GX7X

pF0L9WLxVHbljpWIFX

wDTpctYovEQKE3dEvX

3nxCa2Y1pb91COYmGX

pOZVqIGtqB8YaylrVX

trkFiEReXzUHpHQfsX

2z3VaszN2shnokSTKX

aFKM9ul3rAavvRkq9X

j43QqVkdhWFbW2hjLX

yBao0hQ0iUarXrOWLX

xDKbgNmTb7hVcKlEmX

B8WBrdwKFW4J95gTSX

6w4XhgLojzQcLNbChX

XZZp1emV1CtEqBLaJX

Xdl11XlbjI5EkTDomX

Yo74JbSWPb6WEWTR4X

LouDo23TbMYWq5uIsX

bRHBAG892asA1QBpCX

E5Z5ztGnuT3WSYk8TX

rBMTdHpjWxsHaSL70X

nhfPle9Ccfs8KooKBX

ZJLkjSutteEHdNNn2X

yNaK92y0tSqJazASjX

PIcMEF0RLaXSFV64TX

ps1xUB00aYk07KDQTX

lgfxgMWntXooKiEyyX

W Dublinie ląduję wczesnym popołudniem. Jest koniec września. Pogoda ok. Na lotnisku czeka na mnie koleżanka, która była tak dobra, że postanowiła mnie przygarnąć zanim się jakoś urządzę. Tego samego wieczora kurier przywozi moją paczkę. Ta edycja pobytu w Irlandii ma być minimalistyczna. Kierowca robi chamską uwagę na temat oddzielania ziarna od plew, gdy widzi, ze w portfelu mam złotówki i euro.

Następnego dnia wysyłam jedno cv i telefon mój dzwoni co chwilę. Agencja rekrutacyjna organizuje mi interview w dwóch bardzo dobrych firmach. Obie opcje będę oznaczać przeprowadzkę poza Dublin, by nie tracić czasu na dojazdy.

Kolejny tydzień jestem zajęta, bo każdego dnia mam rozmowę albo u potencjalnych pracodawców, albo w firmie rekrutacyjnej. Obie firmy zapraszają mnie na drugą rozmowę i obie potem chcą zaproponować mi pracę. Obie wydają się być świetne, a ja postanawiam kierować się swoimi przeczuciami i wybieram tę w małym, nadmorskim miasteczku niedaleko Dublina. Przy okazji jednej z rozmów oglądam pokój do wynajęcia, tylko 10 minut na piechotę od pracy. Nie wiem czy to świetny humor po świetnej rozmowie kwalifikacyjnej i obłędny zachód słońca, ale najwyraźniej niezbyt dokładnie przyglądam się domowi, w którym decyduję się zamieszkać. Pracę mam rozpocząć za tydzień, więc czas spędzam na łażeniu po mieście i oglądaniu dwa razy z rzędu Bridget Jones.

Po raz kolejny przekonuję się o nadzwyczajnie przyjaznym usposobieniu Irlandczyków. Gdy kierowca autobusu życzy mi powodzenia na rozmowie o pracę, gdy ktoś nadkłada drogi by zaprowadzić mnie w miejsce, którego szukam, wreszcie gdy zatrzymany na ulicy facet pędzi przez business park, by znaleźć firmę, gdzie za kilka minut mam spotkanie.

Przy pierwszej wizycie w sklepie widzę początek świątecznego szaleństwa (choć to dopiero koniec września). Zdarzało mi się widywać świąteczne gadżety już w sierpniu.

W wieczornym autobusie Polka drze się do telefonu, klnie jak szewc i komentuje mentalność Polaków per ”oni”.

Koleżanka pracująca dla bardzo znanej amerykańskiej firmy, z powodu przestojów w projektach, w godzinach pracy zajmuje się zbieraniem jeżyn z krzaków wokół biura. Wieczorami robi z nich dżemy.

Realizuję plan sprzed kilku lat i razem z inną koleżanką kupujemy bilety na viking splash tour – przejazd żółtą amfibią po mieście i pływanie po Grand Canal. To w czasie tej wycieczki dowiaduję się że miasto, w którym spędziłam tyle lat ma podziemną rzekę – Poodle, wpadającą do głównej rzeki Liffey.