Bieszczady

kfBkYZblr1j5SAGPAX

sYecmwCziB55Y73cvX

xCgwlpPGINHJ4RX4jX

0kPxL0GYIETmLmm8hX

0mnjhjGUnoLpBlwytX

HFrKQ61H8OAT5ururX

HenuucUJo6Q6Y3YEqX

MLxNKNN1i2SBb7bk6X

dDb1H7TlIsPbTeh0UX

786oVKnlYnKhztJCxX

JNf7cFRTafz6Ms0TwX

HtbpVIiK5NqZG0v8FX

VqDEYVBq2eTjviDHgX

TA3GxoYcEsBXvYbx4X

xqzCePnmEOWjwrdGRX

wvQssU2PZktUTzgXbX

PWZc9Kox2fXiRorNUX

Aud9L75PJhwhtm2hHX

2a3yuNpZQ5n4uU4wSX

aypC6XOaYVjtbvlG0X

 ai4yEUBBDXCNUCSrxX

 r1tJjm4uRKEWnasaYX

62U6qtiwfFEnkkX8iX

vNWAG7Vg4flZDcAaZX

0gSf12z7PRNlAV6MgX

haBKlvOazjWEEWNaAX

w5kJhhTfQMp7V466aX

Xuxia0EDgnxZTWvGLX 

Oddaję mój aparat do serwisu i okazuje się, że poszło to co podejrzewałam – migawka. Za przyzwoite pieniądze reanimują go. Jest tak czysty, jak nie był od nowości i po raz pierwszy od kilku lat wszystko w nim działa:)

Bieszczady. Jedziemy (z Rodzicielami i Siostrą) samochodem zapakowanym niemal po dach. Dziś nie dziwię się czemu na obozy w liceum pakowałam się w wielki plecak i wielką torbę i pod tym ciężarem ledwo mogłam iść.

W Bieszczadach nigdy wcześniej nie byłam. Jest przepięknie. Zatrzymujemy się w ekologicznym gospodarstwie rolnym. Mam właściwie zerowe doświadczenie ze wsią i jestem zachwycona. Tym, że krowy są takie mądre, że same z pastwiska wracają na dojenie. Tym, że kaczki uciekają na staw kiedy pojawia się lis. Tym, że adoptowany przez gospodarzy piesek (prawdopodobnie przez kogoś wyrzucony) sam z siebie wie, jak pomagać zaganiać krowy gdy się nie spieszą by wracać na noc do obory.

Pierwszego dnia jedziemy wąskotorową kolejką bieszczadzką. Piękne widoki. Kolejka działa od 1898 roku. Jest ostatnią z kilku działających dawniej w Karpatach Wschodnich kolejek do przewożenia drewna. Na koniec dnia zatrzymujemy się by coś zjeść. Rodzice nie mogą naleźć aparatu fotograficznego (kupionego raptem dwa dni wcześniej). Zatrzymuje się jakiś samochód i ludzie pytają czy czegoś nie zgubiliśmy. Znaleźli aparat na parkingu, zapamiętali nasz samochód (obok którego parkowali), a potem cudem spotkali nas na drodze (my wcześniej pojechaliśmy do innej knajpki, ale nam się tam nie spodobało). Wszechświat czuwa:)

Zdobywamy Tarnicę we mgle, czy chmurze i siąpiącym deszczu, więc widoki prawie żadne. Jako plus mało ludzi na szlaku 🙂

Drezyny bieszczadzkie to też ciekawa forma podziwiania okolicy. Nam trafia się chyba trochę zepsuta, bo ciężko nam się pedałuje 🙂

Moja Siostra wraca wcześniej do domu, z Sanoka. Na dworcu autobusowym nie możemy odnaleźć, z którego stanowiska odjeżdża autobus, na który kupiła bilet online. Pani w informacji tłumaczy – „jego nie ma, ale on jest”. Ma rację, bo autobus, którego nie ma na rozkładzie przyjeżdża.

Idziemy do skansenu w Sanoku. Cudo. W skansenie jest ponad sto obiektów, które odtwarzają tradycyjne drewniane zabudowania wsi z okresu od XVII do XIX wieku. Poszczególne grupy etnograficzne (Łemkowie, Bojkowie, Pogórzanie i Dolinianie) mają swoje sektory ekspozycyjne w skansenie. Jeden z domków wygląda zupełnie jak ten z moich marzeń.

Łażę po polach, wieczorem patrzę w gwiazdy, jest bosko.

Wrocław

LwmOsBbKaBsa0T24FX

NTJD7EjRMHe7G7IC8X

hmhLERVNt3gX9rpJXX

35Zb5gqMrIRaNTUhPX

nItLnyDjzxg87mkIEX

MDzEaFKPfhdQSeedaX

sTedVybaUwbadenS4X

ewRupuIlUJRxVgTfgX

WBrQocpuMwzeYURJlX

jNlJI8IyCnB1t28L1X

c4gIPLWnqbtsOONVjX

bJPy0b43sLX6AUKDvX

btP1Yc6LgfLx7RyWEX

t8NvxuqbjFAfly7l1X

r86pf2BwaaxoF8NjaX

HEYkbELPwcoMaYuTeX

oh7KccCj5OSbGN1FGX

Y2NsE4HIoOqprCVrXX

ElZv2NVP5Sgm6mH7rX

ShLa7WwRl4M2f0JCiX

7zqsgxUq1U9kJ4fjHX

EWEXFO1m86xJl5IssX

Yhd83XJQaOHjSFTU4X
Do Wrocławia jadę z Katowic. Pod dworcem głównym odbiera mnie kolega z córkami i to z jego rodziną spędzam weekend. Pływamy stateczkiem po Odrze, spacerujemy po Ostrowie Tumskim. Z wieży kościelnej podziwiam panoramę miasta. Kłódki na moście. Pierwszy raz je zobaczyłam kilka lat temu, w małej ilości, na moście w Paryżu. Wydało mi się to ładne. Dziś uważam, że to wandalizm i tandeta.

Odnajduję dwa krasnale. Spacerujemy koło Hali Stulecia a potem idziemy do pięknego ogrodu japońskiego. Wieczorami długo gadamy, wspominamy irlandzkie czasy, choć dla mnie się one jeszcze nie skończyły:)

Ostatniego dnia spotykam się z koleżanką poznaną w Malezji. Siedzimy w uroczej herbaciarni i tak wsiąkamy w rozmowę, że na rynku nie robię nawet jednego zdjęcia. Do Wrocławia też zamierzam wrócić 🙂

Katowice

XcDsQs0JUo5968v6dX

 

fF5y4LsSErPO2HPYvX

nR1Ii56Q1vl5oVUPhX

ngVEwh0LOjA5zgNaqX

3ifRyRGhKisn4yHxEX

BJk453YjKFFZMYeYJX

U5lo3gafxA6hfqAyeX

MJ89RZHrlbfEJxFbOX

 

tn1S4sB19qSGVjyHDX

v1hJE0GW0lzoAUpFPX

PqFyxb6kxRYpTtVRfX

b9R41o9kQ9JIfLCRwX

KuCPjoIExHatboW6HX

Yb2j9RqA9mTiA4DvaX

M2M5S79QfbQ4uCKyOX

vW5TvAgMVVQGaSq4BX

BFQ1rOOagatdYxacVX

9b3RPz919R93tMBS7X

d8WDofEiJFe7G1TqZX

vBi1Xh7tewo8hGvkGX

BMnfClAd4Ch0igdoOX

dANSzbbLL1iNX9b3zX

DhZNdbHK6cgCtAs6oX

W Katowicach byłam wcześniej tylko raz. Kilkanaście lat temu wracając z Sylwestra z Zakopanego śnieżyca opóźniła mój pociąg i umożliwiła mu dojazd tylko do Katowic, gdzie na dworcu (przed remontem) spędziłam noc, w na szczęście ogrzewanej poczekalni, z miejscowymi bezdomnymi. Moja koleżanką, która pochodzi z Jaworzna zawsze mi powtarzała, że Katowice to wstrętne miasto. Zachęciła mnie to by to sprawdzić osobiście 🙂

Kilka dni przed wyjazdem mój aparat odmawia współpracy. Jako, że ma 8 lat i nigdy nie był w serwisie, mam obawy, że to jego koniec. Pożyczam więc od Rodzicieli ich dwa aparaty, i oba sprawiają mi problemy. Ten, który działa lepiej, jest malutki i ciągle się stresuję, że go zgubię.

Nieświadomie wyjeżdżam na akurat te kilka dnie, gdy Warszawa ma być sparaliżowana przez szczyt NATO. W zasadzie w ogóle by mi to nie przeszkadzało, bo w centrum bywam tylko przy okazji spotkań ze znajomymi.

Po pierwszym rzucie oka na Katowice wiem, że zarezerwowałam sobie za mało czasu na to miasto. Bardzo mi się tu podoba. Katowice dobrze przetrwały wojnę i stara zabudowa jest oryginalna. Rynek i wiele okolicznych uliczek – po prostu urocze. Na rynku, przy sztucznej Rawce drewniane leżaki i palmy wypożyczone na lato z Palmiarni Miejskiej w Gliwicach. Atmosfera wakacyjna.

Podziwiam znany z mediów Spodek. Tuż obok centrum kongresowe z porośniętym trawą dachem i tarasem widokowym. Kawałek dalej Filharmonia Katowicka. Przeszła gruntowny remont i rozbudowę. Wcześniej miałam okazję czytać ciekawy artykuł o tym obiekcie. Niestety, nie mogłam go obejrzeć w środku. Obok Filharmonii jest otwarte od 2015 roku nowe Muzeum Śląskie. Z braku czasu oglądam je tylko z zewnątrz. Niezbyt często odwiedzam muzea, ale to na pewno chcę zobaczyć.

Zaglądam do dużej galerii handlowej w poszukiwaniu nietypowych baterii do aparatu. Chciałam wesprzeć mały biznes, ale pani w zakładzie fotograficznym podała cenę z kosmosu. Galeria handlowa przylega do dworca, niedaleko jest druga. Najczęściej omijam takie przybytki, bo nie lubię zakupów.

Osiedle Giszowiec. Idea wsi w mieście. Jest piękne. W latach 1907 – 1910 wybudowano unikatowe osiedle – ogród dla pracowników kopalni Giesche. Kopalnia powstała w wiejskiej okolicy i stamtąd głównie pochodzili jej pracownicy. Zbudowano więc dla nich domy w stylu starych górnośląskich chałup chłopskich. W latach 60tych i 70tych część domów wyburzono i na ich miejsce wybudowano bloki. Zachowała się 1/3 zabudowy.

Osiedle Nikiszowiec. Cudo. Wybudowane w latach 1908 – 1918 dla pracowników kopalni Giesche. Kilkupiętrowe, ceglane familoki z charakterystycznymi, obmalowanymi na czerwono oknami. Kręcono tu dwa filmy Kazimierza Kutza: „Sól ziemi czarnej” i „Perła w koronie”.

W hostelu spotykam dziewczynę o skomplikowanym azjatyckim rodowodzie i paradujące w koronkowych majtkach dziewczyny mówiące po rosyjsku. W moim dorm kręci się pijany i bełkoczący, zaawansowany wiekowo facet. Potem przychodzi jeszcze Amerykanin i z dziewczyną z Azji dość długo gadamy. O kraju skąd pochodzą jej rodzice – Myanmar (dawnej Birmie) nigdy nie słyszał, podobnie jak o wielu innych sprawach. Mówi, że edukacja w Stanach jest słaba. Inni Amerykanie, których miałam okazję poznać swoją wiedzą tego nie potwierdzali. Amerykanin znika na noc, a rano opowiada o swojej wizycie z klubie ze striptizem. Obie nie komentujemy tego 🙂

Do Katowic mam zamiar wrócić wkrótce. Jestem bardzo mile zaskoczona tym miastem.

Warszawa cd

rHgA5ZVC5BXPCOcr0X

1aTx7pKdxm3uP12lSX

sPpU707NfrQ45SAiYX

wLLTpa0JuJqQ1tIsxX

jN3doCg6ntaEgXZ0NX

AqMS1SNbo3N0O6aO5X

iQbjpSu5zFOa4VFkcX

UP6nCZoiebAwYiQIAX

FFvxL9byHLk0NRRTeX

JQeoDeA1nqgFora6nX

bcxGfdb4e9pZeXGMjX

kZ2waK8iyWIudh30BX

qMESbycIvM2LaSiEXX

WoPmjlo39Q4IfNFm5X

9cueqPmphp0wq43bKX

mqouRpdjaFcVsu8D7X

mUx20cT84gSrqIr5zX

LnCDtTa1IUy7VLs5qX

jbcYujqEGjTGLYCfOX

ZbxJfEbd0xZkW6qo4X

vgkN0TjnG2SmxuIUmX

qzBl0TbLCnapTfm6uX

LwX4Q5M9cI8HJ0AAAX

HIsc0GRbiqca6mF1bX

nbuKlsqAzrhmBmpo5X

 

Po kilkunastoletniej przerwie odwiedzam Wilanów. Zachwycający pałac i ogrody. W jednej z ogrodowych alejek (akurat tej, w której chciałam zrobić zdjęcie) natykam się na parę z operatorami kamer i zza krzaków obserwuję jak wygląda nagranie „spontanicznej” wypowiedzi.

W Łazienkach – jednym z moich ulubionych miejsc w Warszawie patrzę jak japońska wycieczka rzuca się z aparatem na małego chłopca, nieporadnie drepczącego za gołębiem. Po przeciwnej stronie Trasy Łazienkowskiej inny świat – Jazdów. Jakby wieś w sercu miasta. Jest to osiedle fińskich domków drewnianych. Zostało zbudowane w 1945 roku, jako tymczasowe mieszkania dla pracowników Biura Odbudowy Stolicy. Drewniane domy pochodziły z repatriacji wojennych jakie Finlandia musiała zapłacić na rzecz Związku Radzieckiego po II Wojnie Światowej. Do Warszawy przyjechało 500 takich domków. Powstało kilka osiedli: na Polu Mokotowskim, przy ulicy Szwoleżerów i na Jazdowie. Na Jazdowie postawiono ich 200 i osiedle – według planów – jako prowizoryczne, powstało na 5 lat. Mają 54 albo 60 m2. W latach 60 tych część domków została usunięta i na ich miejscu zbudowano ambasadę Francuską i częściowo Trasę Łazienkowską. W 2005 roku kolejne domki zostały rozebrane – tym razem pod budowę ambasady Niemieckiej. Teraz jest ich 27. Kilka lat temu zaczęły pojawiać się inicjatywy by tę przestrzeń inaczej zagospodarować. Miasto wykurzyło kilku mieszkańców. Część z domków stoi teraz opustoszała, w innych nadal mieszkają ludzie. Jak dla mnie super miejsce i uważam, że powinno zostać. Do Sejmu jest stąd 350 metrów. Idąc właśnie w tym kierunku, potykam się na nierównym chodniku i o mało nie padam na kolana przed ambasadą Niemiecką. Przypominają mi się różne polityczne brednie, które czytałam i się śmieję:)

Jadę w rowerowej Masie Krytycznej. Bardzo podoba mi się ta inicjatywa. I choć po Warszawie jeździ się rowerem coraz lepiej, to wciąż bardzo dużo jest do zrobienia.

Przy trasie dojazdowej do Zalewu Zegrzyńskiego kobiety sprzedają swoje ciała. Teraz, ze względu na przebudowę drogi, stoją czasem obok zwalisk piachu.

Choć nie interesuję się sportem, poza tym, który sama uprawiam, oglądam Euro i jest to zaskakujące, jak na tę dziedzinę, źródło dumy:) Nie mogę uwierzyć, że polscy piłkarze zaszli tak daleko.

Dom moich rodziców to od wielu lat jedyne miejsce, gdzie oglądam telewizję. I mimo że mam o niej złe zdanie, to zawsze mnie szokuje poziom wielu programów. Z reklam by wynikało, że Polacy to lekomani i bezmyślni kredytobiorcy. Staram się być na informacyjnej diecie, choć tutaj mi to nie wychodzi. Pomijając liczbę i jakość zmian zachodzących obecnie w Polsce, propaganda sączy się z każdego kanału, a po obejrzeniu jednego programu można dojść do wniosku, że ludzie są źli a ten świat to padół łez. Oczywiście, wielu ludziom źle się dzieje, wiele rzeczy można by naprawić, albo chociażby (zwłaszcza obecnie) nie psuć, ale wiadomości nie napawają żadnym optymizmem.

Czas spędzam z rodziną i przyjaciółmi, czytam i czasem piszę bloga, aż zaczyna świtać i kury u sąsiadów pieją.

Wilga 5

l79b4CgRFf9NLrr7GX

gaah1Og28C4b7JCqQX

3tp4wbPNiMcaR1jmHX

6UGTeOmb8AL7trmTaX

WJZ1fLN4guViSlUp9X

J1bzU2DQMh7HWvTo6X

bWiL78u8GtliadeDwX

muM1nZrFsw9k5Xau4X

7eEadcHqbjK3whJN8X

rg4NpA8Oae4SVm53CX

JRDZtePSS9yNp5RtbX

piQppK2ECoRV5tx5xX

8vlodWKZWgU7Wd3vWX

zaFwaLGLpjNBAxbmRX

r2liUd8HaleNamoPCX

UAZfKCeQMdxnDzlKoX

vkqZg3tEfMqIB56sLX

HYGdFGxWqShkoK1AfX

Pfzcna8Zr5grkYdKMX

KB3vvCbNOYGTWT6baX

LzqTIQXtdovvEwF2pX

 

Na kilka dni jadę na działkę Cioci i Wujka, w Wildze. Jest bardzo ciepło. Susza, każdy wyczekuje deszczu. Jeździmy na rowerach po lasach i okolicznych wsiach. Zagłębie sadownicze. Leśne uliczki mają bajkowe nazwy.

Dolina Środkowej Wisły – przepiękna. Przez lata miałam okazję obserwować i rzekę zamieniającą się w strumień – z powodu suszy, a także fale powodziowe.

W sadach co chwile słychać wystrzały. Sadownicy odstraszają ptaki. Drogę przebiega spora, intensywnie zielona jaszczurka. Mijamy pola facelii – prawie jak Prowansja.

Leśny dukt przecina zaskroniec, w słońcu szmaragdowy.

Dojeżdżamy do historycznej miejscowości Stoczek. To tu w 1831 roku rozegrała się bitwa pomiędzy samodzielnym korpusem pod dowództwem Józefa Dwernickiego, a częścią rosyjskiej dywizji strzelców konnych Fiodora Geismara. Pytam jakąś dziewczynę czy jest tu pomnik upamiętniający tę bitwę, ale mówi że nie ma.

Z powodu remontu fragmentu głównej drogi dojazdowej, przez szosę wijącą się wśród sadów zaczynają jeździć tiry. Przypomina mi się bilbord reklamujący zakład pogrzebowy. Napis głosi: zwolnij, do nas zawsze zdążysz. Tylko że jeśli tir nie zwolni, to ja, na rowerze, mam znacznie większe szanse trafić do tego zakładu, niż kierowca wielkiej ciężarówy.

W końcu zaczyna padać. Zieleń deszczem rozmyta. Zapach deszczu o zmierzchu.

Moja Warszawa

FrqFqo9f9aTkpVRSOX

 

gO0n3rLNZbvacuPlTX

s4OuP6iEcjBsTX4rtX

1gdxZdZjavLsjUkU4X

liFvajiE7j1bw7nczX

PdiMs2S9Pakw5geKbX

wywjgnvGu6uh5pXaOX

RGfyfjiqSR7UqsohGX

wrXPEn4C6qDdGUFalX

 

0BsKucidRUVzBUV1iX

7nB6ID6nnj9FsStMtX

JbFwgn9oxypQsCskUX

0RrBDwwaE7qeyqfa9X

V8fAGbf5OmvYjbX4NX

2NEH3qAvGfwuKenrYX

yEktKmSOmQTmBaCKKX

14TLQzbpbrtLTeBJRX

rLZrA7DTbxFlnZE9YX

yiygPOR0nsepDPgREX

bFNIQD3n5RHpJAeR9X

5hf5cDCAJx7ZrTmoeX

Vs9uaoczDkp54QLTsX

 

TN31xHmBEwnd2v0dJX

pePIr7bYXRrNH2Iy7X

kSDFVNZOrobZ0njWLX

97rJd242ozmG1o3fNX

XJidRUE5etZ39zbUdX

76ygC6z5nVEAVAo8OX

B38w1tLNIc9iUFfxSX

LOqv5Htpi77ua8YV6X

7UTT3FXNDqiLn85KpX

O6zOCCb8pFZi9MvCRX

PKOyiuoyHWLQBM51aX

QfpoqWbPLWddzfdJAX

MWy21QhXm8tmLmkfYX

P2fDhN8UAdI1EKlpbX

Hz0eTrUL8K9oorUasX

7d1aIfswCsPhUJXoaX

hKhLqbThPf9b5RoJhX

oxYOasTIaGxD6Av90X

qNgODxsiKxSEa3gqTX

udqj623aRA0FmDwDYX

sLRNWDEXMbbVX6HvdX

oIbODSsArjv6xWdOIX

5JH03qbjUAhvzbcvxX

lRVwbXpALExk8TCONX

YvrOFnlKvAZVqllaZX

0wDXAGui7K3umVdneX

8L92whPzhFlkBMKuXX

Ceqr8R9jPFgVraUIKX

3qsIbhdz115fJfPBFX

XhjklJie1P2U6qbIsX

nqTwIsk1rdV9NFqgnX

JnpEtloFRTjx8Q0TaX

zj0lh0bV0bnLlUF1vX

yy71hoFurmX8bDaJYX

aWhzUBkhZ4RaRkNO2X

Ux3boacFhuAQszdarX

W Warszawie czas spędzam nadzwyczaj miło z rodziną i dawno nie widzianymi przyjaciółmi. I nie przeżyłam żadnego szoku 🙂 Po prostu jestem. Jakbym nigdy nie wyjeżdżała. Ba, nawet jakbym od 10 lat wcale nie mieszkała za granicą 🙂 Cały czas, od dawna, uczę się bycia tylko tu i teraz. I coraz lepiej mi to wychodzi.

Wiosna jest cudna. Kwitną kasztany. Obłędnie pachną dzikie róże, jaśminy i bzy, także te białe, które się nazywają czarne.

Wracam od Dziadka na rowerze. Kawałek jadę jezdnią nim dojadę do ścieżki rowerowej. Z tyłu słyszę ryk silnika. Nie mam gdzie zjechać. Mija mnie jakiś wariat. O mało nie rozjeżdża pieszego na pasach, w ostatniej chwili go wymija, bo nie dałby rady wyhamować. W wielu krajach ruch uliczny jest chaotyczny i może zmrozić krew w żyłach. Ale mimo to w Polsce najbardziej obawiam się kierowców. Od lat nie prowadzę tu samochodu, boję się rowerem jechać po jezdni. Odsetek sfrustrowanych wariatów wydaje się tu być większy niż w innych znanych mi krajach.

Spotykam się z dwoma przyjaciółkami. Jest trochę chłodno. Wieczorem temperatura spada do kilku stopni. Ja w sandałkach trzęsę się z zimna. Wsiadam w zły autobus nocny. Dojeżdżam na pętlę, nie aż tak daleko od domu ale zbyt daleko by o północy iść na piechotę. Muszę przejść na inny przystanek. Ze strachu biegnę. Na chodniku potłuczone szkło. Na przystanku jestem sama, potem przychodzi facet i nie wiem czy bardziej boję się stojąc tam sama, czy z nim. Na rondzie z piskiem opon zawraca sportowy samochód. Nieliczne przejeżdżające samochody dudnią muzyką. Po prawie godzinie przyjeżdża autobus, w ostatniej chwili macham, bo inaczej musiałabym czekać kolejną godzinę. To akurat noc muzeów. Ciekawy event. Nie umiem sobie przypomnieć czy kiedykolwiek w Polsce brałam w tym udział. Wiele miejsc zazwyczaj niedostępnych dla zwiedzających otwiera swoje podwoje. Wielogodzinne stanie w kolejkach jednak mnie zniechęca. Raz wzięłam udział w nocy muzeów w Dublinie. Jednak w Irlandii powinno się to nazywać dzień i wieczór muzeów, bo chyba wszystkie miejsca są zamknięte przed 21szą.

Chyba po raz pierwszy w życiu odwiedzam Warszawskie Targi Książki. Od kilku lat odbywają się na Stadionie Narodowym. To także moja pierwsza w życiu wizyta na tym stadionie. Wcześniej bywałam na stadionie X lecia, w celach zakupowych 🙂 Na targach bardzo dużo wystawców i odwiedzających. Widzę kilka słynnych aktorek starszego pokolenia: Magdalenę Zawadzką, Barbarę Krafftównę i Krystynę Sienkiewicz, pisarzy Michała Rusinka, Mariusza Szczygła i Adama Wajraka. Spotykam się z autorką świetnej książki – ”Zwyczajne pakistańskie życie” – Joanną Kusy. Książkę bardzo polecam, opowiada o różnych aspektach życia w kraju, który mnie bardzo pociąga. Kupuję „Minimalizm dla zaawansowanych” i spotykam się z autorką Anną Mularczyk Meyer. Szymon Hołownia podpisuje mi się w swojej najnowszej książce. Po targach piję piwo z Mamą na nadwiślańskiej plaży.

Odwiedzam jeden z największych cmentarzy w Europie – cmentarz Bródnowski. Część przy głównej bramie jest zabytkowa i jest tam wiele pięknych nagrobków.

Spaceruję z koleżanką po Starówce. Pogoda jest piękna. Jemy lody. Ciemnoskóry cudzoziemiec otrzymuje tyle zainteresowania od szkolnej wycieczki co ja w niektórych azjatyckich krajach.

Na Nowym Świecie mijam grupę motocyklistów z logo Hells Angels. Siedzą w ogródku restauracji. Potem przy dwóch hotelach w centrum zaparkowanych jest dużo motocykli z tym logo. Jest to rasistowska organizacja, a w USA jest uznawana za przestępczą. Zorganizowali zlot nad Zalewem Zegrzyńskim i chyba obyło się bez burd.

Jeżdżę na rowerze po okolicznych lasach. Obserwuję ptaki w ogródku. Piję miętę, która u nas rośnie. O zmierzchu w ogródku zaczynają biegać jeże.

Warszawa, Polska

qP5nGHZMMskiVge8jX

Wstaję po czwartej rano. Półprzytomna pakuję ostatnie rzeczy. Zostawiam klapki dziewczynie, która i tak je sobie pożyczała. Chłopak z recepcji przychodzi przed piątą i ogląda moje łóżko. Wszystko ok – jednak się powstrzymałam by nie ukraść pościeli i ręcznika 😉 Wychodzę na pustą ulicę. Jest jeszcze przed wschodem słońca. Na Istikal mijam kilka osób, ale większość sprawia wrażenie pijanych. Łapię autobus na lotnisko o 5.30 i po godzinie jestem na miejscu. Super szybko jak na tę trasę:) Chcę nadać plecak i mieć to z głowy. Gdy kładę bagaż na taśmie okazuje się, że odprawa na mój lot jest jeszcze zamknięta. Idę na śniadanie, a potem kolejka do odprawy robi się wielka. Ludzie tyle tobołów ze sobą ciągną, że szok. Wózki uginają się od waliz. Stoję bardzo długo w kolejce. Gdy nadchodzi moja kolej okazuje się że plecak nie jedzie taśmą bagażową i mam go zanieść i zostawić na podłodze obok innego stanowiska. Zastanawiam się czy w tej ostatniej, w tej edycji, podróży plecak mój podąży za mną. Do odprawy paszportowej jest bardzo długa kolejka i przesuwa się bardzo powoli. Zaczynam się denerwować. Przechodzę odprawę paszportową i w końcu osobistą, kiedy powinno zacząć się wchodzenie na pokład. Biegnę przez lotnisko myśląc, że tym razem wiedziałam dokładnie na które lotnisko jadę, dojechałam kilka godzin wcześniej i oto jestem – spóźniona. Linie też są trochę spóźnione i nie wołają mnie przez megafon 🙂

Kupując bilet multicity Delhi – Dubai – Istanbul – Warsaw, każdy z najtańszych miał jeden lot z przesiadkami. Zachowałam więc przesiadkę na ostatni. Do Warszawy lecę przez Oslo i zajmie to większość dnia:) Lotnisko w Oslo wydaje mi się kameralne. Czekam kilka godzin, czytam, jem i rozmyślam. Czy to będzie szok spać we własnym łóżku? Czy to będzie dziwne rozpakować całkowicie plecak po raz pierwszy od stycznia 2015? Wiedzieć gdzie będę jadła obiad?

Na pewno bardzo się cieszę na spotkanie mojej rodziny. Pomimo, że od lat mieszkam za granicą nigdy nie mieliśmy aż tak długiej przerwy w spotkaniach. Regularne rozmowy na skype i maile to nie to samo. Spotkania z przyjaciółmi i znajomymi. Plecaka tak całkiem do szafy też nie schowam.

Ten ostatni lot – z Oslo spóźnia się z powodów technicznych prawie godzinę. Na Okęciu wpadam w ramiona Rodzicieli. W domu czeka na mnie ulubiona Siostra, ulubiony Kot i ulubiona zupa. W mojej sypialni stoją konwalie zostawione przez Mamę.