Hangzhou

 

8BL0u7CsWXF7AyKuPX

cHSGMmUcvvOZe15tsX

fFWCBeuasNYbcB1VKX

0rQ9QYhgW2hEV7XJiX

qhVExF59Vyy0AqddbX

TIedU6H9Eu2ipcoBuX

1SQE2zhKdQwRBAT2oX

hgRd5RGsaXzUmLEyfX

GoD2mhJIo0Z5W4tLuX

s15j3sGK3J08NPf4uX

Hangzhou nigdy nie słyszałam dopóki kilka miesięcy temu w jednym z magazynów pokładowych w samolocie nie znalazłam artykułu z listą antycznych miast, które warto odwiedzić. Hangzhou było jednym z nich i tym sposobem wskoczyło na listę miejsc w Chinach które chciałam zobaczyć. Powstało 200 lat przed naszą erą, ale próżno tu szukać antycznych pozostałości, ja w każdym razie ich nie znalazłam. Najładniejsza część miasta znajduje się wokół jeziora Zachodniego. Jest tam wiele tras spacerowych i grobli. Nad samym jeziorem jest Pagoda Leifeng. Odpuszczam ją sobie i idę do Pagody Liuhe, położonej nad rzeką w pięknym parku pełnym miniaturowych kapliczek.

Spaceruję ulicą Hefang, Jest zamknięta dla samochodów i jest tam mnóstwo starych budynków. Większość została przerobiona na sklepy.

Na ulicy zaczepia mnie jakiś facet. Po krótkiej rozmowie zaprasza mnie na coś do picia i godziny mijają nam na rozmowie. To podróżnik, który zjeździł prawie cały świat. Gadamy oczywiście o podróżach, życiu, planach i marzeniach a także wyborach które każdy dokonuje.

W Hanghzhou kilka razy zdarza się, że samochody zatrzymują się, żebym mogła przejść, co zawsze mnie lekko szokuje. W Chinach ruch jest prawostronny.

McDonald staje się wybawieniem dla mojego herbacianego uzależnienia. Wprawdzie trudno go nazwać klimatyczną herbaciarnia, ale zatapiam się w książkach i nie zwracam na nic uwagi.

Wszystkie tanie bary nie serwują nic ciepłego do picia. Kiedy dopytuję o herbatę w najlepszym razie dostaję wrzątek, cóż dobre i to 🙂

Na jednej z ulic biegnącej wokół jeziora mijam salony samochodowe wszelkich najbardziej luksusowych marek świata. Chiny to potężny rynek i szybko bogacące się społeczeństwo.

 

Xi’an

QsMtQsnffnR3KgHFbX

cZoTFxnakNu02Wq1PX

6f2sUn7jtOJLb7Ou3X

zweeWeAcq5wlzQhfwX 

fGMp4j6LekaOc0idcX

VbppINF5uK9RjgWoWX

WnfoEMIUdbCZbXUWUX

yNUUexrAEYm0PTILXX

7qFkoPXntbnmpI2DmX

b1QqZ7CbbLRMxHntNX

y0e7l1ncPkad7ra7lX

W Xi’an zostaję kolejne dwa dni. Metodą prób i błędów odnajduję bankomat, który wypłaca mi pieniądze i jadę jeszcze raz po bilet. Potem spaceruję po kilku parkach. Przypadkiem znajduję wrotkarnię – czy jak tam się nazywa miejsce gdzie ludzie jeżdżą na wrotkach i rolkach. Po południu wybieram się na spacer po murach miejskich. Można na nie wejść każdą z czterech bram – po jednej na każdą stronę świata. Z murów podziwiam miasto. Oglądam olbrzymie bloki mieszkalne, te w stylu komunistycznym i te nowo powstające. Mają co najmniej 35 pięter. Zastanawiam się ile ludzi w nich mieszka. Gdy zapada zmrok rozświetlają się lampiony wzdłuż murów. Prawie całą 14 kilometrową trasę towarzysz mi cudna muzyka instrumentalna. Jest pusto. Więcej ludzi jest tylko wokół każdej z bram.

Następnego dnia wracam do wrotkarni. Wybieram wrotki zamiast rolek. Po jednym okrążeniu moje ciało przypomina sobie, że kiedyś jeździłam na rolkach i łyżwach. Z podziwem obserwuję umiejętności innych. O mało się nie przewracam gdy dwóch chłopaków jadących bardzo szybko tyłem pod prąd prawie na mnie najeżdża. Inni, próbujący jakieś triki hamują tuż przede mną, gdy już w panice macham rękami 🙂 Bawię się świetnie i po chwili mocno przyspieszam. Wychodzę gdy się robi gęsto (zawsze w sporcie najbardziej boję się innych ludzi), a mi pot cieknie po plecach. Co ciekawe, na parkiecie wala się trochę petów, a niektórzy jeżdżą z papierosami w ręku mimo że jest to zamknięty budynek.

Idę do parku położonego na tyłach dworca kolejowego centrum. Jest duży i ładny. Do części wstęp jest płatny, więc sobie odpuszczam, tak samo jak seans w pobliskim kinie. James Bond jakoś mnie szczególnie nie kręci, ale od Melbourne nie byłam w kinie. Cena biletu jest wyższa niż w Dublinie.

W Melbourne z dwójką kuzynów oglądałam film Everest. Historia prawdziwa, jakich wiele się wydarzyło w górach. Moi kuzynowie uważali, że wprawdzie to smutna historia, ale ci ludzie są w pewnie sposób sobie winni, bo przecież sami tam poszli. A ja z kolei podziwiam bohaterów filmu. Bo mimo tego, że żadne z nich nie zdobywało Everestu, żeby tam umrzeć, to podjęli ryzyko, żeby realizować własne marzenia. I moim zdaniem lepiej tak umrzeć, niż kwitnąc na kanapie przed telewizorem. Każdy ma swoje marzenia i czy jest to wejście na Everest czy para szpilek za tysiąc dolców nie nam to oceniać.

 

O tym jak nie dojechałam do Huang Shan

5evbEJMtaJldrYJ1sX

lZwDGVIuGmADiG7V2X

TJfiPw0NO18HRIlO9X

x0on98bPUl9ForyknX

qsxk9wk86rE6eOdPfX

Rano jadę na dworzec i kupuję bilet do Huang Shan. Napis Hua sShan uznaję za skrót, bo na bilecie nie ma zbyt dużo miejsca. Mam też rezerwację hostelową. Pociąg jedzie około 2 godzin. Przez zamglone powietrze patrzę na pobliskie góry. Po wyjściu z pociągu powinnam wsiąść w autobus numer 10. Dworzec wygląda jakby był położony na jakimś pustkowiu. Nie ma autobusu 10. Są za to busiki i każdy wskazuje, że mam tam wsiąść. Czuję, że coś jest nie tak. Busik po drodze mija kierunkowskazy na inny dworzec kolejowy, więc uspokajam się, że pewnie przed tym drugim dworcem znajdę odpowiedni autobus. Xi’an ma 2 linie kolejowe i z każdej z nich można było dojechać do tego miasteczka. Kierowca zatrzymuje się przy dużym pustym rondzie z kolumną w kwiatem lotosu na szczycie i ręką wskazuje mi, w którą stronę mam iść. Widoczność jest słaba przez mgłę. Wokół prawie nie ma ludzi a szerokie ulice są puste. Niedaleko jest jakby wjazd na autostradę, bo są jakieś bramki. Pytam napotkanych policjantów, ale nie mówią po angielsku.

Wracam na przystanek koło ronda i zagaduje ludzi. Nikt nie mówi po angielsku. Kiedy pierwsza łza spada po moim policzku jakaś kobieta wciska mi telefon do ręki. Po drugiej stronie młoda dziewczyna mówi po angielsku, że mam mówić wolno a najlepiej pisać wiadomości z telefonu jej Mamy. Wokół mnie robi się mały tłumek i jakaś policjantka rozmawia ze mną łamanym angielskim. W przewodniku pokazuję jej gdzie jadę. Ona wytrzeszcza oczy, tłumaczy innym i wszyscy wybuchają śmiechem. Potem śmieję się i ja, bo to naprawdę śmieszne, że przyjechałam do zupełnie innego miejsca. Dziewczyna z telefonu wyszukuje jak mogę dojechać z Hua Shan do Huang Shan.

W końcu jej Mama wsiada ze mną do innego busika i dojeżdżamy na drugi dworzec. Porozumiewamy się przez wiadomości jakie wysyłam do jej córki a ona tłumaczy. Dworzec jest nowiutki. To tędy wiedzie trasa szybkiej kolei. Najpierw pani z kasy mówi, że nie ma pociągu do Huangshan a potem chyba jakaś wyższa rangą pracownica wyszukuje połączenia ale jest bardzo drogie. To niej jest wielka odległość, ale może wymaga kilku przesiadek. Nie możemy się porozumieć, więc postanawiam wrócić do Xi’an.

Wcześniej rozważałam że mogę tu zostać. W Huang Shan są góry i tu też. Ale jest spora mgła więc widoki byłyby żadne. A poza tym transport publiczny wygląda marnie. No i nie mam jak zapytać jakby to wyglądało logistycznie.

Kupuję bilet powrotny do Xi’an na szybka kolej. Mam sporo czasu więc jem obiad w pobliskim barku. Potem 2 snickersy zapijam czymś a la fanta, na pocieszenie po tej przygodzie. Moi współpracownicy z ostatniej pracy pewnie nie wierzyliby własnym oczom – ich zdanie jadłam tylko marchewki:)

Na placu przed dworcem robię kilka zdjęć. Przychodzą policjanci i coś mówią i pokazują na dworzec. Myślę, że może się czepiają że zrobiłam mu zdjęcia, jako obiektowi strategicznemu. Policjant jednak bierze ode mnie aparat i robi mi kilka zdjęć na tle dworca:)

To pierwszy raz kiedy jadę szybką koleją. Pociąg który nadjeżdża ma piękny kształt. W środku całkowity zakaz palenia:) Siadam w wygodnym fotelu i po pół godzinie jestem w Xi’an na dworcu Północnym. Postanawiam odpuścić sobie Huangshan. Zostaję dodatkowe 2 dni w Xi’an. Teraz wiem, że na pewno będę chciała wrócić do Chin i będzie to część trasy, która powoli rysuje mi się w głowie. Będąc na dworcu chcę od razu kupić bilet do następnego miasta, które chcę odwiedzić. Dworzec jest nowiutki i nowoczesny. W kasie można płacić tylko jakąś lokalną kartą. Nie mam wystarczająco gotówki, więc biegam po kilku poziomach dworca w poszukiwaniu bankomatu. Okazuje się, że są tylko w strefie dla podróżnych oczekujących na pociąg. Muszę przejść przez kontrolę biletową. Nie mam biletu, więc pokazuję kartę do bankomatu. Pozwalają mi przejść. Hala jest wielka i dużo czasu znajduje mi zlokalizowanie bankomatów – sztuk dwie. Jeden ma menu tylko po chińsku a drugi nie chce wypłacić mi pieniędzy. To raczej nie wina mojego banku. Mimo znaczka VISA na bankomacie pojawi się napis oversees cards not supported.

Tego już trochę za wiele jak na ten dzień. Jak bumerang wracam do mojego hostelu, gdzie przyjaźnie mnie witają.

 

Xi’an and Terracotta Warriors

sSxHRRI8TTdrhpZ0zX

6y7BzOsmB4tsUI7kAX

 Ht2bbXb7dvm3q7nrjX

 d2vXiV9vb29OZyHnYX

lxgRGoIDxebFAQYJhX

IU78dasmKBsIgHVxPX

Co5vtNChtXUIwmFYZX

fN7Sc43q5udd2JFPMX

750we24FamhBxa6alX

1blzkLTOFaSgSyUY4X

E2FkBnZkaW7ibDT2HX

rHC4b9q57Pi5yD1JsX

SeoZL4gblpGjGQrwSX

qJpY3pbVCpAU2vlg8X

ucPJILFtDtr3S42JYX

Um9Zf8DuE233uZhLcX

FW1bhTAjafxY3bQwgX

8vbUVVdErVfobCjpkX

79ZxgPxqZZsUaoUC9X

wcFeMGdi6JFDPWdOeX

XwA2ztzRhuNFaFytmX

THDM9yOkiakqcWnteX

Xi’an to duże miasto. Jedno z tych chińskich miast, w których mieszka kilka milionów ludzi a nikt o nich nie słyszał 🙂 Ja na pewno nigdy o nim nie słyszałam. W Xi’an mieszka ponad 6 milinów. A przyjechałam tu bo w miasteczku oddalonym o 40 kilometrów jest terakotowa armia.

Przyjechałam pociągiem nocnym z Pekinu. Kupiłam bilet na najtańsze miejsce leżące i byłam mile zaskoczona bo wyposażone było w komplet pościeli. Bardzo bezpiecznie. Ciągle ktoś z obsługi się kręcił po wagonie. Jedynie co mi przeszkadzało, że ciągle ktoś kopcił przy drzwiach wejściowych i smród się roznosił, a moje łóżko było akurat przy samym wejściu.

W pociągu nie wiem w jakim celu pracownica wymienia mój bilet na jakąś plastikową kartę. Bilet dostaję z powrotem przed wysiadaniem. Przez 16 godzin wygodnie się wyleguję.

W Xi’an wsiadam w miejski autobus. Miły kierowca zatrzymuje się między przystankami, żebym miałam jak najbliżej do hostelu. Poznaję kanadyjską pisarkę i razem idziemy na obiad. Trochę pokazując na zdjęcia potraw a trochę wspomagając się kartką, ze nie jem mięsa zamawiam obiad. Potem idę na spacer po mieście. Podoba mi się bardziej niż Pekin. Gdy zapada zmrok niektóre budynki są pięknie podświetlone. W kilku miejscach widzę grupy kobiet tańczących jakieś układy. Panowie przyglądają się i podrygują w miejscu.

Ktoś w hostelu czyta artykuł, że w Chinach lepiej kogoś zabić niż zranić czy uczynić kaleką. W związku z tym zdarzają się czasem przypadki, że kierowca po potrąceniu pieszego, cofa i jeszcze raz go przejeżdża, lub wręcz jeździ po ofierze w tę i z powrotem. Jeszcze uważniej przechodzę przez ulice.

Następnego dnia jadę obejrzeć terakotową armię. To około godzina drogi autobusem. Do figur dokopali się chińscy rolnicy w 1974 roku, gdy kopali studnię. Od tej pory cały czas toczą się tam prace archeologiczne. Wygląda to imponująco. Figury wojowników i koni są naturalnej wielkości i jest ich 7,5 tysiąca. Wykonano je z wypalanej gliny. Armia została stworzona dla pierwszego chińskiego cesarza Quin Shi ponad 2200 lat temu. W czasie jego pogrzebu w 210 r p.n.e. cała armia została umieszczona pod ziemią i nakryta dachem. Z czasem dach się zawalił i wiele z figur zostało zniszczonych.

Terakotowa Armia znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa Kultury Unesco, a także jest uznawana z ósmy cud Świata.

W Xi’an odwiedzam Small Wild Goose Pagoda (Małą Świątynię Dzikiej Gęsi – w świątyni żadnego nawiązania do gęsi nie było) Bardzo mi się podoba. Można wejść na sam szczyt pagody i obejrzeć okolicę. Jest położona w małym parku i otoczona ładnymi budynkami.

Potem idę do Giant Wild Goose Pagoda (Wielkiej Świątyni Dzikiej Gęsi). Też jest ładna, ale mniejsza bardziej mi się podobała. Wstęp sporo kosztuje i dodatkowo trzeba zapłacić za wejście do pagody, więc sobie odpuszczam. Bilety wstępu kosztują więcej, najczęściej kilkakrotnie więcej niż noc w moim hostelu.

Z zewnątrz podziwiam Bell Tower i Drum Tower – pięknie podświetlone w nocy. Podoba mi się Muslim Quarter (Muzułmańska dzielnica) pełna wąskich, ciemnych uliczek i tętniący życiem jarmark uliczny tuż za Drum Tower. Meczet, a w zasadzie terem na którym jest położony jest piękny. Pełen ładnych budynków i słupów. Na tablicach wypisane są zasady wiary – zupełnie niepodobne do tego co dokonują islamscy terroryści.

W mieście dużo ludzi korzysta z parkowych siłowni, uprawia sporty, gra na różnych instrumentach, śpiewa i tańczy. To nie są żadne występy, ludzie w ten sposób spędzają wolne czas. Starsi panowie grają w gry planszowe. Widuję ludzi grających w karty (nie wiem czy na pieniądze). Ping pong i badminton też są popularne.

Xi’an spodobało mi się na tyle, że zostałam dłużej i niechętnie z niego wyjeżdżam.

 

Beijing

IMG_2323ddd1IMG_22641IMG_2295IMG_22371IMG_2159sssIMG_2194IMG_2238IMG_2366IMG_2343dddIMG_2258ddd1IMG_2302IMG_22821IMG_21911IMG_2386dddIMG_2188dddIMG_2261IMG_2296IMG_2340IMG_2319IMG_2245

To poczucie zagubienia to chyba lekki szok po 2 miesiącach spędzonych w krajach anglojęzycznych. Teraz znacznie lepiej się tu odnajduję 🙂

Rano spotykam się z poznanym wcześniej Amerykaninem i razem jedziemy obejrzeć świątynię Nieba. Jest otoczona parkiem. Jakiś chór śpiewa. Stoję zasłuchana i tęsknię za swoim chórem, który został w Dublinie. Świątynia jest ładna, nie można wejść do środka. Kręcimy się chwilę po parku, zaglądamy na kilka wystaw. Metrem jedziemy do Pałacu Letniego. Na którejś z kolei przesiadce gubimy się i już więcej nie spotykamy. Teren Pałacu jest ogromny. Widoczność bardzo słaba, to chyba mgła połączona ze smogiem. Wdrapuję się na sam szczyt wzgórza. Później łódką płynę do innej części kompleksu. Miła pani daje mi mandarynkę. Wypróbowuje na niej wszystko co umiem powiedzieć po chińsku.

Wzdłuż głównych ulic Pekinu ciągną się wszelkie luksusowe sklepy odzieżowe, kosmetyczne, samochodowe – cokolwiek kto sobie wymarzy. Z ciekawości zaglądam do jednej ze znanych sieciówek i okazuje się, że ceny są sporo wyższe niż w Europie.

W sklepie z tanimi ubraniami sprzedawczyni stojąc na środku obcina sobie paznokcie.

Już dawno nie wiedziałam tylu rozdartych bachorów co w Chinach. Ich rodzicami często są ludzie którzy nie mają rodzeństwa (dzięki polityce jednego dziecka). Nad tymi rozpuszczonymi gnojkami skaczą więc rodzice i dwa komplety dziadków.

Gdy w hostelu rowerzysta z Francji rozwiesza swoje ubrania (chyba tylko do wywietrzenia) a Chińczykowi wydaje się, że palenie w toalecie (która jest w naszym pokoju) jest ok, to żałuję, że nie mam maski gazowej.

Następnego dnia znów spotykam się z koleżanką. Tym razem dokładnie wiem gdzie i się nie spóźniam ani nie błądzę. Idziemy do restauracji z hot pot. Dostajemy fartuchy, mi dają coś do związania włosów, dokładnie nakrywają nasze kurtki i torby. I możemy zacząć gotować 🙂

Na środku stołu lądują dwa rodzaje zup i w nich gotujemy różne warzywa i makarony. Bardzo dobre. Potem jadę na dworze i kupuję bilet do Xi’an. Ostatniego dnia w Pekinie, jeszcze w łóżku, czytam wiadomości i nie mogę uwierzyć. Chłopak z Francji płacze. Czy to się kiedyś skończy? Paryż to było pierwsze miejsce gdzie pojechałam sama.

Idę na spacer wokół jeziora, które jest blisko mojego hostelu. Wokół mnóstwo hutongów. Jest sobota i sporo osób spaceruje. Bardzo przyjemne miejsce.

Po południu zbieram manele i jadę na dworzec. Przy wejściu na dworzec sprawdzają bilety i skanują bagaże. Potem trzeba iść do właściwej poczekalni i dopiero jak na wyświetlaczu pojawia się mój pociąg, znów ktoś sprawdza mi bilet i mogę zejść na peron. Na teren dworca wpuszczani są tylko podróżni – bez biletu się nie wejdzie. Perony są pusty. Dopiero kiedy nadjeżdża pociąg to można zejść na peron po raz kolejny pokazując bilet.

 

Great Wall and Beijing

IMG_21161IMG_19211IMG_1990ddd1IMG_19471IMG_1988dddIMG_2051IMG_2116IMG_1989sssIMG_18761IMG_1985IMG_2083IMG_1975dddIMG_2076IMG_1991dddIMG_2139dddIMG_2058IMG_1971IMG_1957dddIMG_20611

Poddaję się i na Wielki Mur Chiński jadę ze zorganizowaną wycieczką. Najpierw odwiedzamy miejsce pochówku cesarza Zhu Di – trzeciego cesarza z dynastii Ming. A właściwie to niezupełnie, bo on i jego żona pochowani są w górach za grobowcem. Wszyscy zaangażowani w pogrzeb zostali zabici, by miejsce to pozostało tajemnicą. Później jak to na wycieczce, wizyta w państwowym wielkim sklepie w wyrobami z kamienia nefrytu. Potem lunch i w końcu jedziemy do Badaling. W tym miejscu Wielki Mur jest chyba w najlepszym stanie, po rekonstrukcji. W wielu miejscach Mur jest w totalnej rozsypce. Wielki Mur wije się przez wzgórza i góry. Jest to piękny widok, bardzo malowniczy. W drodze do Badaling mijamy wiele wzgórz. Te blisko autostrady toną w jesieni, te dalsze w smogu zmieszanym z jesienną mgłą.

Na miejscu nie mamy zbyt dużo czasu więc na Mur wjeżdżamy kolejką. Łącznie Mur ma ponad 8,5 tysiąca kilometrów długości. Na to składa się w większości mur wzniesiony ludzkimi rękami, ale także bariery naturalne jak wzgórza i rzeki. Mur był budowany kilkukrotnie. Każdy mężczyzna, stary czy młody musiał brać udział w budowie. Jak to przy takich przedsięwzięciach, bardzo dużo ludzi straciło tam życie. Nie ma jednak żadnych cmentarzy wokół. Ciała zmarłych zostały wmurowane w Mur.

Na początkowym odcinku przy górnej stacji kolejki jest dość tłoczno. Wystarczy jednak trochę się oddalić by napawać się widokiem w samotności. Ze względu na swoje położenie Mur w wielu miejscach jest bardzo stromy, dużo schodów i pochyłych płaszczyzn. Dość śliskich. W deszczu pewnie prawie nie do przejścia.

Niestety smog przemieszany z jesiennym mało przejrzystym powietrzem sprawiają, że widoczność jest kiepska. Może wrócę tu jeszcze w lepszej porze roku.

Wielki Mur Chiński jest na liście Światowego Dziedzictwa Kultury Unesco a także jest na liście 7 Nowych Cudów Świata.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się na ceremonię i degustację herbaty, gdzie potem namawiają na zakupy. Ach, te wycieczki.

Wieczór spędzam w towarzystwie amerykańskiego kardiologa, pijąc piwo w hotelowym lobby, jedząc na ulicy owoce kaki wyglądem i wielkością przypominające dorodne pomidory i kończąc na snack street.

Moda uliczna to najróżniejszych kolorów maski na twarz i czapki uszatki z czerwoną gwiazdą na czole.

Uwaga na Chinki mówiące dobrze po angielsku, zaczepiające na ulicy i proponujące wspólną kawę czy herbatę. To naciągaczki.

 

Beijing (Pekin), China

IMG_1883IMG_18361IMG_1701IMG_1882IMG_1700dddIMG_1784dddIMG_18951IMG_1833sssIMG_1858IMG_1724IMG_1729IMG_1885IMG_17801IMG_1752IMG_1881IMG_1890dddIMG_1722IMG_1742dddIMG_1815ddd1

Jest 3 rano w Auckland gdy wstaję. Po pół godzinie wychodzę na przystanek autobusowy, muzyka jeszcze dudni w niektórych klubach, a po ulicach snują się grupy podpitych facetów. Jadę na lotnisko. Przy odprawie paszportowej celnik się pyta czy miałam udane urodziny 🙂 W samolocie nowozelandzkiej linii instrukcja bezpieczeństwa wyświetla się na ekranie w formie teledysku do muzyki z Men in Black 🙂

Przesiadka w Sydney. Idę do mojej bramki i proszę pracownicę chińskich linii lotniczych o wydrukowanie biletu, bo w Auckland nie mogli mi wydrukować biletu na ten lot. Ona mówi, że lot jest już zamknięty. Gdzieś dzwoni. Przychodzi jakiś facet i coś grzebie w systemie. Za mną staję facet, który mówi, że zgubił swój bilet na lotnisku. Słyszę jak pracownica linii mówi, że czekają jeszcze na pasażera, który na lotnisku zgubił swój paszport i musiał się wrócić do odprawy paszportowej po jakieś zaświadczenie. W końcu udaje im się otworzyć lot i mam bilet w ręku. Lot na trasie Sydney – Beijing to prawie 15 godzin, łącznie z około dwugodzinnym międzylądowaniem.

Z latania to lubię start, lądowanie i turbulencje. Długie loty nie należą do moich ulubionych. Prawie całą drogę czytam książkę.

Na lotnisku w Nanjing gdzie jest międzylądowanie nikt nawet nie pyta gdzie zamierzam się zatrzymać. Tego się obawiałam, bo nie wydrukowałam sobie rezerwacji. Gdy jeszcze w Melbourne występowałam o wizę do Chin musiałam przedstawić rezerwację na cały pobyt. Jak dostałam wizę to rezerwację zmieniłam na 4 dniową:) Przy prześwietlanie bagażu podręcznego celnik przeszukuje moją torebkę w poszukiwaniu zapałek których nie mam. Pudełko z tamponami ogląda wnikliwie, otwiera i natychmiast odkłada do torebki:)

Dochodzi północ gdy ląduję w Pekinie. Kiedy z bagażem opuszczam lotnisko słyszę wokół siebie tylko taxi, taxi. Bankomat na lotnisku znów mi robi problemy i zaczynam nienawidzić swojego banku. Jacyś faceci proponują kurs po rzekomo niskich cenach. Nie jestem na tyle zdesperowana, żeby skorzystać. Ostatecznie taksówka z licznikiem wybija połowę okazyjnej ceny lotniskowego naciągacza, jednak dowozi mnie nie do moje hostelu. Mówię kierowcy, że to nie tu ale on tylko się uśmiecha i gestem ręki pokazuje że to tu. Po kilku minutach takiej wymiany uwag werbalno niewerbalnych poddaję się i wysiadam. Recepcja tego hostelu jest jeszcze otwarta, chłopak pokazuje mi na mapie gdzie jest mój hostel. Gdy wychodzę mówi, żebym uważała na siebie. Dochodzi pierwsza w nocy. Gdy idę przez ciemne ulice to mam wrażenie, że wszystkie lekcje które dał mi Wszechświat poszły chyba w las. Na końcu jednej z ciemnych uliczek jest jakiś dziwny hotel, ale recepcjonistka nie wie gdzie jest mój hostel. Jestem bardzo zmęczona, bo to już druga noc gdy prawie nie śpię. Jest mi zimno. Przypomina mi się dzień sprzed kilku lat – mój pierwszy dzień w Indiach. Pod koniec dnia tylko jedno pytanie miałam w głowie – what the fuck I’m doing here??? Więc wiem, że jutro będzie lepiej, ale dziś ogarnia mnie frustracja. W końcu na ulicy widzę jakiegoś chłopaka. Jest odwrócony plecami gdy mówię excuse me. Odwraca się i to nie Chińczyk 🙂 Uff. Hiszpan, który uczy się chińskiego. Odczytuje mój adres zapisany po chińsku, pyta kogoś i łapie mi taksówkę. Po kilku minutach jestem w hostelu. Jest druga w nocy.

Rano (jest niedziela), ktoś mi mówi, że w poniedziałki Zakazane Miasto jest zamknięte. Więc zbieram się i jadę. Z kartką z napisanym po chińsku adresem. Pekin tonie w barwach jesieni. Zupełnie jakbym w ciągu kilkunastu godzin lotu odbyła też podróż w czasie. Z wiosny do jesieni.

Wsiadam do autobusu i kieruję się w stronę kierowcy żeby zapłacić za bilet. Ktoś krzyczy. Odwracam się i widzę panią, na specjalnym stanowisku w autobusie, która sprzedaje bilety. Bilet kosztuje 2 yuany. Najmniejszy banknot jaki mam to piątka. Pani zaczyna krzyczeć i ludzie wokół mnie przeszukują kieszenie. Ktoś mi rozmienia pieniądze 🙂

Zakazane miasto jest tuż przy placu Tienanmem, za Bramą Niebiańskiego Spokoju z wielkim portretem Mao na froncie. Kupuję bilet i spaceruję wokół imponujących budynków. Niestety do większości nie można wejść. Podziwiam więc architekturę i kolory. Zakazane Miasto jest ogromne. Nie udaje mi się zobaczyć wszystkiego. Zaliczam kilkukilometrowy spacer do przystanku autobusowego. Po drodze z daleka oglądam chyba codzienną uroczystość zdjęcia flagi na Placu Tienanmen. Gdy z kartką w ręku docieram do hostelu to czuję moc:)

Następnego dnia jadę w to samo miejsce. Najpierw długo spaceruję przez upatrzony poprzedniego dnia Park Zhongshan. Chyba w tym parku odnajduję radość z bycia w Chinach. Spaceruję i  uśmiecham się do ludzi, bo to najbardziej uniwersalny z języków. Potem idę na Plac Tienanmen. Jest wielki. Z jednej strony jest ogromny gmach Muzeum Historii i Rewolucji Chin z drugiej Wielka Hala Ludowa. Na środku jest Mauzoleum Mao. Wejście bezpłatne. Jest już zamknięte ale specjalnie mi nie żal 🙂 Na tyłach placu jest Qianmen – brama Pekinu. Piękna, wielka budowla. Gdy kręcę się tam podchodzi jakiś lokals i nienagannym angielskim pyta skąd jestem. Wie, że II Wojna Światowa zaczęła się od ataku na Polskę. Pyta o moje plany na zwiedzanie Chin. Zegnamy się i po chwili nie mogę go wypatrzyć choć wokół było niewiele osób. Na Placu nie ma żadnej tablicy upamiętniają (cej ofiary masakry, która się tam odbyła.

Ciemno robi się już koło 17 tej. Chodzę po mieście. W McDonaldzie pokazuje palcem na rysunek herbaty. Na ścianie napis perfect moment. Może i tak 🙂 Przez przypadek trafiam na jedną ze snack street. Oglądam grillowane larwy, małe koniki morskie, ośmiornice. Z przerażeniem zauważam, że małe skorpiony czekające na swoją kolej na grillu, są nabite żywcem na patyki. Ruszają nóżkami i ogonami. Kupuje pieczone kasztany. Ponoć najlepsze są na Placu Piggale, ale tam sprzedawca nie chciał mi sprzedać jednego na spróbowanie. Tym razem ryzykuje i kupuję całą torebkę. Całkiem dobre. Z okna autobusu widzę spacerującego psa w ubraniu i butach.

Kolejnego dnia spotykam się z koleżanką. Nie udało nam się spotkać w Delhi, bo choroba mnie zmogła. Ona zdążyła się w tym czasie przeprowadzić do Pekinu. Wychodzę z hostelu odpowiednio wcześnie. W ręce kartka z adresem po chińsku. Mimo to ktoś kieruje mnie w zupełnie inna stronę. Błąkam się po różnych ulicach, pytam różnych ludzi. Chiny bez chińskiego łatwe nie są. Na spotkanie docieram spóźniona godzinę, ze łzami w oczach. Siedzimy w fajnym miejscu – Bookworm (mól książkowy), połączeniu księgarni, biblioteki i kawiarni. Potem jadę do Lama Temple a następnie kręcę się po uliczkach z hutongami. To tradycyjne chińskie domy. Parterowe i małe. Nie ma w nich łazienek, więc po drodze mijam wiele publicznych toalet.

Wygląda na to, że pieszy na pasach i na zielonym świetle nie ma jednak pierwszeństwa. Mam wrażenie, że kierowcy widząc przechodzących przez ulice wręcz przyspieszają. Mniejsze ulice przechodzę więc po irlandzku – tam gdzie mi pasuje, jak krowa po polu (uważając oczywiście na samochody). Wielopasmowe, tak jak w Indiach, razem z innymi pieszymi. Samochód może nadjechać z każdej strony, często pod prąd. Staram się jednak nie denerwować w myśl zasady kto jest bez winy…itd. Po kilku latach prowadzenia samochodu w Irlandii wjechałam pod prąd samochodem Taty na wielopasmowe rondo na Bielanach. Na swoją obronę mam to, że byłam pierwsza do skrętu i gdy światło się zmieniło wjechałam na rondo tak jak to robię w Irlandii. Nadjeżdżający z naprzeciwka kierowcy byli chyba w szoku, nikt nie trąbił, zatrzymali się i czekali, aż zawrócę.

Chiny a właściwie Chińska Republika Ludowa to państwo w Azji Wschodniej. Powierzchnia to 9.6 mln km2 – 3 największe państwo na świecie. Populacja pierwsza na świecie – prawie 1.4 miliarda ludzi.

Pekin jest stolica Chin od 850 lat. A cała historia Pekinu to 3000 lat. Populacja to około 20 milionów. Największe miasto w jakim byłam do tej pory. Pekin to najbardziej zanieczyszczone miasto na świecie. Smog oplata go przez większość dni w roku. Wiele osób nosi maski na twarzach. Mieszkańcy ochoczą dołączają się do zanieczyszczenia kopcąc wyjątkowo podle cuchnące papierosy.

 

Auckland

IMG_1664IMG_1659IMG_1628dddIMG_1674dddIMG_1619fffIMG_1622dddIMG_1662IMG_1669dddIMG_1670dddIMG_1666dddIMG_1644dddIMG_1639IMG_1624IMG_1617IMG_1647IMG_1648fffIMG_1629ddIMG_1641

Auckland to największe miasto Nowej Zelandii. Jest położone na północy północnej wyspy między morzem Tasmana a Oceanem Spokojnym. Miasto jest ładne, ale szczególnie po pięknych miejscach jakie oglądałam przez ostatnie dni, raczej nie rzuca na kolana. Spędzam tu tylko jeden dzień. Kręcę się trochę po mieście, większość czasu siedzę w parku Victioria i czytam książkę. Hostel jest centrum. I nawet dają darmowe obiady:)

Pranie i suszenie ubrań kosztuje 10 dolarów, więc stwierdzam, że będę chodzić w brudnych. A przynajmniej do czasu następnego przystanku 🙂

Wieczorem siedzę nad zatoką i patrzę na żaglówki.

 

Queenstown

IMG_1516IMG_1540IMG_1513IMG_1480IMG_1465fffIMG_1523IMG_1527IMG_1498IMG_1509IMG_1567dddIMG_14941IMG_1462dddIMG_1608IMG_1577IMG_1460IMG_1489ddd

Do Queenstown dojeżdżam po południu. Pogoda jest piękna. Robienie zdjęć zostawiam jednak na następny dzień. Jestem strasznie zmęczona. Lokuję się w najtańszym hostelu w mieście. Za to widok z okna jest wart milion dolców. Dziewczyna z recepcji daje mi klucz do dorm, ale nie pasuje on do zamka. Schodzę jeszcze raz do recepcji, dwa piętra w dół i dostaję nowy klucz – ten też nie pasuje. Schodzę jeszcze raz, tym razem wściekła i mówię, że ma mi przynieść dobry klucz na górę. Po chwili ona przychodzi z kluczami, żaden z nich nie pasuje. Pojawia się chłopak, który jest z tego pokoju. Otwiera drzwi i okazuje się że wszystkie łóżka są zajęte. Dzięki temu, za tę samą cenę dostaję łóżko w mniejszym dorm.

Hostel jest ok, czysty, wbrew temu co było w opiniach w necie. Ludzie w hostelu wydają się mili, ale kiedy przysłuchuję się rozmowom to sama nie wiem. Głównym tematem jest seks, i to kto z kim go uprawiał w hostelach a także, kto widział innych uprawiających seks w dorm. Spałam w wielu hostelach, w różnych krajach, na różnych kontynentach i na szczęście jeszcze nigdy nie widziałam ludzi uprawiających tam seks. Jeden chłopak opowiada jak to po pijaku chciał wejść do łóżka dziewczyny która mu się podobała (nie wspominał, czy on się jej też podobał), zapomniał, że tego dnia ona opuściła już hostel i inny chłopak, który spał w tym łóżku nie był zachwycony tymi zalotami. Miła dziewczyna, z którą dzielę dorm opowiada mi, że chwilowo spotyka się z chłopakiem, który z randki w barze wyszedł niby do toalety, a tak naprawdę wrócił do hostelu nie mówiąc jej o tym. Ku mojemu zdziwieniu według niej nie był to powód, żeby z nim zerwać. Zwierza się ponadto że z jednej strony chciałaby mieć chłopaka i normalny związek, ale z drugiej strony nie będzie to proste skoro sypia z kim popadnie. Czuję się, jakbym wylądowała w jakiejś równoległej rzeczywistości.

Pierwszego dnia w Queenstown pada od rana. Chmury przykrywają góry. W zasadzie się cieszę, bo wciąż jestem zmęczona. Poza tym chyba przewiało mi szyję podczas skoku. Śpię do 10. Przez większość dnia czytam książkę. Po południu idę na spacer po mieście. Jest pięknie położone na zboczach gór otaczających jezioro Wakatipu. Kręcę się po mieście, potem idę do ogrodów, położonych nad brzegiem jeziora. Im dalej na południe południowej wyspy tym zimniej. Wiosna nieśmiało się tu zaczyna. Kwitną tulipany, pachną bzy i świeżo skoszona trawa. Obserwuję parę kaczek doglądających swoje dzieci. Przyglądam się różnym ptakom. Widzę jak męska kaczka napastuję żeńską, ale tej się to nie podoba i z głośnym kwakaniem i machając skrzydłami przegania niechcianego zalotnika :)Drzewa mają ten zarezerwowany dla wiosny odcień zieleni.

Nad brzegiem jeziora jest pomnik poświęcony nowozelandzkim żołnierzom, którzy zginęli w czasie pierwszej i drugiej wojny światowej. Prawie każde, miejsce, które odwiedziłam w Australii i Nowej Zelandii, ma taki pomnik. Przez to że formalnie głową obu tych państw jest monarcha brytyjski, muszą one wysyłać swoich żołnierzy, by walczyli w nie swoich wojnach. I gdyby (mam nadzieję, że to się nie zdarzy) Wielka Brytania toczyła nowe wojny, to żołnierze z obu tych krajów zasilą szeregi by walczyć o Koronę. Kiedy rozmawiałam z jednym z Australijczyków, dlaczego nie pozbędą się formalnego zwierzchnictwa Zjednoczonego Królestwa, to powiedział, że dla nich to też jest to jakaś gwarancja bezpieczeństwa. Oba te narody są małe jeśli chodzi o populację, i gdyby jakieś nieszczęście się zdarzyło to liczą na to że Brytyjczycy przemierzą świat by ich bronić.

Następnego dnia są moje urodziny. Ze względu na różnicę czasu (12 godzin z Polską) w tym roku są rozciągnięte na 2 albo i 3 dni 🙂 Już rano czekają na mnie miłe maile od bliskich. Wszechświat robi mi prezent i pogoda jest znacznie lepsza niż poprzedniego dnia. Słońce przebija się przez chmury. Wybieram się na Queenstown Hill – 907 mnpm. Trasa wiedzie przez las, a potem ścieżka wspina się coraz wyżej po otwartym terenie i panorama miasta, jeziora i gór jest jak na dłoni. Gdy jestem na szczycie chmury się rozwiewają. Poza Christchurch Nowa Zelandia uraczyła mnie przepięknymi widokami, i tym razem nie jest inaczej. Robię dużo zdjęć, choć one nie oddają piękna tego miejsca. W drodze powrotnej spotykam Irlandkę z Dublina, więc rozmawiamy co tam słychać na Zielonej Wyspie.

Obserwuję jak z innego wzgórza startują paralotniarze. Piękne 🙂

Dostaję mailem certyfikat ze skoku ze spadochronem. W czasie swobodnego spadania osiągnęliśmy prędkość 200 km na godzinę 🙂

Wieczorem idę na piwo z dwoma fajnymi koleżankami z hostelu i w ten sympatyczny sposób kończę ten miły dzień. Dostaję mnóstwo życzeń od rodziny i znajomych, bardzo to miłe 🙂

W mojej rodzinie 4 listopada to znacząca data, bo tego dnia urodziły się także moja Babcia i Ciocia.

Mailem dostaję certyfikat za skok ze spadochronem i wiadomość, że w ciągu swobodnego spadania mieliśmy prędkość 200 km na godzinę. Nic dziwnego, że mi szyję przewiało 🙂

Wanaka

IMG_1273IMG_1360skydivewanakanz00041dddskydivewanakanz00043dddIMG_1280IMG_1286IMG_1402IMG_1295IMG_1404IMG_1393IMG_1348IMG_1304IMG_1320IMG_1329dddIMG_1385IMG_1333IMG_1247IMG_1355IMG_1293ddd

 

Autobus dojeżdża do wsi Tarras. To tylko kilka budynków. Kierowca autobusu pyta czy ktoś z pasażerów chciałby tu mieszkać:) Kierowca wysadza mnie przy drodze na Wanakę. Stąd muszę złapać stopa, bo cena za bilet autobusowy na dystansie 30 km jest zaporowa. Kierowca autobusu radzi mi wystawić nogę na wabia. Skrzyżowanie jest całkowicie puste. Droga na Wanakę wiedzie przez pola, nie ma tam żadnych budynków. Pierwszy nadjeżdżający kierowca uśmiecha się przez szybę, ale nie zatrzymuje. Drugi zatrzymuje się. Dobra skuteczność, nawet 5 minut nie czekałam (i nie wystawiałam nogi). Miły chłopak z Niemiec podróżujący furgonetką od kilka miesięcy po Nowej Zelandii dowozi mnie do samego miasteczka.

W supermarkecie jest dużo poprzebieranych ludzi i przypominam sobie, że dziś Halloween.

Wieczór spędzam rozmawiając z rodzicami przez Skype’a i staram się nie myśleć o tym co zrobię jutro.

Rano odbiera mnie z hostelu samochód z firmy organizującej skoki ze spadochronem. W hangarze na mini lotnisku najpierw formalności a potem mogę już założyć kombinezon. Nawet się chyba nie denerwuję 🙂 To tak właśnie zamierzam uczcić moje urodziny, które będę za parę dni. Razem ze mną do samolotu wsiadają jeszcze 4 inne osoby, plus instruktorzy i kamerzyści. Samolot rusza, za 15 minut jesteśmy na wysokości 12000 stóp. Ja skaczę pierwsza. Już w samolocie mój partner tandemowy przypina mnie ciasno do siebie. Za chwilę drzwi się otwierają i siedzę na krawędzi. Czy się boję? Nie pamiętam 🙂 Zresztą to już nie czas na strachy. Wypadamy, bo to nie jest skok:) Pęd powietrza zatyka mi noc i nie mogę oddychać. Uczucie, jak kiedy mi się śni że skądś spadam. 45 sekund swobodnego spadania w różnych pozycjach. Po chwili mój partner otwiera spadochron. Zwalniamy i mogę już oddychać. On luzuje trochę linki i jest mi znacznie wygodniej. Widoki niesamowite. Jest piękna pogoda, na niebie ani jednej chmury, widoczność 100%. Oglądam góry i jeziora, maleńką z tej wysokości Wanakę. To takie trochę nierealne, jak oglądanie filmu. Lądujemy miękko na tyłkach.

Potem oglądam jak wyskakują inni. Z ziemi samolot wygląda jak mały punkcik. Na pamiątkę dostaję zdjęcia i film.

Resztę dnia spędzam na wędrowaniu po szlaku wokół jeziora Wanaka, aż do Glendhu Bay (zatoka). Widoki na piękne góry, ośnieżone szczyty, ścieżka wiedzie przez wzgórza, na pastwiskach pasą się owce. Z Glendhu Bay łapię stopa do Wanaki.