Yogyakarta

 

IMG_3179IMG_3223IMG_3234IMG_3300

IMG_3292IMG_3274

Yogyakarta jest położona mniej więcej w połowie Javy. Jest to dość przyjemne i interesujące miasto. Na głównej ulicy rozgościł się wielki bazar położony po obu jej stronach. Jest tu kilka miejsc wartych odwiedzenia jak wielki Pałac Sułtana, Taman Sari (Water castle) i liczne meczety. Yogya jak nazywane jest to miasto jest znane z produkcji batiku – ręcznie malowanych tkanin.

Z Yogyakarty wybrałyśmy się do Borobodur Temple – przepięknie położonej na wzgórzu świątyni buddyjskiej.

A potem do Prambanan Temple – największego kompleksu świątyń hinduskich w południowo wschodniej Azji.

 

Bandung i okolice

IMG_3034IMG_3049IMG_3154IMG_3063cccIMG_3048IMG_3088IMG_3089ccc

IMG_3108IMG_3131

Bandung jest położony na południowy wschód od Jakarty. Nazywany kiedyś Paris of Java (Paryżem Jawy), dziś nie robi najlepszego wrażenia. Jest jednak dużo ładniejszy od Jakarty. Na ulicach Jenderal Sudirman i Asia Afrika jest tu kilka budynków w stylu art deco. One też tworzą swoiste centrum turystyczne. Dość przyjemne miejsce z dużym meczetem w centralnym punkcie.

Pomimo, że Indonezyjczycy są bardzo przyjaźni i nie gapią się na cudzoziemców jak Indusi, znów miałam nieprzyjemne doświadczenie z miejscowym który podszedł do nas na ulicy, mamrocząc coś pod nosem i dotknął mi cycki. Potraktowałam go pięścią i kopniakiem. Nie zrobiło to na nim chyba wrażenia – może to nie był dla niego pierwszy raz.

Bandung jest dobrym miejsce wypadowym do plantacji herbaty. Zawsze widok ich zachwyca mnie.

Wybrałyśmy się do Kawah Putih, zwanym także White Crater (biały krater), jeziora położonego w kraterze wulkanu – nieczynnego od około 1600 roku. Jezioro położone jest na wysokości 2430 metrów npm. Jest to piękne kwaśne, siarkowe jezioro, o kolorze od biało – niebieskiego do zielonkawego (w zależności od stężenia siarki). Wokół jeziora unoszą się nieprzyjemne opary siarkowodoru.

Stamtąd pojechałyśmy do gorących źródeł znajdujących się w małej wiosce. Woda w strumieniu i utworzonym naturalnym basenie jest naprawdę ciepła – około 50 stopni. Także i tam w wielu miejscach roznosi się duszący zapach siarkowodoru wydostający się spomiędzy skał.

W drodze powrotnej próbowałyśmy latte z luwak kopi. Jest to kawa zjadana i wydalana – bez trawienia ziaren, przez zwierzątko zwane luwak (cyweta lub łaskun muzanga). Zwierzątko te chętnie zjada owoce kakaowca, wybierając tylko najlepsze ziarna. Po przejściu przez jego przewód pokarmowy kawa traci gorzki posmak. Jest to najdroższa kawa na świecie. Ja kawy nie piję, więc nie rozpoznałabym różnicy i tak, a już zwłaszcza w latte. Miałam później możliwość zobaczyć te zwierzątka – trzymane w klatkach i wyglądające smutno (to są zwierzęta aktywne nocą, więc środek dnia to nie była ich pora). Po przeczytaniu o tym, że dla zarobku są wyłapywane, trzymane w klatkach w często bardzo złych warunkach i szybko umierają nigdy więcej nie napiję się tej kawy i nie polecam nikomu.

 

Back on track – Indonesia, Jakarta

 IMG_3019vvvIMG_2984IMG_3005vvvIMG_2998IMG_3004vvvIMG_2994IMG_2985IMG_2991vvv

Od końca czerwca byłam w Indonezji. Tym razem z towarzystwem w postaci mojej Siostry. Wylądowałyśmy w Jakarcie i po jednym dniu się stamtąd ewakuowałyśmy. Nie jest to najciekawsze miejsce łagodnie mówiąc. W historycznym centrum dość blisko morza jest kilka ładnych budynków i muzeów, natomiast nic zachwycającego. W tak zwanej centralnej części miasta jest przyjemny park z potężnym narodowym monumentem. W tej okolicy jest też ładna katedra wybudowana w 1901 roku oraz Mesjid Istiqlal największy meczet w Azji południowo wschodniej, którego budowa została ukończona w 1978 roku. Niestety z powodu wieczornej modlitwy nie udało nam się wejść do środka. W czasie ramadanu ponad 200 tysięcy wiernych może pomieścić ten meczet.

Indonezja jest położona na ponad 170 tysiącach wysp (około 6 tysięcy jest niezamieszkane). Jest to największy muzułmański kraj na świecie. Zamieszkuje go około 240 milionów ludzi (4 miejsce na świecie pod względem ilości mieszkańców), z czego ponad 87% to Muzułmanie.

W związku z poślizgiem publikacyjnym mogę pokusić się o krótkie podsumowanie. Indonezja jest bardzo piękna. I bardzo duża. Pewnie cały rok by nie starczył, żeby poznać ją choćby z grubsza. To co mi się nie podobało to transport publiczny, a raczej jego brak w pewnych miejscach. Na wyspach na których byłyśmy w wiele miejsc nie dało się dojechać autobusem czy pociągiem. Byłyśmy zmuszone korzystać w turystycznych przejazdów wycieczkowych (co mi się bardzo nie podobało – jako sposób podróży), albo taksówek (te akurat dzielone jeszcze z innymi osobami nie wychodziły tak drogo).

Najlepszym rozwiązaniem byłoby wynająć skuter. Niestety nie umiem tym jeździć i nie chciałabym się uczyć tam. Choć może w porównaniu do Indii, to byłoby miejsce idealne na naukę 🙂

 

Rekonwalescencja

IMG_2649IMG_2654vvvIMG_2718vvvvIMG_2619

IMG_2784IMG_2690IMG_2797IMG_2755

 

Mój pobyt w Polsce zaczął się od wizyty w szpitalu i późniejszym bieganiem po lekarzach, rozszyfrowywaniem leków które brałam w Indiach i odkryciem, że mimo negatywnych wyników badań na malarię brałam 2 różne leki zwalczające ją, robieniem badań, czasem nieprzyjemnych jak wyciskanie krwi z palca. Dostałam zakaz podróżowania na kilka tygodni i nakaz odpoczywania.

Potem oddałam się nabieraniu sił, czytaniu książek, jedzeniu sezonowych owoców w hurtowych ilościach, spotykaniu z bliskimi, jeżdżeniu na rowerze, spędziłam kilka dni w lesie, na działce Cioci i Wujka, a także pojechałam na krótką wycieczkę do Ciechocinka.

Przy okazji trochę prac konserwatorskich jak szlifowanie i malowanie płotu i mebli ogrodowych 🙂

 

Jak się wydać za mąż/ożenić w Indiach

 

Małżeństwo jest to bardzo ważna ”instytucja” społeczna w Indiach. Legalny wiek do zawarcia związku małżeńskiego to 18 lat. Młodzi ludzie pobierają się zwykle bardzo wcześnie. Na wsiach często nie doczekując pełnoletności. Ci lepiej wykształceni, z zamożnych rodzin żenią się w wieku około 25 – 28 lat. Mężczyzna zwyczajowo powinien być kilka lat starszy niż kobieta.

Dość rzadkie są małżeństwo z miłości. Zwykle bywają aranżowane przez rodziny. Często jest to poprzedzone długimi poszukiwaniami odpowiedniego kandydata/kandydatki. Wiele aspektów ma tu znaczenie: pochodzenie (kasta), wykształcenie, status materialny, często znak zodiaku. Mój kolega i jego dziewczyna czekali kilka lat żeby się pobrać, bo taką datę wyznaczył astrolog jako odpowiednią dla ich małżeństwa.

Dziewczyna spotkana w pociągu, Muzułmanka podróżująca z mężem i jego liczną rodziną, opowiadała mi, że jej małżeństwo to jej wolność Pochodziła z bardzo konserwatywnej rodziny. Mogła studiować, ale tylko do poziomu, gdzie mogła uczęszczać do żeńskiego college’u. Rodzice nie pozwalali jej nigdzie wychodzić. Z mężem i jego rodziną podróżowała dość często i wyglądała na bardzo szczęśliwą.

Młody Muzułmanin z malej miejscowości, opowiadał mi, że jego siostra zobaczyłą swojego męża dopiero na weselu. Mówił, że ich rodzice się bardzo postępowi i siostra mogła rozmawiać z przyszłym mężem przez telefon. Jego kolegi – Hindusa siostra nie miała tej możliwości. Wyszła za mąż za chłopaka wybranego przez rodziców, którego nigdy nie widziała i z nim nie rozmawiała.

W lokalnych gazetach jest mnóstwo ogłoszeń matrymonialnych. W większości to rodzice poszukują kandydatów dla swoich dzieci. Podawanych jest wyznanie, wiek, wzrost, wykształcenia (łącznie z miejscem jego zdobycia jeśli było to za granicą), czasem miejsce zatrudnienia, zawody rodziców, wysokość pensji, żywieniowe nawyki (vege), znane języki.

Niektórzy rodzice zachwalają swoich synów w osobliwy sposób:

handsome like a Hindi movie star – przystojny jak gwiazda filmów Hindi.

fair and slim – jasny kolor skóry i szczupły,

tall and well build – wysoki i dobrze zbudowany,

handsome boy, look like upright Cop of a Hindi Movie – przystojny chłopak, wyglądający jak policjant z filmów Hindi,

clean habits – tu nie wiem jak to rozumieć, czy to że sprząta po sobie, czy np., że nie pluje i charcze???

innocent divorcee – rozwodnik (nie z jego winy rozwód),

Poszukiwani kandydaci powinni spełniać wymogi wykształcenia, statusu materialnego, czasem określany jest wymagany wzrost i waga, jasny kolor skóry, zarobki, własny dom. W wielu ogłoszeniach jest informacja, że kasta nie ma znaczenia. W przypadku rozwodników i wdowców/wdów także dzieci z poprzednich związków nie stanowią problemu.

Niektórzy rodzice podają, że poszukują kandydatów dla jedynej córki/syna.

Pytania o status małżeński są na porządku dziennym. Bycie niezamężnym/nieżonatym, szczególnie po 30 tce jest tu mało spotykane. Sama zwykle się nie przyznaję do bycia singlem 🙂

 

Chennai by tuk tuk

IMG_2615nowyIMG_2572cccccccIMG_2557vvvvvvvvvIMG_2552vvvvvvvIMG_2549vvvvvvvvIMG_2559ccccccccccc
IMG_2582vvvvvIMG_2536vvvvvvvvvIMG_2489ccccccccIMG_2482nowy

 

W Chennai wybrałam się 2 razy do kina. Pierwszy film Fast and Furious 7 podobał mi się znacznie bardziej niż się spodziewałam. Kino było w centrum handlowym i poszłam na seans przed weekendem. Centrum handlowe to doświadczenie zupełnie inne niż w Europie. Przed wejściem do środka każdy jest sprawdzany łącznie z bagażem. Zazwyczaj mam w plecaku aparat i jestem pouczana, że mogę robić sobie selfie ale nie można fotografować obiektu:) W środku mało ludzi, komfortowa temperatura i sklepy z zaporowymi dla większości mieszkańców Indii cenami. Przed wejściem do kina kolejna kontrola i baterię z aparatu muszę oddać 🙂 Będzie do odbioru po filmie. Film – kino akcji, ale bardzo cieszyłam się, że go obejrzałam. Ta część zadedykowana tragicznie zmarłemu Paulowi Walkerowi Miła odmiana od spędzania 23 godzin dziennie w łóżku.

Na drugi film wybrałam się w sobotę i okazało się, że bilety do kina sprzedają się jak ciepłe bułeczki. Był bardzo mały wybór filmów angielskojęzycznych a filmy indyjskie nie mają napisów. Wybrałam więc film Piku w oryginale. Kino znajdowało się na dole jakiegoś budynku. Kupiłam chyba jeden z ostatnich biletów, bo siedziałam w ostatnim rzędzie. Sala pełna. Część ludzi przyszła z małymi dziećmi a nawet niemowlętami. Dzieci w trakcie filmu płakały albo gadały i nikt nie zwracał na to uwagi. Podczas całego seansu dużo ludzi wchodziło i wychodziło z sali świecąc sobie telefonami. Z obu moich stron siedzieli młodzi mężczyźni. Jeden z nich przed filmem pytał mnie czy znam hindi 🙂 i częstował popcornem. Każdy z 4 siedzących koło mnie facetów odbierał telefon w trakcie filmu i bez ściszania głosu prowadził rozmowy. Podobnie jak wiele innych osób w kinie. Co do filmu to pomimo braku znajomości hindi wydaje mi się, że zrozumiałam większość 🙂 Główna bohaterka o imieniu Piku jest dziewczyną przed 30tką, z zamożnego domu, mającą dobrą pracę architektką. Jej ojciec jest starym, gderającym hipochondrykiem. Ciągle wzywa lekarza i szantażuję Piku, że zaraz umrze. Dzwoni do niej w czasie jej pierwszej randki z nowo poznanym facetem i opowiada o swoim stolcu. Gdy ona dopytuje o szczegóły po minie faceta widać, że więcej już do niej nie zadzwoni 🙂 Film jest zabawny. Można przy okazji zobaczyć mały kawałek Indii. Samochodowa podróż bohaterów z Delhi do Kalkuty wygląda jednak nierealnie ze względu na świetną autostradę, mały ruch na drodze i standard jazdy 🙂 Film był też wyświetlany w polskich kinach. Polecam.

Ostatniego dnia w Chennai chciałam jeszcze raz obejrzeć Fast and Furious ale bilety do kina znikały minuta po minucie a z nieznanych mi przyczyn nie mogłam zapłacić za bilet on line. W końcu wszystkie bilety na ten film zostały sprzedane. Zamiast kina postanowiłam zafundować sobie luksusowe pożegnanie z miastem. Umówiłam się z kierowcą tuk tuka na dwugodzinny objazd po Chennai. To miasto nie zrobiło na mnie najlepszego wrażenia za pierwszym razem, a za drugim choroba uziemiła mnie w pokoju. Umówiłam się z kierowcą o 17 tej, bo chciałam część tej przejażdżki odbyć po zachodzie słońca (około 18.30). Tym razem miasto naprawdę mi się spodobało. Kierowca mówił dość dobrze po angielsku, opowiadał mi o mijanych miejscach, historii, polityce. Zatrzymywaliśmy się wiele razy na robienie zdjęć i picie chai. Chyba z góry założył, że jestem chrześcijanką, więc pokazał mi wiele kościołów. To była niedziela, zapadł już zmrok, kościoły były pełne ludzi, rozświetlone, takie bardzo żywe. W niektórych pięknie śpiewały chóry. Coś, czego nie przypominam sobie z dawnych czasów przymusowych wizyt w kościele w Polsce.

Tak mi się to podobało, że przedłużyłam wycieczkę o godzinę. Może to melancholia z powodu nie planowanego wyjazdu, ale miasto wydało mi się magiczne 🙂

Chennai (Madras) 2

IMG_2461nowyIMG_2457nowyIMG_2460nowyIMG_2463nowyIMG_2473IMG_2470nowyIMG_2458nowyIMG_2469IMG_2475

Indie witają mnie taką samą pogodą jak pożegnała Sri Lanka i wypróbowują moją cierpliwość już na lotnisku. Całe szczęście, że mam wystarczająco kasy na taksówkę, bo bankomat jest zbyt daleko jak na moje osłabione ja. Moja prepaid taxi (taksówka opłacona na lotnisku) powinna na mnie czekać na zewnątrz, ale jest tylko facet który ciągle powtarza „2 minutes, Madame”. Chce mi się płakać. W końcu, po kilkunastu minutach, kiedy stoję z całym bagażem na plecach, bo wydaje mi się, że jak to z siebie zdejmę to już nie dam rady znów wrzucić na plecy, przyjeżdża taxi. Kierowca nie mówi prawie wcale po angielsku. Nie wie dokąd ma jechać. Tym razem wybrałam guesthouse z trip advisor. Poprzednim razem zatrzymałam się w Salvation Army Hostel (Hostel Armii Zbawienia) i ktoś z pracowników dobijał się do mojego pokoju po północy.

Kierowca pyta innych kierowców o drogę, w końcu ruszamy. Potem pyta jeszcze kilka razy, potem próbuje mi wmówić, że już dojechaliśmy. Na koniec, jak ostatecznie docieram do celu on pyta czy ok?. K… to nie było ok.

W guesthouse, który okazał się być strzałem w dziesiątkę, kupuję najpierw banany i pakuję się do łóżka, mimo że jest wczesne popołudnie.

Następnego dnia czuję się coraz gorzej. W aptece kupuję jakieś leki (jeden z nich okaże się później być antybiotykiem) i termometr, który potem będę potem przeklinać, bo czasem lepiej nie wiedzieć wszystkiego.

Wlokę się w kierunku plaży wstępując po drodze do dwóch barów w sokami. Każdy z nich pozostawia gorzki posmak, jak wszystko przez najbliższe kilka dni.

Dochodzę do plaży przekraczając wcześniej kanałek który tak śmierdzi, że aż słabo mi się robi. Plaża wygląda na czystą, ale jest strasznie gorąco a ja coraz gorzej się czuję. Przez pomyłkę skręcam w jedną przecznicę za wcześnie. Pytam o drogę starszego pana który najpierw pokazuje w stronę morza, a kiedy mówię, że na pewno nie tam, pokazuje w przeciwna stronę.

Pytam trzech elegancko wyglądających mężczyzn z wypożyczali motocykli. Podają mi drogę na skróty, ale ja ze zmęczenia i osłabienia zaczynam płakać. Ich to przestrasza i proponują, że mnie odwiozą. Wybieram jednak drogę na piechotę. W moim pokoju padam na łóżko, biorę leki, co je kupiłam w aptece i mierze temperaturę – trochę ponad 37 stopni. Wieczorem zmuszam się do zjedzenia małej porcji zupy i zaczynam się coraz gorzej czuć. Koło godziny 22 mierzę temperaturę i w bardzo krótkim czasie rośnie z 38 do 39,8. Apteka na zewnątrz jest jeszcze otwarta i kupuję paracetamol. Robię okłady na czoło z mokrego ręcznika i za każdym razem jest on niepokojąco gorący. Zaczynam płakać bo się martwię, bo jestem tu sama, bo nie byłam tak chora przez ostatnie 10 lat, kiedy to na kilka dni przed obroną pracy magisterskiej miałam 40 stopni gorączki. Na obronę zawiózł mnie wtedy Tata i siedział kilka godzina w pubie do którego chodziłam odkąd miałam 17 lat. Pubu, można powiedzieć kultowego w pewnych kręgach. Mój Tata lubiący także raczej swojskie klimaty nazwał go speluną 😉

Rano idę do pobliskiej kliniki. Jest mi strasznie słabo. Doktor Hussain zleca mi badanie krwi na malarię i dengę. Mam odebrać wyniki wieczorem i przyjść na wizytę. Morfologia w porządku, malaria negatywna. Doktor mnie nawet nie dotyka zapisuje nowy antybiotyk i syropy na straszny kaszel jaki mam. Kolejne dni mijają tak samo. Rano jem banany zanim wezmę leki. Temperatury nie mam tylko wtedy jeśli wezmę paracetamol. Wczesnym popołudniem wlekę się do baru w sokami, gdzie piję sok z ananasa a potem jeszcze z trzciny cukrowej na ulicznym stoisku. Wieczorem wpycham w siebie zawsze tę samą zupę. Noce są albo koszmarne bo przez upał i lejący się ze mnie pot nie mogę spać, albo jestem już tak zmęczona, że śpię bez względu na wszystko. Po kilku dniach za radą Cioci przestaję brać paracetamol i ochładzam się chłodnymi prysznicami. Temperatura zresztą nie rośnie mi już powyżej 38 stopni.

Za każdym razem jak przechodzę przez recepcję muszę opowiadać jak się czuję, bo wszyscy się tu o mnie martwią. W końcu radzą mi, żebym pojechała na badania do szpitala. W szpitalu w końcu jest normalnie. Mierzą mi temperaturę i ciśnienie, nawet ważą i mierzą. Trafiam na normalnego lekarza, który sprawdza mi gardło, osłuchuje płuca i sprawdza brzuch. Dostaję kolejne 2 antybiotyki na infekcję w płucach. Temperatura obniża mi się na stałe do 35 stopni. Odczyty pokazujące mniej po prostu ignoruję.

Dziś czuję się trochę lepiej, byłam nawet w kinie, bo już od ponad tygodnie siedzę głównie w moim pokoju.

To wszystko sprawia jednak, że za kilka dni wsiądę w samolot lecący w kierunku, którego w bliższym ani dalszym czasie nie planowałam, jednak z dzisiejszej perspektywy jedynym rozsądnym.

Powyżej zdjęcia z mojego magicznego okna.

Colombo na dowidzenia

IMG_2451

IMG_2439nowyIMG_24311IMG_2436
IMG_2422nowy
IMG_2442
IMG_2443nowy
IMG_2446nowy1IMG_24441
IMG_2434nowy

Ostatni dzień na Sri Lance. Wilgotny oblepiający upał. Udało mi się trochę przespać i poszłam zobaczyć jeszcze raz moje ulubione miejsca w mieście.

Wieczorem wracam do hostelu zatłoczonym autobusem. Nie ma żadnych miejsc siedzących i stoję w tłoku pośrodku autobusu. Robi mi się trochę słabo, nie ma czym oddychać. Resztę drogi jadę w otwartych drzwiach autobusu. Czuję, że przyjdzie mi zapłacić za nocną jazdę autobusem. Rano jest mi słabo i zastanawiam się jak uda mi się dowlec z bagażami na przystanek autobusowy.

Dojeżdżam autobusem na dworzec autobusowy skąd odjeżdżają busy na lotnisko. Pytam kierowcy ile kosztuje bilet – 110 rupi. Mam w kieszeni ostatnie 120 rupi. Wsiadam do autobusu i czekamy aż będzie więcej pasażerów. W końcu ruszamy, po drodze autobus zatrzymuje się na wielu przystankach. W końcu konduktor pochodzi do mnie z biletem i mówi 220 rupi. Przecież mówił, że 110 rupi. Tak, ale mój bagaż też wymaga biletu. Mówię mu, ze widział mnie z bagażem i nic nie powiedział, nawet pomagał mi go umieścić między siedzeniami. Mówię, że nie mam więcej kasy i on obrażony obchodzi.

Na lotnisku podłamuję się trochę po zważeniu moich bagaży. Na lotnisku biorę nurofen i opatulam się szalem. Formalności jak zawsze trwają w nieskończoność, przechodzi się przez wiele bramek i trzeba skanować bagaż podręczny w kilku miejscach nawet jak nikt przy maszynie nie siedzi. Przy wydawałoby się ostatniej już odprawie znów się mnie czepiają, że nie mam biletu powrotnego z Indii. Ściemniam, że mam go w bagażu głównym i rzeczywiście znajduję potem przeterminowaną o kilka miesięcy, ale jednak, rezerwację na wylot z Indii. Moja wiza wygasa dopiero pod koniec lipca i nie rozumiem dlaczego na koniec kwietnia powinnam już mieć bilet.

Tuż przed wsiadaniem do autobusu podwożącego do samolotu znów przeszukują wszystkim bagaże podręczne. Na dworzu, jakby nie można było tego zrobić w klimatyzowanej poczekalni, gdzie wszyscy czekali na autobus. W końcu wsiadamy do autobusu. Pani większych rozmiarów myśli, że będę się przeciskała na swoje miejsce po jej kolanach, bo jej się nie chcę tyłka podnieść. Wszyscy siedzą już na swoich miejscach i dopiero wtedy czuć jak wewnątrz samolotu jest gorąco. Nie wydaje mi się, żeby były nadawane jakieś komunikaty na ten temat. Pytam przechodzącą stewardessę, i słyszę, że klimatyzacja jest zepsuta i temperatura obniży się jak samolot zacznie się wznosić. Ale nie wznosi się jeszcze przez co najmniej pół godziny.

Trincomalee

IMG_2409nowy

IMG_2394nowyIMG_2399nowyIMG_2374IMG_2378nowyIMG_2344nowyIMG_2369nowyIMG_2340nowyIMG_2339nowyIMG_2367IMG_2387IMG_2383nowyIMG_2349IMG_2324

Trincomalee to małe miasteczko położone na wschodnim wybrzeżu Sri Lanki. Pierwsze wrażenie nie najlepsze, bo to nic specjalnego. Natomiast jest położone w zatoce nad samym oceanem i ma kilka uroczych miejsc. Najbardziej polecana przez przewodnik jest Swami Rock. Wiedzie do niej zacieniona droga najpierw nad brzegiem oceanu, później skręca na tereny jednostki wojskowej. Jest to także teren starego holenderskiego fortu zwanego dziś Fortem Fredericka. Przechodzi się przez bramę z wykutym rokiem 1615. Po drodze jest buddyjska świątynia z wysokim stojącym posągiem Buddy i pięknym widokiem na zatokę.

Po drodze do Swami Rock jest dużo dzikich ale nie bojących się ludzi łani. Na końcu drogi jest duża, pięknie położona średniowieczna hinduska świątynia Koneswaram Temple zwaną świątynia o tysiącu filarów. Z boku świątyni jest Swami Rock, zwaną skałą zakochanych. Na zboczach skały jest wiele figur hinduskich bogów.

Kiedy przyjechałam do Trincomalee, na plaży właśnie odbywały się obchody Nowego Roku (który się tu celebruje cały miesiąc).

Następnego dnia dołączyła do mnie koleżanka. Udało jej się znaleźć guesthouse położony na samej plaży, cisza, spokój i dużo rybackich łodzi. Spędziłyśmy część dnia łażąc po nieciekawym miasteczku szukając czegoś do jedzenia na co miałybyśmy ochotę a drugą część dnia czytając na plaży.

Wieczorem miałam nocny autobus powrotny do Colombo. W autobusie okazało się, że moje siedzenie jak i wszystkie dookoła były zajęte tobołami jakiegoś podpitego faceta. Upierał się, że nie zabierze swoich toreb, powtarzał „no, Madame”, a w końcu zaczął mnie poklepywać po ręku. Ryknęłam, żeby mnie nie dotykał i zabierał manele z mojego siedzenia. Bez skutku. W końcu przyszedł konduktor i facet siebie samego i wszystkie swoje toboły przetransportował na koniec autobusu. Autobus był z klimatyzacją. Jednak albo była włączona na pełny regulator i było jak w chłodni albo ją wyłączali i roznosiło się po autobusie wilgotne ciepełko. Kierowca ciągle otwierał okno i pluł a konduktor ciągle otwierał drzwi i wpuszczał nowych pasażerów. Po kilku takich seansach raz sauna raz chłodnia zatkałam zasłoną najbliższy mnie nawiew. Droga – autostrada w przebudowie – okropna. W końcu nad ranem dotarłam do Colombo.

Dżungla za płotem i słonie

IMG_2302nowyIMG_2255IMG_2292nowyIMG_2246IMG_2207IMG_2201IMG_2273IMG_2315nowyIMG_2320IMG_2251IMG_2318IMG_2250IMG_2199IMG_2252IMG_2218nowyIMG_2249IMG_2204IMG_2253nowyIMG_2202IMG_2304nowyIMG_2219

Cały czas jestem w Dambulli 🙂 Fajnie tu. Miasteczko takie sobie. Ma fajne miejsca, ukryte przed oczami przejezdnych turystów. Poza Rock Temple to mało turystyczne miejsce. Dobrze, bo restauracje mają ceny dla miejscowych. Mój hostel jest na uboczu, mimo że tuż obok jest autostrada – w przebudowie. Cisza i spokój. Do centrum miasteczka 15 minut na piechotę. Z dworca autobusowego regularnie odjeżdżają autobusy do wszystkich interesujących miejsc w bliższej i dalszej okolicy. W hostelu czasem jestem jedynym gościem, a czasem zbierze się grupa fajnych osób. Za płotem dżungla 🙂 Trochę udomowiona. Rzeka niedaleko. Palmy i plastikowy basen w hostelowym ogrodzie.

Z koleżanką z hostelu pojechałyśmy na miejskie wysypisko. Śmieci są tam wywożone 2 razy dziennie. I wtedy też można zobaczyć słonie. Z tuk tuka przesiadłyśmy się do śmieciarki (dzięki uprzejmości kierowcy). Śmieciarka lux wersja 🙂 nowiutka, folia jeszcze na siedzeniach i klimatyzacja. Dzięki temu mogłyśmy być naprawdę blisko słoni. Tuk tuk ze względów bezpieczeństwa nie podjechałby tak blisko. Niesamowity widok: kilka tych olbrzymich dzikich zwierząt na wyciągnięcie ręki. Przykre, że jedzą na śmietniku. Może tak, jak część ze zwierząt żerujących na wysypiskach robią to bo to najłatwiej dostępne jedzenie. Albo miałyby problem znaleźć wystarczające ilości gdzie indziej.

Słoń podobno powinien jeść około 18 godzin dziennie, żeby zaspokoić swoje potrzeby. Często słonie, które są ujeżdżane przez turystów nie mają takiej możliwości. Czasem podawaną są im narkotyki. Treser słonia ma w ręku metalową pałkę, którą często bije słonia po głowie. Ujeżdżane słonie najczęściej mają nogi spętane łańcuchem. Dlatego nigdy nie będę jeździć na słoniu, ani też nie odwiedziłam żadnego z ośrodków ze słoniami, które są na Sri Lance. W niektórych jak w Elephant Orphanage pomaga się chorym słoniom, które by pewnie nie przetrwały na wolności. Ale od osób, które odwiedziły te miejsca słyszałam, że niektóre słonie są spętane łańcuchami.

Niedaleko od Dambulli jest National Iron Wood Park and Rose Quartz Mountain Range. Super miejsce na upał. Najpierw jest to spacer przez dżunglę. Przystanek na sok z zielonych pomarańczy z solą i napar z belly fruit (podobno ma działanie oczyszczające) z jaggery – brązowym cukrem z Indii, powstającym przez odparowanie soku z drzewa palmowego. Potem krótka wspinaczka po skałkach. Gdzieniegdzie widać różowy kolor, który w większości wyblakł w palącym słońcu. Na szczycie posąg siedzącego Buddy i widok na góry i dżunglę.

W drodze powrotnej oglądanie odcisku stopy słonia, dotykanie krów, przyglądanie się przebiegającej drogę manguście, podziwianie niezliczonej ilości ptaków, ludzie kąpiący się w zaporze. Spotkanie z policją i mandat dla przemiłego kierowcy tuk tuka za przewożenie nadmiarowej ilości pasażerów. To akurat trochę szokujące, gdy dookoła widzi się tuk tuki napchane do granic możliwości. Po powrocie obiad ugotowany własnoręcznie w hostelowej kuchni i kąpanie hostelowego szczeniaka 🙂