Canberra

IMG_8590dddIMG_8416IMG_8415IMG_8544IMG_8404dddIMG_8566IMG_8576IMG_8462IMG_8610IMG_8515IMG_8461

Z Narodowego Parku Kościuszki jedziemy do Australian Capital Territory ACT (Australijskie Terytorium Stołeczne). Canberra to stolica Australii. Znajduje się w New South Wales (Nowa Południowa Walia). W mieście jest dużo terenów zielonych. Canberra robi dość dziwne wrażenie. Nie ma żadnego centrum. W środku miasta jest jezioro Burley Griffin i miasto jakby przysiadło na obu jego dłuższych brzegach. Transport publiczny raczej nie jest dobry.

To miasto to siedziba parlamentu narodowego i wielu państwowych instytucji.

Odwiedziliśmy Australian War Memorial. Jest to miejsce poświęcone pamięci 102 tyś Australijczyków, którzy stracili życie w kilku wojnach w ciągu ostatnich 100 lat. W środku jest świetne muzeum.

Parlament narodowy (nowy budynek) usytuowany na Capital Hill jest dostępny do zwiedzania. Załapaliśmy się na darmową wycieczkę z przewodnikiem, ale można też zwiedzać indywidualnie. Trochę historii budynku, który został oddany do użytku w 1988 roku, pełny jest symboli związanych z Australią. Obok jest stary budynek Parlamentu z 1927 roku i ogrody przylegające do niego – także udostępnione dla zwiedzających.

Mount Ainslie jest tuż obok war Memorial. Jest to najwyższa góra w obrębie miasta. Ma 843 mnpm. Otoczona jest ładnym parkiem. Ze szczytu rozciąga się widok na miasto. To chyba też najlepszy punkt do oglądania panoramy miasta nocą.

Black Mountain położona jest po przeciwnej stronie miasta niż Mount Ainslie. Ma 812 mnp. Na szczycie góry jest wieża widokowa. Obok jest ogród botaniczny do którego nie udało nam się dotrzeć.

W północnej części miasta jest Cockington Green – park miniatur. Są tam miniatury budynków z angielskiej wsi, a w drugiej części parku znajdują się najbardziej znane budynki z wielu krajów świata. Wszystko zorganizowane w pięknym ogrodzie pełnym cudnych kwiatów.

 

Kościuszko National Park and the highest peak of Australia

IMG_8245IMG_8020IMG_8028IMG_8292ffIMG_8249IMG_8022IMG_8348IMG_8059IMG_8340dddIMG_8329IMG_8353IMG_8273fffIMG_8178dddIMG_8328dddIMG_8153ddd

Park Narodowy Kościuszko (lokalna wymowa Kozjosko) jest położony w stanie New South Wales (Nowa Południowa Walia). Na terenie parku znajdują się Snowy Mountains (Góry Śnieżne) i najwyższy szczyt Australii – Góra Kościuszki 2228 mnpm.

Dla mnie to początek kilkudniowej podróży w zupełnie innym stylu niż dotychczas. To road trip z moim kuzynem. Dobrze czasem dać komuś zająć się wszystkim. Wygodnie rozsiąść się, dać się wcisnąć w fotel, podziwiać widoki, robić zdjęcia przez okno, śmiać się, słuchać radio a tam gdzie nie odbiera pozwolić Annie German, Backstreet Boys i Lea Salonga towarzyszyć nam.

Góra Kościuszki to był dla mnie numer 1 w planach na Australię. Park jest piękny. Pierwszego dnia dojechaliśmy do Jindabyne już po ciemku. Im głębiej w góry tych chłodniej. Jak wyjeżdzaliśmy z Melbourne temperatura dochodziła do 30 stopni, a zima skończyła się raptem kilka dni wcześniej. Ostatnie 120 km drogi wiodło przez sam park i minęliśmy tylko 5 samochodów. Zobaczyłam też po raz pierwszy kangury. Było też dużo jeleni. Wzdłuż drogi było sporo martwych wombatów. Jak na razie nie widziałam żadnego żywego. Zwykle leżą na plecach, z łapkami do góry. Były też martwe jelenie i kangury w różnym stadium rozkładu. To okropne ile tych pięknych zwierząt jest zabijanych przez samochody.

Wraz z końcem zimy skończył się tu sezon narciarski i Jindabyne wyglądało na opuszczone. W sezonie zimowym na pewno tętni życiem. Niestety żeby tu dojechać trzeba mieć samochód. Wprawdzie w internecie znalazłam jakieś połączenie z trzema przesiadkami, ale nie udało mi się dowiedzieć, czy jest wciąż aktualne. No i bez samochodu trudno dojechać do szlaków w parku.

Pierwszego dnia wybraliśmy się na łatwy około 20 kilometrowy spacer szlakiem wiodącym wzdłuż i przecinającym rzekę Thredbo.

Następnego dnia weszliśmy na najwyższą górę w Australii – górę Kościuszki. Wzdłuż drogi prowadzącej do Thredbo rozciąga się las martwych drzew (przynajmniej tak wyglądały na progu wiosny). Krajobraz miejscami księżycowy. Kolory szaro bure. Może latem jest bardziej zielono.

W górach było wciąż pełno śniegu. Dzień był wymarzony na to, słońce i zero wiatru. Około połowa szlaku była pokryta śniegiem. Za radą pana ze sklepu sportowego wypożyczyliśmy snow boots (buty śnieżne) – rodzaj dużych, plastikowych nakładek na buty, które mają zęby od spodu. Najpierw wydawało mi się, że niesiemy to bez sensu, ale przydały się na ostatnich 2 kilometrach. W górach, jak to w górach – pięknie:) Wzgórza pokryte śniegiem, malownicze skały. Szlak łatwy. Trudno uwierzyć że to Mount Everest Australii 🙂 Duża jego część wiedzie wzdłuż Snow River (Rzeki Śnieżnej).

Jakieś 2 km od szczytu nagle nadleciały 2 F16 i dwukrotnie okrążyły góry 🙂 Kto wie? Może kiedyś i to marzenie uda mi się zrealizować 🙂

 

Great Ocean’s Road and 12 Apostoles

IMG_8006IMG_7987dddIMG_7910dddIMG_7981IMG_7923IMG_7852IMG_7972IMG_7887IMG_8005IMG_79821IMG_78752IMG_78743

Great Ocean Road to trasa 421 kilometrów położona nad brzegiem Oceanu Spokojnego. Po drodze rozciągają się piękne widoki na puste (przynajmniej o tej porze roku) plaże turkusowy ocean, surferów, aksamitne zielone wzgórza. Droga została wybudowana w latach 1919 – 1932.

12 Apostołów to skały wystające z oceanu, które tysiące lat temu oddzieliły się od klifów. Nawet w piękny słoneczny dzień widoczność nie jest idealna, bo drobinki wody unoszą się w powietrzu i sprawiają wrażenie lekkiego zamglenia. Pogoda była cudna, tak jak i widoki. Świetna towarzyszka siedząca koło mnie, godziny śmiania się 🙂

 

Melbourne po raz drugi

IMG_7131dddIMG_7282IMG_7198dddIMG_7059IMG_7114IMG_7184dddIMG_7075IMG_7219dddIMG_7103IMG_7194IMG_7160IMG_7100IMG_7085IMG_7242dddIMG_7091dddIMG_7200IMG_7240IMG_7207dddd

Czas spędzony w Melbourne to dla mnie oprócz zapoznawania się z miastem, przede wszystkim poznawanie rodziny, z której wcześniej spotkałam tylko kilka osób. Przyjęcia urodzinowe i jazda na rowerze z Wujkiem. Uzupełniania drzewa genealogicznego, którym się od dawna zajmuję. Słuchanie rodzinnych historii, tych z dawnych czasów i tych współczesnych. Ciekawe rozmowy o jedzeniu turków, byciu starą krową, o tym kto widział kangaruny i czy tuńczyk to warzywo, a także co można powiedzieć po poznańsku a co po wietnamsku.

Cały tydzień spędziłam też z koleżanką z podstawówki, która od dawna mieszka w Australii. Oglądałyśmy film z jej wesela sprzed 11 lat. Opowieści o latach spędzonych w szkole, a przede wszystkim to co po szkole, historie o wspólnych znajomych, tematy nie do wyczerpania 🙂

Kiedy byłam jeszcze w Azji koleżanka uprzedzała mnie że teraz na południu Australii jest bardzo zimno (pojęcie względne). Miałam trochę dość tropikalnych upałów i naprawdę cieszyłam się na trochę chłodu. Kiedy jednak wysiałam z samolotu a różnica temperatur między Bangkokiem a Melbourne była 20 stopni to już nie cieszyłam się aż tak bardzo 🙂

Tutaj dopiero wiosna się zaczyna. Dla mnie to druga wiosna w tym roku 🙂 Drzewa i trawa mają ten cudny odcień zieleni zarezerwowany tylko dla wiosny.

Przez kilka dni dość mocno marzłam, mimo że było słonecznie, ale potem na szczęście temperatura wzrosła.

Lata spędzone w wilgotnej Irlandii powodują że nawet w Polsce bardzo odczuwam suchość powietrza na mojej skórze. Po miesiącach w wilgotnych tropikach w super suchej Australii muszę się ciągle kremować.

Któregoś dnia w rozmowie o mojej poprzedniej podróży do Indii w 2013 roku wyszedł temat książki Shantaram napisanej przez Gregory David Roberts. Okazało się, że moja Ciocia go zna 🙂 Książka jest niesamowita, oparta na prawdziwej historii. Naprawdę godna polecenia.

W tym roku w październiku została wydana kolejna jego książka ”The Mountain Shadow”.

W weekend znajomi zabrali mnie do Mount Dandenong. Są to piękne wzgórza z parkiem z rzeźbami autorstwa Williama Rickettsa. Rzeźby a piękne, przedstawiają wizerunki Aborygenów, którzy kiedyś zamieszkiwali całą Australię. Dziś są w zdecydowanej mniejszości i raczej kiepsko zaadaptowali się w dzisiejszym australijskim świecie rządzonym przez białych ludzi.

Wybraliśmy się też na niedzielny targ staroci w Camberwell.

Miałam okazję ugotować coś dla przyjaciół a także upiec kilka ciast, w tym jedno w towarzystwie 4 letniego młodzieńca, który właściwie przejął stery w kuchni 🙂

Któregoś dnia wracając do domu koleżanki (musiałam się przesiąść z pociągu do autobusu a potem znów do pociągu ze względu na to, że część torów była w remoncie przez kilka dni) zamiast uważać na stacje, na których zatrzymuje się pociąg, czytałam sobie książkę, czekając aż ludzie zaczną masowo wysiadać, żeby przesiąść się do autobusu, a że nikt nie wysiadał wylądowałam na dalekich przedmieściach nad morzem 🙂

 

Melbourne, Australia

IMG_7665IMG_7424sssIMG_7363IMG_7356dddIMG_7417IMG_7473dddIMG_7506sssIMG_7319IMG_7807IMG_7481dddIMG_7382dddIMG_7375IMG_7406dddIMG_7448IMG_7334IMG_7824sssIMG_7755IMG_7403IMG_7421IMG_7358IMG_7676

Po przejściu przez security check na lotnisku w Bangkoku kupuję dużą butelkę wody. Przy bramce każą mi ją wyrzucić do kosza. Na pokład samolotu lecącego do Australii nie można wnosić jedzenia i picia. Pierwszy raz się z czymś takim spotykam. Pracownik lotniska mówi, że napoje będą rozdawane samolocie. Niestety, to tanie linie lotnicze i nie ma ani napojów, ani jedzenia czy choćby filmu za darmo. Australijski formularz imigracyjny wypytuje o przywożone jedzenie, nasiona, rośliny, pobyt na wsi w ostatnim czasie, narkotyki i materiały niebezpieczne (swoją drogą jakby ktoś to przewoził, raczej by tego nie zgłaszał w formularzu), a także czy przywozi się ziemię, choćby przylepioną do butów. Nie pamiętając w jakim stanie są moje buty treakingowe, na wszelki wypadek zaznaczyłam że nic nie mam przylepione 🙂

Australia to kraj bardzo duży, jedyny na świecie obejmujący cały kontynent, tylko trochę mniejszy niż Europa. Państwo należące do Oceanii, położone na półkuli południowej i wschodniej. Jedno z najmniej zaludnionych państw świata (w przeliczeniu na kilometr kwadratowy). Była kolonia brytyjska. Głową państwa jest królowa brytyjska reprezentowana przez gubernatora generalnego. Australia jest podzielona na 6 stanów a jej stolicą jest Canberra.

Australia ma najniższe średnie opady w porównaniu do innych kontynentów.

Melbourne jest położone na południu Australii wokół portu Phillip i jest stolicą stanu Victoria. Jest to drugie (po Sydney) największe miasto w Australii.

To bardzo przyjemne miasto, pełne parków i ogrodów. Architektura jest dość ciekawa. Miasto zostało założone w 1835 roku. Więc to co tu jest jako ”stare” na starym kontynencie uznane byłoby jako nowe 🙂

Jest tu dużo sztuki ulicznej jak murale i grafitti. Przyjemna plaża, mnóstwo fajnych kafejek i restauracji.

Bardzo fajny ogród botaniczny który oferuje darmowe wycieczki przybliżające nazwy i pochodzenie roślin. Obok jest Melbourne War Memorial (pomnik wojenny), z którego rozciąga się piękny widok na miasto. Warto odwiedzić Queen Victoria Market – market imienia Królowej Wiktorii, spędzić czas w parkach, pospacerować nad rzeką Yarra, podziwiać kościoły i budynki, zwłaszcza Melbourne Exhibition Centre, odnaleźć murale i grafitti, które są w Inner City (samo centrum miasta), obserwować ptaki w tym papugi, wybrać się na plażę.

Z lotniska odebrał mnie kuzyn i to była zapowiedź bardzo miło i interesująco spędzonego czasu z rodziną i koleżanką z podstawówki 🙂

 

Bangkok po raz drugi

IMG_6979IMG_7008IMG_6972dddIMG_7021dddIMG_6998dddIMG_6999dddIMG_7039IMG_7001IMG_6990dddIMG_7006IMG_7000dddIMG_7036IMG_6987IMG_7035IMG_7033IMG_7016IMG_7012ddd

Ostatnie 2 dni w Tajlandii spędzam w Bangkoku. Wybieram się na Golden Mountain – Złotą Górę. Jest to świątynia położona na wzgórzu. Piękna panorama miasta. Potem odwiedzam Jim Thompson’s house – dom Jima Thompsona. Był Amerykaninem, byłym agentem CIA. W 1946 roku przeprowadził się na stałe do Tajlandii i złożył swoją firmę tekstylną. Firma odniosła duży sukces. Wspierał lokalną społeczność i wyciągał ludzi z nędzy poprzez skupowanie materiałów tkanych w domach przez biedaków. Firma sprzedawała tylko bawełniane tkaniny. Thompson był także kolekcjonerem dzieł sztuki z Tajlandii.

Muzeum, w które został zamieniony jego dom, po jego zaginięciu mieści sporą kolekcję dzieł sztuki. Na ścianie wisi certyfikat wystawiony przez specjalistę od horoskopów określający szczęśliwą datę wprowadzenia się do domu. Ten sam horoskop określił, że w roku 1967 przytrafi mu się nieszczęście.

Jim Thompson zniknął 26 marca 1967 roku w czasie swoich wakacji w Cameron Highlands w Malezji. Wybrał się na treaking po dżungli. On sam ani jego ciało nigdy nie zostało znalezione.

Wieczorem wybrałam się z koleżanką do sky bar – baru na dachu lub prawie na dachu wieżowca. W tym do którego chciałam iść niestety obowiązywał dress code, a jak się nie ma fancy clothes to trzeba wybrać inny. Drogie piwo ale super widok na Bangkok nocą.

 

Jedzenie

Nie piszę o jedzeniu, bo to nie jest podróż kulinarna. No w każdym razie nie tylko.

To nie tak, że jedzenie nie ma dla mnie znaczenia. Ma, lubię jeść dobre rzeczy. Natomiast moje upodobania kulinarne są dość specyficzne. Ponadto nie przeszkadza mi jedzenie przez wiele dni, a w przypadku śniadań – miesięcy i lat codziennie tego samego. Np owsianka z owocami i miodem, albo kanapki z ulubionym chlebem, wędzonym oscypkiem i ogórkiem kiszonym Mamy. Nie dla mnie dylematy jaką ilość zupy ugotować, żeby wystarczyła tylko na jeden dzień. Dobrą zupę będę chętnie jeść przez wiele dni 🙂

Zakres rzeczy które lubię i jem nie rzuca na kolana, choć i tak w ciągu kilku ostatnich lat rozszerzył się do poziomu nie spodziewanego przeze mnie samą.

Jestem wegetarianką i czasem jestem w raju jedzeniowym, a czasem mam problem, żeby znaleźć coś nadającego się dla mnie do jedzenia.

Wydawała mi się że lubię tajskie jedzenie. No w każdym razie tajskie jakie jadłam w Irlandii.

Tu w Tajlandii okazało się, że chyba raczej nie lubię.

Dość często jem ryż smażony z warzywami. Gdy byłam w Chiang Mai miałam okazję jeść najgorsze żarcie w czasie całej podróży przez Tajlandię. W jednej knajpce 2 osoby brały ode mnie zamówienie na herbatę z cytryną. Chciałam się dowiedzieć czy jest z prawdziwą cytryną czy tylko jakieś sztuczności o smaku cytryny. W końcu dostałam coś z lodem i ze złości wyszłam z restauracji.

W następnym miejscu dostałam wstrętną herbatę i najgorszy w życiu ryż z warzywami.

Kiedy mam dni, że w autobusie czy pociągu spędzam cały dzień wtedy jem najwięcej świństw typu ciasteczka czy batoniki. Niestety na dworcach autobusowych czy kolejowych nie ma dobrych miejsc do zjedzenia. Bardzo rzadko można znaleźć kramik z owocami. Wkurza mnie jakie ilości świństw pochłaniam z powodu okoliczności. Pewnie jeśli bym się lepiej przygotowała to mogłabym wieźć z sobą zakupione wcześniej owoce. Moje ulubione – banany źle bardzo znoszą transport.

Zaskakujące jest ile zupek z torebki i dań z kubka zalewanych wrzątkiem jedzą ludzie w Azji.

W wielu sklepach typu 7/11 można na miejscu zalać wrzątkiem takie danie.

Czasem na night market mogę znaleźć sporo dobrego jedzenia, a czasem odór gotowanego, pieczonego czy smażonego mięsa mnie odstrasza.

Któregoś dnia w hostelu w Bangkoku był integracyjny tajski obiad – thai pot (tajski kociołek). Dla mnie w samej wodzie, dla mięsożerców w rosole, były gotowane różne warzywa i grzyby. Każdy sam wkładał do gara co chciał jeść. Obok na elektrycznym grillu smażone było mięso. Zupełnie mnie to nie zachwyciło 🙂 Większość kapusty i marchewki zjadłam na surowo:)

 

Kanchanaburi 6

 

IMG_6945IMG_6822dddIMG_6796IMG_6895IMG_6938IMG_6969dddIMG_6836IMG_6937dddIMG_6952IMG_6965Kanchanaburi jest położone na zachód od Bangkoku. Dla mnie jest znane z jednej rzeczy – mostu na rzece Kwai. Nie wiedziałam, że to miejsce jest w Tajlandii. Jak się zorientowałam to skróciłam pobyt w dwóch innych miejscach, żeby odwiedzić to miasto. Dawno temu oglądałam ten film z Dziadkiem i po prostu musiałam tu przyjechać.

Plany budowy kolei z Bangkoku do Rangunu (Myanmar) przez dżunglę mieli już brytyjscy kolonizatorzy. Uznali jednak, że przedzieranie się przez dżunglę będzie zbyt trudne. W czasie II Wojny Światowej tereny dzisiejszej Tajlandii i Myanmar (Birmy) były okupowane przez Japonię. By zapewnić sobie alternatywny rodzaj transportu oprócz morskiego, (którego się obawiali ze względu na alianckie łodzie podwodne) zdecydowali o rozpoczęciu budowy. Budowę całej linii kolejowej (415 km) na trasie Tajlandia – Myanmar (Birma) rozpoczęto w czerwcu 1942 roku równocześnie z obu krańców linii. Najtrudniejszy odcinek trasy znajduję się blisko Kanchanaburi. Nazywany jest Hellfire Pass – Przejście Ognia Piekielnego. Przez 18 godzin dziennie jeńcy byli zmuszani wykuwać przejście w litej skale przy użyciu prymitywnych narzędzi. Przejście to zostało tak nazwane ponieważ jeńcy pracujący w świetle pochodni wyglądali jakby przedstawiali sceny z piekła. Obie części trasy zostały połączone w październiku 1943 roku i budowa została zakończona po rekordowych 16 miesiącach. Dziś ta trasa nazywana jest Deth Railway – Kolej Śmierci. 180 tyś przymusowych robotników z ludności azjatyckiej oraz 60 tyś alianckich jeńców wojennych budowało tę trasę. 90 tyś Azjatów oraz 16 tyś Aliantów zmarło przy budowie tej kolei. Głównie z powodu katorżniczej pracy i chorób.

Pierwszy most na rzece Kwai został zbombardowany w 1945 roku przez Aliantów. Obecny most został wybudowany przez Japończyków już po wojnie w 1947 roku i jest do dziś używany.

W 1957 roku nakręcono film pod tytułem the Bridge over the River Kwai (Most na rzece Kwai) w reżyserii Davida Leana. Film jest ekranizacją książki o tym samy tytule napisanej w 1952 roku przez Pierre’a Boulle. Film zdobył Złoty Glob oraz 7 Oskarów.

Nakręcono jeszcze 2 filmy o tej tematyce. W 1988 roku powstał film Return from the River Kwai (Powrót znad rzeki Kwai) i w 2013 roku Railway Men (Droga do zapomnienia).

A tak na marginesie to uwielbiam polskie tłumaczenia tytułów filmów. Nie można się zorientować po tytule czy już się dany film oglądało po polsku.

W Kanchanaburi, niedaleko od mostu jest świetne muzeum II Wojny Światowej.

Kanchanaburi Allied War Cementary to cmentarz żołnierzy alianckich. Jest to ostatnie miejsce spoczynku blisko 7 tyś żołnierzy głównie z Wielkiej Brytanii, Australii i Holandii. Ten cmentarz to dar Tajów i miejsce pamięci żołnierzy, którzy zginęli na ich ziemi.

Wieczorem gdy szłam ze znajomymi na night market mijaliśmy wiele barów i restauracji. Nazwy typu Luky. W środku panie w krótkich sukienkach i na obcasach. Klientela męska, biała, średnia wieku 60 lub więcej.

 

Ayuthaya

 

IMG_6778dddIMG_6770dddIMG_6793IMG_6782IMG_6763dddIMG_6774dddIMG_6772IMG_6779dddIMG_6753

Ayuthaya to miasto położone 80 km na północ od Bangkoku. W starej części miasta jest wiele interesujących świątyń zbudowanych pomiędzy XIV a XVIII wiekiem.

Ayuthaya była królestwem Syjamu od 1351 do 1767 roku.

Świątynie są na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Miałam tylko kilka godzin na obejrzenie świątyń. Jest ich sporo i można by spędzić tam znacznie więcej czasu. Po południu można także popłynąć łodzią i zobaczyć dalej położone świątynie i słońce zachodzące za nimi.

W Tajlandii jest wiele biegających luzem psów. Nie wszystkie są bezpańskie. Tajowie chyba nie uznają trzymania psów w domach lub na zamkniętych posesjach. Czasem te psy biegają w grupach. Mają swoje sympatie i antypatie. Czasem na siebie szczekają, a czasem atakują. Nigdy nie miałam psa i trochę się ich boję. Na szczęście żaden z napotkanych psów nie był w stosunku do mnie agresywny, ani nie wiedziałam, żeby były agresywne do innych ludzi.

Przy jednej ze świątyń zobaczyłam parę młodą z fotografem i przyglądałam im się przez chwilę zanim zwróciłam uwagę na pałętające się psy. Jeden z nich miał, jak mi się wydawało małą ranę na grzbiecie. Jak przejechałam obok niego rowerem, to odwróciłam się, żeby na niego jeszcze raz spojrzeć. O mało nie spadłam z roweru jak zobaczyłam, że ta rana to był brak skóry na grzbiecie o wielkości około dwóch dłoni. Jeszcze nie wyglądał na chorego, machał ogonem. Nie wiem co w takiej sytuacji można zrobić. Bo podejście do obcego rannego psa może być bardzo ryzykowne. Okropnie się potem czułam, bo nie zrobiłam nic. I ten widok najbardziej zapadł mi w pamięci z całej Ayuthai. Mogę mieć tylko nadzieję, że ktoś temu psu pomógł.

 

Sukhotai

IMG_6672dddIMG_6719dddIMG_6695dddIMG_6744IMG_6688IMG_6667ddIMG_6716dddIMG_6712dddIMG_6736IMG_6703ddd

Sukhotai jest to miasto położone 450 km na północ od Bangkoku. W Sukhotai Historical Park jest wiele XII i XIII wiecznych świątyń. Są one w miarę dobrze zachowane. Wyglądają jak miniatury kompleksu świątynnego Angkor w Kambodży. Sukhotai jest na liście Światowego Dziedzictwa Kultury Unesco. Dobrze jest wypożyczyć rower, bo część interesujących świątyń znajduje się poza głównym kompleksem.

Sukhotai było królestwem przez 120 lat na przełomie XIII i XIV wieku. Obejmowało centralno – północną część obecnej Tajlandii.

Wieczorem w mieście był night market. Sporo jedzenia, ciuchów, ale także koncert, a z drugiej strony marketu dancing 🙂