Dawei, Myanmar

vAIcqnaF85vUpRPIZX
6Q3XTdbZK45U2LTfxX
7BoKrmNBbEBQ3x14QX
05heCEdl1NEnw7t30X
YViAB8163bREq9NhxX
TUwApI7e5xOWxT7TsX

CYVihEPa1n299B5tsX

LmQqXynH1kVvFE5nCX

RJdjwUnmG8UGmS0RuX

8c10hAGS8rmNSascaX

2z9jR7k9xujr3fVkVX

JdJGayLhzLnyEsDssX

bTwCca6xLEeCF5draX

8zMyaP8azlaBxce2MX

v2lm5XxnIma7DJHGwX

HkM4LWk3tLjtbzAlNX 

08JEAqZ7y6pyKceDaX

YbbjhSRiDJq8TbQLcX

RYxEbccWi3PsW1i9QX

NPmBRJtaz5ZJhgIdzX

1vdCI1DabY4yt6AEzX

Dyp07AfCWOyG1jTivX

2l5UBguCnYMU6DrILX 

W1fx5JbKneyBHDyiEX

JUPOLFVXxebDNTP5qX

cfOaCZMWkmpY1UnpdX

OUVSSXa1QDLHTEutJXPorannym autobusem z Kanchanaburi dojeżdżam do granicy z Myanmar. Na granicy spotykam Hiszpana Eduardo. Mimo, że w internecie czytam by nie kupować biletu na autobus do Dawei na no mans land (pasie ziemi pomiędzy dwoma granicami) pod jego wpływem płacę 800 bathów (co później okazuje się dwu krotnością tego co powinnam zapłacić za bilet). Autobus zawozi nas do posterunku granicznego po stronie Myanmar i formalności zajmują może 2 minuty. Nie ma żadnych „dodatkowych” opłat. Kierowca dowozi nas do przydrożnej jadłodajni i mówi że mamy czekać 5 minut. Po jakichś dwóch godzinach przypominam sobie, że cierpliwość nie jest moją mocną stroną i natarczywie zaczynam dopytywać kierowcę, kiedy ruszamy. On się plączę w zeznaniach. Mówi, że na kogoś czekamy, ale że nie ma zasięgu w telefonie i nie może się dodzwonić. Mówi, że za trzy minuty ruszamy, potem okazuje się, że miał na myśli 30 minut. Potem dostrzegamy go jak powolnie je sobie obiad. W końcu ruszamy. Po kilku minutach zatrzymujemy się w punkcie kontrolnym przy drodze, gdzie kierowca musi pokazać jakieś kwity. Do naszego samochodu wsiada kobieta, która jednak wysiada po kilku minutach jazdy. Wolę nie dopytywać czy to na nią czekaliśmy prawie 3 godziny. Droga jest w koszmarnym stanie. Każdy samochód wzbija tumany kurzu. Ileś razy musimy się zatrzymywać w punktach kontrolnych. Raz musimy pokazywać paszporty. Urzędnik dopytuje skąd jest Eduardo bo nazwa Espana nie brzmi dla niego znajomo. Eduardo burczy coś o drugim najpopularniejszym języku na świecie 🙂

Rozpędzona ciężarówka zjeżdżająca ze ze wzgórza spycha nas z drogi i mija o parę centymetrów, a przynajmniej tak mi się wydaje, bo przez chmurę kurzu nic nie widać. Przestraszony kierowca coś mamrocze. Myślę o tym, co przecież każdy wie, że w moment można stracić życie. I że Myanmar raczej nie przoduje w opiece medycznej.

Gdzieś po drodze wsiada para i to na nich chyba czekaliśmy tyle czasu na starcie. Ja siedzę z przodu i robię zdjęcia. Kierowca mówi, że mam nie robić zdjęć przy kontrolnych posterunkach, bo będą kłopoty.

Przed zachodem słońca dojeżdżamy do Dawei. Kierowca dowozi nas do taniego guesthouse. Następuje jakieś nieporozumienie, bo recepcjonista pokazuje nam pokój z podwójnym łóżkiem i mówi, że tylko to ma. Ja patrzę no to łóżko lekko osłupiała i mówię, że potrzebujemy dwa pokoje. Eduardo się nie odzywa, póki ja nie zaczynam energicznie protestować. Recepcjonista nadal twierdzi, że możemy dzielić ten pokój (i łóżko). Eduardo żartuje, że właśnie się rozwiedliśmy i nie możemy dzielić tego pokoju, ale recepcjonista nie rozumie. Eduardo jest już na emeryturze. Ja lubię spotykać podróżników w bardziej zaawansowanym wieku. Mają zawsze mnóstwo ciekawych historii do opowiadania. Ale ten przypadek okazuje się z rodzaju obleśny dziad, erotoman gawędziarz (choć później mam wątpliwości czy tylko gawędziarz). Idziemy do innego guesthouse, a tam mówią, że też mają tylko jeden pokój. Jestem zmęczona, bo dwie noce z rzędu mało spałam. Wychodzę na zewnątrz i łzy mi płyną po twarzy. Wizja dzielenia pokoju z tym facetem jakoś mnie przeraża. Rozważam opcję spania na dworcu i pojechania bezpośrednio do Yangon porannym pociągiem. Trochę byłoby mi szkoda, bo to Dawei, w którym nie miałam zamiaru się zatrzymywać okazuje się bardzo ładne. Ten region został otwarty dla cudzoziemców dopiero w 2013 roku i jest wciąż bardzo mało turystyczny. Ludzie na ulicy są bardzo przyjaźni. Okazuje się, że jednak mają dwa pokoje (choć jeden jest czteroosobowy). Oddycham z ulgą Wieczorem szukam miejsca gdzie mogę coś zjeść. W małej restauracji dopytuję o warzywne danie. Kobieta mówi, że ma coś. W miskach same trupy, więc pytam gdzie te warzywa. Przynosi z zaplecza wiecheć jakichś liści. Mimowolnie zaczynam się śmiać bo miałam na myśli inne warzywa. Potem kobieta odmawia sprzedania mi porcji samego ryżu, bo twierdzi, że to dodatek do mięsa. W innej jadłodajni pan mówi dobrze po angielsku. Mówi, że nie ma nic wege, ale mogę dostać ryż. Potem chyba żal mu mnie bo przynosi coś, co ja rozumiem jako śliwka smażona z cebulą. Wydaje się to być dziwnym połączenie, ale postanawiam spróbować odrobinę. Ma rybny smak i okazuje się, że to krewetka smażona z cebulą, co jest bardziej logiczne. Pierwsze coś z krewetką w moim życiu. Potem dostaję jeszcze zupę fasolową, która jest bardzo dobra. Następnego dnia oglądamy miasto. Jest tu dużo ładnych, starych domów. Wypróbowuję każdy bankomat aż w końcu udaje mi się wypłacić pieniądze. Mój przewodnik po Azji południowo wschodniej ma 6 lat. To niesamowite ile się w tym czasie rzeczy zmieniło. Przy wyjeździe do Myanmar mój przewodnik zaleca przywiezienie zapasu dolarów (tylko nowych banknotów) na cały pobyt w tym kraju, bo nie było tu bankomatów. Dziś, po tych kilku latach bankomaty są wszędzie. Na następny dzień planujemy wyjazd na plaże do Maungmakau i ku mojej konsternacji Eduardo dopytuje o kolor mojego bikini. Gdy mówię coś czego nie zrozumie, zamiast powiedzieć żebym powtórzyła mówi do mnie po hiszpańsku, choć nie znam tego języka.

Spacerując wieczorem po mieście zostajemy zaproszeni na lokalne wesele. Jestem zachwycona. Wprawdzie jestem ubrana jak włóczęga i pasuję na tym weselu jak kwiatek do kożucha, wszyscy są bardzo mili. Na myanmarskich weselach goście nie są przyspawani do swojego miejsca przy stole jak na polskich weselach. Przysiadają, wypijają herbatę, pogadają i idą do innego stołu. Para młoda wygląda bardzo pięknie, ale stroje mają zachodnie. Panna młoda w długiej kremowej sukni z trenem, Pan młody w białym garniturze. Pan młody skopuje tren sukni za każdym razem gdy wyląduje na jego butach:) Eduardo robi chamskie uwagi na temat urody gości płci pięknej, a także ciągle pyta czy któryś z facetów wpadł mi w oko. Potem do naszego stolika dosiada się dwóch Włochów, także zaproszonych wprost z ulicy. Eduardo nie odzywa się do nich ani słowem póki nie orientuje się, że oni też znają hiszpański. Wtedy przechodzi tylko na ten język i nawet próby chłopaków by wrócić do angielskiego nic nie dają. Na obiad dołącza do nas jeszcze jeden chłopak, tym razem z Estonii. On na szczęście nie zna hiszpańskiego. Eduardo znów sadzi dziwne komentarze i mówi, że następnego dnia będzie mnie oglądał w bikini. Chłopaki dziwnie patrzą. Ja mówię mu, że dość mam tych seksistowskich komentarzy, ale do niego to nie dociera. Pewnie należałoby zacytować klasyka i powiedzieć ”spieprzaj dziadu”. Czasem jestem zbyt uprzejma dla ludzi, którzy na to nie zasługują. Wcześnie rano jedziemy na targ i okazuje się, że jednak mają tu bardzo duży wybór warzyw, nie tylko niezidentyfikowane liście 🙂 Potem jedziemy na plażę w Maungmakau. Wzdłuż plaży jest dużo restauracji, pustych jeszcze o tak wczesnej porze. Idę na spacer w przeciwna stronę niż też obleśny dziad. Obserwuję kutry rybackie. Plaża jest długa i szeroka (wciąż, choć zaczął się już przypływ). Jednak nie za bardzo jest to miejsce do plażowania i kąpania się w morzu. Piję herbatę w cichej jadłodajni a potem muszę na siłę wciskać pani pieniądze, bo ona twierdzi, że herbata jest gratis.

Myanmar to kraj w Azji południowo wschodniej. Jest położony nad zatoką Bengalską i morzem Adamańskim. Jego powierzchnia to 677 tyś km2 (ponad dwukrotnie więcej niż Polska). Liczba mieszkańców to 65 milionów osób. Stolicą jest Naypyidaw.

 

 

 

Kanchanaburi

Ibi050PJOzzG2HxGHX

38ppEulmp31eZcqbvX

IjYUrMjBB3ovYp6thX

ZPJkNYujRMMwH9cPkX

3dewc5JrtWnYX7R7WX

7TRGKwkcIr3bcPztIX

Rk9cpeX12STgQNPyUX

b9gmR5otsbkOAdEmuX

bVgMo7ulCzJxGeF6vX

5sxtdhyytB3IDy3wrX

L7Kzf0mhYZC2Ijpr9X

byG2bI6JlDtN7XGznX

aTXAVgyhPyBYJaKteX

Wstaję o piątej i przed szóstą wychodzę z hostelu. Metro jest jeszcze zamknięte i czekam aż otworzą. Dojeżdżam z przesiadką do stacji, którą mi wskazał recepcjonista w hostelu. Upewniam się, że to tu i ktoś mówi, że muszę się wrócić dwie stacje. Pytam jeszcze innych osób dla pewności i wsiadam w powrotny pociąg. Na stacji pytam ponownie czy dobrze wysiadłam ale pracownik stacji pokazuje że mam jechać w stronę z której przyjechałam. Klnę głośno i idę do informacji. Tam się okazuje, że dobrze wysiadłam, ale dworzec Bangkok Thonburi jest dość daleko i muszę jechać taksówką (to wiedziałam wcześniej). Kierowca moto taxi (przewożą motorami) chce 100 bathów. Wsiadam w normalną taksówkę z licznikiem i się denerwuję bo już mało czasu zostało do odjazdu pociągu. Płacę niecałe 60 bathów i na szczęście okazuje się, że dworzec jest malutki i ma tylko dwa perony. Kupuję bilet i nawet trochę czekam na przyjazd pociągu. To chyba pierwsza stacja Deth Railway (Kolei Śmierci). Od mojej poprzedniej bytności w Kanchanaburi wiedziałam, że tu wrócę (nie wiedziałam jednak, że tak szybko). Wagony są w środku drewniane. Pociąg nie rozwija nadmiernych prędkości. Ja walczę, że snem i podziwiam krajobrazy. Dojeżdżam do stacji przy moście Kwai i wysiadam. Mój guesthouse jest kilometr stąd. Pociąg jedzie dalej i wiem, że jeszcze tu wrócę by przejechać całą trasę. Idę jeszcze raz na cmentarz, na którym są pochowani jeńcy wojenni, którzy zmarli przy budowie kolei. Na grobach różne napisy od rodzin. Na jednym z nich ”When you go home tell them of us and say „for your tomorrow we gave our today”” (kiedy wrócisz do domu powiedz im o nas i powiedz, że „dla waszego jutra oddaliśmy nasze dziś”). Zaglądam do muzeum, na które nie starczyło mi czasu poprzednio. Tuż przy wejściu napis „Never have I dreamdt of that I would see the day when human life would be held so cheaply” (nigdy nie myślałem, że doczekam dnia kiedy życie ludzkie będzie tak tanie) wypowiedziane przez Majora A.E. Sagers’a w czerwcu 1943 roku. Od tamtej pory nie tak wiele się zmieniło. Raczej życie niektórych narodów jeszcze bardziej się zdezawuowało. Kiedy za polskiej obecności w Afganistanie zginął polski żołnierz było to na pierwszych stronach przez kilka dni. Gdy Amerykanie zmietli z powierzchni ziemi całą wieś w Afganistanie lub Pakistanie podawano, że zginęło np. 56 osób. Tylko liczby. Ale czy oni wszyscy nie są przecież terrorystami chcącymi unicestwić naszą cywilizację??? (dla pewności dodam, że to ironia).

Później znów idę do stacji przy moście Kwai. To miejsce jest chyba zawsze pełne ludzi. Mimo to bardzo mi się tu podoba. Robię zdjęcia i jem owoce. Oglądam piękny zachód słońca.

Wieczorem szukam miejsca na obiad. Knajpka, która mi się podoba ma zajęte wszystkie miejsca. Idę na nocy market. Prawie samo mięso. Wracam do knajpki i znajduję wolny stolik. Zamawiam Pad Thai, po raz pierwszy. Robią mi wersję vege. Mimo, że ludzie się zachwycają kuchnią tajską mi to zupełnie nie podchodzi. Pad Thai jest niedobre. Zamawiam biały ryż by zabić ten smak. Herbaty nie mają. Po drodze same knajpy z białymi starymi dziadami i młodymi miejscowymi dziewczynami. Te przyzwoicie wyglądające już się zamykają. Blisko mojego guesthouse jakieś miejsce wygląda ok. Starszawy Francuz podaje mi kartę i pokazuje duże braki w uzębieniu. Po chwili biały, nie najmłodszy grubasek przyjeżdża z młodą Tajką skuterem. Zamawiam herbatę i koncentruję się na niej i mojej jutrzejszej podróży.

 

Wszystkie drogi prowadzą do Bangkoku

hfl50LygP2faTKnewX

Od8m6aeZGthVCKm8FX

gJwsZNO3j9BaTlTimX
I4Y1TzIMIgD75YozFX

QvFbchkQ0b4fK3MTYX

Ltbd6nyPJfQn0t2mZX

5BAoR7KvSgmc6WbkaX

RJrvJc7QTp8e635M5X

 grwuEdsFj0CB84Nr4X

pVmdcNCbx9QzoXKYfX

mpM8tGnbZCBmYktEIX

1gClVi5sfIcvra5vAX

W9IGR6KTCZ1mNwiIQX

bKgqxq27RHeyh0oxKX

nSNrxxvNrwj1ITAvwX

9knQmFmZhq4JaOehxX

 

VVnWBbKidae6EXPgLX

Z Battambang wyjeżdżam o 8 rano. Autobus dowozi mnie do granicy Kambodży. Zastanawiam się, czy tu też naciągają. Budynek jest porządny, mają kamery i skanery linii papilarnych. Wokół kłębi się tłum ludzi, ale czekanie w kolejce i formalności zajmują krócej niż się spodziewałam. Nic nie trzeba płacić 🙂 Po tajskiej stronie jak zawsze cywilizowanie. Dostaję darmową wizę na 15 dni. Facet z autobusu pokazuje miejsce gdzie mam czekać na kolejny autobus. Zbiera się kilka osób i czekamy około godziny. Bankomat nie chce mi wypłacić pieniędzy, ale zdążyłam się już do takich sytuacji przyzwyczaić. W końcu ktoś pokazuje, który minibus jedzie do Bangkoku i wszyscy się do niego pakujemy. W Battambang powiedzieli mi, że dotrę do celu około 15.30 (i już widziałam się jak się relaksuję w moim ulubionym hostelu), ale z granicy odjeżdżam tak późno, że nie ma na to szans. Po drodze zatrzymujemy się na stacji. Udaje mi się wypłacić kasę. Przy wielogodzinnych przejazdach moje morale słabnie. W sklepie rzucam się na czekoladki i (fuj, fuj) chipsy. Jak się później okaże dzień skończę jeszcze gorzej, żrąc frytki w Mac’u i zapijając je colą.

Wjeżdżając do Bangkoku utykamy w wielkim korku. Jedziemy po estakadzie, w dole sznur samochodów. Bangkok ma sieć metra i pociągów naziemnych, albo raczej powietrznych, bo jadą na wysokiej estakadzie, a także rzeczny prom, jednakże nie da się nimi w każde miejsce dojechać. Oczywiście jest też sieć autobusów, ale one poruszają się po zatłoczonych drogach. Jak patrzę na ten korek to za nic nie chciałabym w ten sposób co dzień dojeżdżać do pracy. W ślimaczym tempie przejeżdżamy przez jaką turystyczną ulicę, zapakowaną ludźmi i straganami. Po chwili kierowca się zatrzymuje (jak się później okaże mniej niż kilometr od docelowego miejsca) i idzie do toalety. Dojeżdżamy na miejsce po 20 tej. W cztery osoby pakujemy się do taksówki, która dowozi nas na dworzec Hua Loumpong. Stamtąd wsiadam w metro i po 21 szej docieram do mojego hostelu. Już w łóżku, mózg się na mnie mści za świństwa które pożarłam tego dnia i wysyła bólowe bodźce do mojego brzucha. Jestem jednak tak zmęczona, że od razu zasypiam.

Następnego dnia zrywam się rano, choć najchętniej bym spała do południa i pędzę do ambasady Myanmar. Tylko po to by pocałować klamkę (gdyby była) bo dziś mają święto. Wracam do hostelu i planuję dalsze podróże, bo w niektórych krajach jest mało miejsca na improwizacje jeśli chodzi o formalności.

Kilka osób pracujących w hostelu i właściciele pamiętają mnie. Znajduję tę samą książkę którą czytałam pół roku temu i czytam ją jeszcze raz. Chyba dopadła mnie potrzeba, by coś było znajome:)

Następnego dnia znów jadę do ambasady i niezbyt długo czekam w kolejce by złożyć dokumenty. W niewielkim centrum handlowym chcę kupić krem do twarzy. Po kilku miesiącach używania nivea soft do ciała, wydaje mi się, że moja twarz zasługuje jednak na coś lepszego. W kilku sklepach są tylko kremy wybielające. Nie wiem co to za zajzajer do wybielania i nie chcę tego testować na sobie. Krem niewybielający ma jakąś kosmiczną dla mnie cenę. Na szczęście znajduję sklep mojej ulubionej marki kosmetycznej. Cena jest wyższa niż byłaby w Polsce, ale postanawiam podarować sobie odrobinę luksusu:) Później idę do bardzo przyjemnego parku przy stacji metra Silom.

Kolejnego dnia jadę do Khao San – turystycznego getta i zupełnie mi się tam nie podoba. Ale przynajmniej udaje mi się kupić kulkę do kolczyka, która mi dawno odpadła i cieszę się, że ja mieszkam w zupełnie innej części miasta. Po południu odbieram wizę i idę czytać książkę w parku.

Ostatniego dnia wybieram się na floating market (pływający bazar) w Ampawa. Nie jest to najsłynniejszy market jak Damnoen Saduak (który jest stary, ale obecnie chyba tylko turystyczny), ale obecnie chyba bardziej autentyczny. Jadę do Victory Monument i szukam minibusa, który jedzie w tamtą stronę. W tym miejscu jest mnóstwo minibusów i jakaś dziewczyna pomaga mi odnaleźć właściwy mini dworzec. Najbliższy autobus, na który są bilety jest za prawie dwie godziny, plus dodatkowo spóźnia się pół godziny (przez korki jak mi ktoś wyjaśnia). Gdy kupuję bilet kasjerka mi mówi, że podróż zajmie tylko godzinę, w co średnio wierzę. Gdy ruszamy od razu utykamy w korku. Jak wyjeżdżamy z korka, to kierowca zjeżdża na stację benzynową i opóźnienie rośnie. W ogóle nie byłby to problem gdyby nie to, że następnego dni muszę wstać o 5 rano. Dojeżdżam do Ampawa po dwóch godzinach. Od razu kupuję bilet powrotny i zostaje mi półtorej godziny na obejrzenie bazaru. Większość stoisk jest na brzegu po obu stronach kanału. Jest jednak kilkanaście łodzi, z których można kupić jedzenie. Spaceruję i robię zdjęcia. Jem lody w dużych ilościach. Mijam tylko kilkoro białych turystów:) Minibus stoi na przystanku i komplet podróżnych czeka na odjazd. Mimo to kierowca łazi w kółko, zakłada i zdejmuje koszulę, rozmawia z bileterkami i odjeżdżamy 20 minut później.

Do hostelu docieram o 22 – ej i zaczynam się pakować, co oznacza, że połowę gratów z plecaka zostawiam w hostelu, bo wrócę tu za parę tygodni. W dorm spotykam dziewczynę z Chin, która wypisuje mi całą listę miejsc do odwiedzenia w Chinach – na następny raz 🙂

 

Cambodia po raz ostatni

IMG_9060s

 Kambodża została bardzo okrutnie doświadczona przez współczesną historię. Poza wieloma miejscami zbrodni (cześć z nich wciąż jest zaminowana i nie ma tam dostępu), życie na pozór toczy się tu normalnie. Z nikim (nawet kierowcą tuk tuka, z którym spędziłam 3 dni) nie nawiązałam takiej relacji by odważyć się spytać jak to bezpośrednio dotknęło jego lub jego rodzinę. Kierowca Michael mówił, że wciąż u władzy są ludzie powiązani z reżimem Pol Pota, a także ludzie o rodowodzie wietnamskim. Michael twierdził, że Pol Pot osobiście nie wiedział o większości tego bestialstwa, które dokonało się w tym kraju 40 lat temu, ale ja w to nie wierzę.

Kambodżanie to bardzo mili i przyjaźnie nastawieni ludzie.

Kobiety często jako dzienne ubranie noszą piżamy.

Wielu mężczyzn ma długie paznokcie u kciuków i najmniejszych palców. Podejrzewałam, że może służą one do dłubania w nosie czy uchu, ale to podobno moda:) Na zdjęciu czyste, zadbane paznokcie, ale wielu mężczyzn ma brudne pazury:)

 

Battambang

OIZalaCKy5CdY6YCcX

 v0WVhW9qmE3WZTA43X

rfMUqMzMDPzytUxxSX

hYkYvywSDiaKXH4gzX

61b5TLHrhoPDLCeNaX

vCEAaEtbe2qICb5EaX

tuP0rMNXXVSNc6WhuX

dcHma0l4mZb5zyRCFX

hcms4u3fqOgECT7BcX

T2ULKHH3UldQ30fSyX

nJbWIJAViQpbNSNUuX

afSwO0PV6JhxlisrRX

HBxA7FfQdvGbwiR9TX

Do Battambang wybieram się łodzią. Na szerokiej rzece mijamy pływające wsie i nawet jeden kościół na wodzie. Kiedy dobijamy do brzegu wydaje mi się, że jakoś za szybko pokonaliśmy trasę. Okazuje się, że poziom wody jest tak niski, że łódź dalej nie popłynie. Moja koleżanka płynęła tą trasą około tydzień wcześniej i udało jej się dopłynąć do samego Battambang mimo, że wody było mało, czasami chłopak z obsługi musiał wyskakiwać do wody i pchać. Był to jedyny pracownik, oprócz kapitana. Koleżanką mówiła, że żaden z podróżujących białych facetów nie kwapił się do pomocy. Na lądzie ładują nas na dwa pickupy. Dróżka jest bardzo wąska i piaszczysta. Na szczęście jadę w pierwszym samochodzie. Kierowca daje nam maski na twarz. Mój samochód wzbijają takie tumany kurzu, że najczęściej nie widać tego drugiego. Wszyscy siedzimy na krawędzi paki. Wzdłuż dróżki jest sporo drzew i krzewów (często kolczastych), które chlaszczą nas większą część drogi. Podróż trwa około 2 – 3 godzin. Większość pasażerów w moim samochodzie to ludzie około 50 – 60 lat. Dla mnie to dodatkowa atrakcja. Ale co jeśli ktoś ma problemy z kręgosłupem? Jak kupowałam bilet nikt nie uprzedzał o takiej ewentualności.

Miasto jest takie sobie. Wydaje się mało turystyczne. Jest trochę ładnych budynków. Spaceruję po mieście i robię zdjęcia. Nagle jakiś pies po drugiej stronie ulicy zaczyna na mnie szczekać w agresywny sposób i próbuje przejść na moją stronę. Na szczęście ruch na ulicy jest zbyt duży. Moją koleżankę, w innym miejscu w Kambodży kilka dni wcześniej pogryzł pies i musiała dostać serię zastrzyków. Na wszelki wypadek podnoszę z ziemi kilka kamieni i powoli wracam do hostelu. Pies idzie za mną przez jakiś czas, ale nie przekracza drogi. Potem odpuszcza.

Do Battambang przyjechałam głównie po to by przejechać się bamboo train. To metalowa platforma na kołach, pokryta z wierzchu bambusowymi deseczkami, która porusza się po torze. Tor jest jeden, więc jeśli nadjeżdża platforma z przeciwka ktoś musi ustąpić i zdjąć swoją platformę z toru. Tory są niezbyt prosto ze sobą połączone, dlatego w czasie podróży dość mocno trzęsie. ”Pociąg” jest napędzany spalinowym silnikiem, i zadziwiające jak szybko się pędzi na takiej platformie. Ja się wybrałam późniejszym popołudniem i mój przejazd był połączony z oglądaniem zachodu słońca.

Niedaleko Battambang jest duża jaskinia, do której warto wybrać się przed zmierzchem, bo wtedy można zobaczyć powracające na noc chmary nietoperzy. Mi nie udało się tam dotrzeć. Co poniektórzy jedzą tam pieczone nietoperze (”free range” jak to ktoś określił) – człowiek wszystko zeżre.

 

Siem Reap and the temples

0p8abBGbq7ErtnsYjX

 

xc5wPMjMezmhXi3ACX

P0L4vJSgm0sXIjzaFX

 TmaAXbS1p3wv4OnkSX

Ec2kmo5kkMSurDfH8X

WiU3QkrnUWebaBMeYX

S4XJ8adBTRJ2di3HuX

KsrGQqps7o33FLYKGX

cxFXWxUMPYsAjOtOnX

NUS0yWwMrFeWEuqAYX

bUZAkThJVBN4M4w3pX

tqzB4kreZmWWOQc0BX

tCdOeGWWT971iaGibX

BdkMQwUru84aaA8tAX

2mXROFSsLanKbSSChX

67wA6OqFoeHfTIDccX

y3SKNQarRyWFXfoauX

4g6MWplRUg0GY2HbxX

FQtbCqJkWGZqXSuUuX

seN2aITttL3OksHpmX

qbaoFTNptUAvSVNmDX

ABcTMOWtVheD3Hf5ZX

UJYFkoQh7h7i4sJfoX

zJLKqOzNsSXUsCacNX

uGlJHJwSOHpLUdW8hX

Uj4nb4gY9x6Fx3mBJX

E4xe5NVYat0RbPzvGX

3zl1rw3teWSP5PuX0X

V6a9tVndZv5ZKCaSTX

bsibDvW2VnlNU4OQGX

BE2oy67lS0eBaipcaX

1neLyNRj2E5CnxWfsX

Hmm. Mam bardzo mieszane uczucia co do tego miejsca. Kompleks świątynny był na mojej liście must to do. Jako, że oglądanie świątyń trochę mi się przejadło, to pewnie nie zachwycałam się nimi tak jak należy 🙂 Co wcale nie oznacza, że nie są piękne i imponujące. Flagowa (nie wiem czemu) świątynia Angkor Wat moim zdaniem nie jest najpiękniejsza ze wszystkich.

Wiek świątyń to pomiędzy 1100 a 800 lat.

Część z tych świątyń została wybudowana jako hinduskie, a później służyła wyznawcom buddyzmu. Na mnie największe wrażenie zrobiły świątynia Ta Prohm (kręcono w niej Tomb Rider) obrośnięta korzeniami wielkich drzew,, a także świątynia Bayon z uśmiechniętymi twarzami umiejscowionymi dookoła.

Spędziłam 3 dni na oglądaniu świątyń. Te najbliższe można objechać rowerem. Ze względu na upał i to że chciałam obejrzeć także te dalej położone, wspólnie z dwoma kolegami z hostelu wynajęliśmy tuk tuk. Był to polecony przez znajomego znajomych kierowca, który okazał się być bardzo miły, znał dobrze angielski, opowiadał nam o historii i jak się żyje dziś w Kambodży.

Całe to zwiedzanie jest dość wyczerpujące, bo zazwyczaj trzeba wstać przed 5 rano, by zdążyć na wschód słońca w różnych miejscach. Potem wielogodzinne zwiedzanie i przejazdy. Każdego popołudnia padaliśmy do łóżek ze zmęczenia.

Świątynie są często dość zatłoczone i dzięki dobrej organizacji kierowcy większość z nich udało nam się oglądać w najmniej zatłoczonych porach.

Siem Reap. Nazwa oznacza ”klęskę Syjamu” co jest trochę niezręczne w przypadku największego miasta położonego niedaleko od granicy tajskiej. Samo miasto (w ciągu dnia) jest dość przyjemnym miejscem. Jest sporo pięknych, starych budynków, można spacerować nad rzeką albo usiąść gdzieś i obserwować życie miasta. Wieczorem zmienia oblicze. Sodoma i Gomora. Jednego wieczoru jem z koleżankami kolację. Dziewczyna, która pali siedzi na końcu stołu i trzyma rękę z papierosem pod stołem by nas nie truć. Może 7-8 letni chłopiec, którego nie zauważyłyśmy wyrywa jej papierosa z ręki i zaczyna palić, dzieląc się ze swoim kolegą. Po chwili wdychają klej z plastikowej torby. Szokujące to i bardzo smutne. Są brudni i wydaje mi się, że mogą być bezdomni. Potem jeden znienacka zaczyna dotykać włosy jednej z dziewczyn. Właściciel ich przegania. Innego dnia w drodze na obiad kolega odpycha mnie w ostatniej chwili zanim nadepnę na strzykawkę z igłą leżącą na ziemi. Po ulicach snują się grupy pijanych turystów, choć to dopiero wczesny wieczór. Miejscowy facet wrzeszczy mi do ucha marihuana, kokaina. W ciągu dnia kierowca tuk tuka wykrzykuje obleśne rzeczy pod adresem dziewczyny, która nie chciała skorzystać z jego usług. W centrum jest ulica zwana pub’s street i wieczorem nie jest to przyjemne miejsce.

Każdy kraj ma swoje problemy i trochę własnej patologii. To co można obserwować w Siem Reap to patologia, która przyszła wraz z najazdem turystów – odpowiedź na ich potrzeby. Nie wiem, czy jest tu jakiś nieturystyczny sezon, bo jest to chyba najsłynniejsze miejsce w Kambodży. Może w czasie pory deszczowej? I może by to był lepszy czas na zwiedzanie tego kompleksu świątynnego. Ja raczej nigdy więcej już tu nie przyjadę.

 

Sihanoukville po raz drugi

IMG_8986s

 

Prom z Koh Rong do Sihanoukville odpływa rano. Upychają sporo ludzi. Część białych turystów wygląda niewyraźnie. Najbardziej zielony na twarzy wysiada i zamierza czekać na późniejszy prom. W końcu odbijamy od brzegu. Morze nie jest tak spokojne jak przez ostatnie kilka dni. Parę razy fale zalewają pokład. Patrzę na białych mężczyzn (bo tak się wciąż chyba nazywa ten gatunek). Jedni osłaniają się od fal kamizelkami ratunkowymi, inni żują palce jak dwulatki. Zastanawiam się czy przy następnej fali zaczną piszczeć cienkimi głosikami. Jednak nie, choć byłoby to ciekawe doświadczenie 🙂 Obok kabiny kapitana odbywa się konkurs rzygania przez burtę. Gdy wysiadam ubranie i włosy mam sztywne od soli.

Lokuję się w tym samym hostelu co poprzednio. Kilku studentów ma ze sobą spore, okrągłe lustro, w którym się kolejno przeglądają, układają włosy. Jak zaczynają się pryskać dezodorantami to aż mnie zatyka. Przebieram się i idę na plażę. Dziś niedziela i jest dużo ludzi. Tuż przy przystani jakieś białe turystki opalają się topless. Oddalam się od głównego skupiska barów i znajduję kawałek plaży w cieniu, wśród miejscowych. Na plażę przychodzą całe rodziny, najczęściej z koszami z jedzeniem. Ludzie tu nie kąpią się w kostiumach kąpielowych. Na początku tylko spacerują ale po chwili wchodzą coraz głębiej i pływają, i maili i duzi, wszyscy świetnie się bawią :). Spodnie w kant, koszula z długim rękawem, sukienka, sweterek – wszystko okazuje się doskonałym strojem do pływania w morzu:) Moja sukienka jest do ziemi i jakoś średnio mi się widzi pływanie w tym. Siedzę na plaży w samym bikini i czuję się trochę niedoubrana. Jakiś starszy pan, który zarządza wypożyczaniem dętek do pływania patrzy na mnie z dezaprobatą. Nie wiem czy to ze względu na strój, ale gapi się dość intensywnie. Gdy otrzepuję ręcznik z piasku akurat zaczyna wiać w tę stronę i niechcący sypię panu piaskiem po oczach. W każdym razie trochę to pomaga na gapienie 🙂

Większość dnia siedzę na plaży albo pływam. Nieprędko znów będę na plaży. Wieczorem rodziciele mi przypominają, że następnego dnia mam imieniny. Ups. Nawet ja już o tym zazwyczaj nie pamiętam i następnego dnia spędzę cały dzień w autobusach, więc postanawiam świętować od razu. W hostelowym barze z fajną muzyka na żywo jem dobry obiad i piję dwa małe puszkowe piwa. Nie pamiętam kiedy poprzednio się tak alkoholizowałam 🙂

A to co się dzieje w nocy mam nadzieję, że nie jest imieninowym prezentem od Wszechświata 😉

Koło trzeciej nad ranem coś mnie budzi. Koło mojego łóżka stoi jakaś dziewczyna ubrana w stanik i szorty, koszulkę trzyma w ręku. Chyba szeleściła moją torbą z kosmetykami. Rozmawia cicho z jakimś chłopakiem. Żadnego z nich wcześniej nie widziałam. W pokoju jest jeszcze jeden śpiący chłopak. Reszta nie wróciła do tej pory. Odwracam się do ściany. Po chwili słyszę rytmiczne skrzypienie łóżka. Najpierw myślę, że to niemożliwe, ale odwracam się i jednak okazuje się że możliwe. W pokoju nie jest zbyt ciemno, bo światło z oświetlonego patio wpada przez luksfery. Kopulują w odległości 2 metrów ode mnie. Wydzieram się na nich i chłopak zaczyna przepraszać. Odwracam się bo widziałam już dość (nie żeby to zmieniało cokolwiek w tej sytuacji ale byli nago i nawet się kocem nie okryli). Słyszę jak dziewczyna coś szepcze o mnie ale słyszę tylko, ona, ona a potem, że będą szli do łazienki (na szczęście nie jest wewnątrz pokoju). Żałuję, że nie zrobiłam im zdjęć, mogłabym ich potem szantażować ;). Oni wychodzą, a ja ze wściekłości na to chamstwo nie mogę zasnąć. Potem słyszę jak po kilku godzinach ten dupek wraca, ale sam. Ona widać była zdobyczą tej nocy. Mój budzik dzwoni o 6,30 rano, bo mam rano autobus. Po chwili ktoś puka do drzwi. Ja się nie ruszam, ale wstaje chłopak, który też był świadkiem kopulacji i otwiera drzwi. Czterech kolesi wchodzi, widać uznali, że nie ma po co brać kluczy, zawsze można innych obudzić. Gadają głośno, w sumie i tak nikt poza kopulantem już nie śpi. Tuż przed opuszczeniem pokoju zostawiam temu dupkowi liścik z moją opinią zaistniałej sytuacji i robię mu zdjęcie. Właścicielowi mówię, że najwyraźniej niektórym hostel myli się z burdelem albo izbą wytrzeźwień. Pokazuję mu zdjęcie chłopaka i sugeruję wyrzucenie go. Gdybym chciała obejrzeć seks na żywo poszłabym raczej na profesjonalny pokaz, a nie na to żałosne przedstawienie, którego mimowolnie byłam świadkiem. W związku, z tym, że już wyjeżdżam wątpię by właściciel wyrzucił tego dupka. W końcu on też płaci te kilka dolców. Prawie nigdy nie piszę recenzji hosteli ale tym razem robię wyjątek.

 

Koh Rong Island

mDc9b3HEiQmWbM7C8X

 

asjYFE2A219yL0ippX

2lIYHI5KasjqU5bCAX

zRgAEh9ItyIfPqAvZX

XowBqWonKEnJW46u1X

URZhfddivd6KOiaXRX

BJk54Fzo38kHYEv7fX

rrJ0dtdQItUoxZWguX

zs7Kh8db9ghNQiOAHX

QMgUq625vFKKq19aUX

bep3xEYAfp3XBUv2yX

Na wyspę płynę promem, a właściwie starym drewnianym statkiem. Znam opinię o wyspie, a właściwie tej części wokół głównej przystani, jako imprezowym miejscu. Mimo wszystko płynę właśnie tam ze względu na częste i tanie połączenia promowe. Wybieram guesthouse na wzgórzu, w oddaleniu od plaży i we względnej ciszy. Wyspa jest piękna. Piasek jaśniutki i drobny. Czas spędzam na plaży pływając i czytając w cieniu, a także opychając się owocami.

Guesthouse ma tak cienkie ściany wewnętrzne, że czuję się jakbym dzieliła pokój z sąsiadami. Dodatkowo przez szpary na łączeniu płyt ściennych widzę światło z ich pokoju 🙂 Mój pokój nie ma okna i jest tak szeroki jak podwójne łóżko. Żeby wejść na łóżko najpierw wchodzę na krzesło a z niego na platformę na której jest materac. Mimo wszystko jest to najdroższe miejsce w jakim śpię w Kambodży (a raczej w ciągu ostatnich miesięcy).

Drugiego dnia przypływa koleżanka poznana gdzieś w drodze. Jemy razem kolację i spacerujemy wieczorem po plaży. Szok, ilu tu ludzi jest. W dzień to jakiś ułamek tego widać. Może odsypiają:)

Wieczorem po powrocie do pokoju coś mi miga na ścianie za moją wiszącą sukienką. Myślę, że to jaszczurka jak zwykle, ,ale sprawdzam i znajduję skorpiona (niezbyt fajne, zwłaszcza, że cały czas na wyspie chodzę boso). Koleżanka zostaje pilnować czy skorpion gdzieś nie pójdzie a ja pędzę na recepcję po odsiecz. Dwóch chłopaków przychodzi z patykiem. Na czas egzekucji wychodzę na zewnątrz i mam nadzieję, że intruz nie przyszedł tu z całą rodziną. Na chodniku widzę wielkiego żuka, który leży na plecach i przebiera nóżkami. Pomagam mu wstać. W pokoju chłopaki mówią, że w Kambodży jest dużo skorpionów. Gdy pytam o węże mówią niiiiiie, tak, że od razu zaglądam pod łóżko. Oni wychodzą, a my stoimy na środku z niepewnymi minami. Wtedy ten wielki żuk wlatuje do środka z głośnym buczeniem. Siada na belce sufitowej. Cóż, nie lubię dzikich lokatorów ale tam może sobie siedzieć. Po chwili siada jednak na moich upranych gaciach i tego jest już za wiele. Chłopak z recepcji zagląda i pyta co znowu. Nim zdążę zaprotestować, pieczołowicie wdeptuje żuka w chodnik.

 

Sihanoukville

QbD6iMXJSo9SeAzzoX

 

UA3goMiivpcVVLU42X

Zf2jx6jrPNKh4QE35X

4qs4HPjPM3MfLi4GEX

d3ZvPD2RuhaBDjOHJX

iyPQ8a4iguf2wZ0QyX

SSpbbMja2PMC5t22WX

LA6XJgk19QzsfZbbeX

QhAOSUu8uPxWDQ0t1X

79apvSqQuEGtIegVuX

Sihanoukville to nadmorska miejscowość na południu Kambodży. Jedno z najlepszych miejsc na plażowanie. Plaża jest ładna i dość czysta. Mijam parę białych, którzy zbierają śmiecie na plaży. Przechodzący tubylec ogląda się za nimi 🙂

Wzdłuż plaży jest dużo barów i restauracji. Spaceruję plażą i znajduję zaciszne miejsce z dala od turystycznego tłumu. Łagodne fale i ciepła woda 🙂

 

Kampot

kzUMyj4gACRBvRUaLX

UaIh3NLEgtDv80nmWX

nEvEhSMXWQqrBbaZOX

buMMafkJzcPEWTp9HX

duz9vBQTLRWw42sdZX

6AR6Xjr2uqCYLtMkUX

otNzMrEzsJC6kgYrDX

pwhARJ47BcVSwVvXdX

vNat14sJDb1y0FKHrX

ce3M3AgwYFkhtwxfaX

Sah5A8Z0UM22XNkv3X

85h4CsexHGsQ6gBTeX

vSL44R7i8LsryJrRqX

7oZOlieNeYWcVey3IX

rvQZ1p2o1EH9osCRCX

XVmK8NG9qS0EXeFJSX

TFEE82521QNuOrPgeX

Do Kampot dojeżdżam około południa i lokuję się w niezbyt tanim hostelu z basenem i w pełni wykorzystuję ten luksus. Przez miasteczko przepływa rzeka, ale nawet miejscowi się w niej nie kąpią. Miasteczko jest niewielkie i spokojne, pełne starych, francuskich budynków. Świetne miejsce na relaks, spacery i fotografowanie.

W walentynki przy ulicy stoisko z kwiatami i maskotkami.

Piękne zachody słońca. Wieczorem nadrzeczna promenada ożywa. Ludzie spacerują i ćwiczą na napowietrznych siłowniach.