Powerscourt Gardens, Enniskerry, Co. Wicklow

hebsbhbLCpKLkye7CX

bjF6GuJIPkgvaxcHRX

kxvcrZfOM7FAKMBD5X

SL4X2JhVQUmJbUqEaX

EZgKpX2OKTLEBbGM7X

f0JqyGLuJNckbvay5X

k85bNHeU2W602ihb6X

8XxXZ8yqA6iHDSeeLX

7A9PQBmcaIWv8wcdJX

qBO5llnFRfb4ri5zyX

l8GQusyRWL0fAnatjX

Wmxpqde3P2pkYavedX

Uy0qupjDFuyY91VuLX

Ze0qHQzuOmM57e0NXX

i84vJ5VK2HEWyiyRlX

UyT7dL28YmuDPSspTX

dsnGDNJSUCsxjH6mXX

5NNyUHry5nlQdlpU0X

b6rRPq4bblYITc7FbX

JkG0vG3eRpQxbPae5X

9CY7bCoD69kwtoJBFX

WrHaLWJ5jl211JFOEX

FEFSNkcYcIUbYbPuXX

Ibibz64tzRkdlI9kWX

Ogrody Powerscourt znajdują się w Enniskerry, w Hrabstwie Wicklow. Obecny dwór został zbudowany w XIII wieku, jako zamek. W XVI wieku posiadłość przeszła w ręce rodziny Powerscourt. W latach 1731 – 1741 średniowieczny zamek został przebudowany na wzór nowoczesnego dworu wiejskiego. Od południowej strony dworu, rozpościerają się piękne ogrody zaprojektowane w XVIII wieku na zlecenie VII Vice Hrabiego Powerscourt. Obejmują one japoński ogród, jeziorko Triton, skrzydlate konie, kamienną wieżę, ogród włoski, cmentarz zwierzęcy oraz ogród za murami. Wykonanie ogrodów zajęło 20 lat i zostały one ukończone w 1880 roku.

W 1961 roku cała posiadłość została sprzedana przez IX tego Vice hrabiego Powersocurt Ralphowi Slazenger. Jego córka Wendy poślubiła X tego Vice Hrabiego Powerscort i posiadłość do dziś jest w posiadaniu rodziny Slazenger.

W 1974 roku dwór został odnowiony i miał zostać udostępniony dla zwiedzających. Przed otwarciem, duża część budynku spłonęła w pożarze. XIII wieczne mury czekały ponad 20 lat na kolejną odnowę i ostatecznie, w 1996 roku dwór został otwarty dla zwiedzających.

Na terenie posiadłości było kręconych wiele filmów. Dziś jest to jedna z głównych atrakcji turystycznych Irlandii. W 2014 roku National Geographic opublikował ranking 10 najpiękniejszych ogrodów na świecie i Powerscourt zajął trzecie miejsce.

Wybrałam się tu z koleżanką w piękną słoneczną sobotę pod koniec października. Mimo, że byłam w Powerscourt kilkukrotnie wcześniej, zawsze zachwyca mnie to miejsce.

Kilrudery Gardens, Bray, Co. Wicklow

nYbg8iA2wZdlPEzHJX

W1KG0IbUi1bnKqXlbX

vaCmsOr0bDSaPRyYlX

bW2UK9k9gNheFNxT3X

XLEIOwXzo18809Ac6X

ka4bkFNO3FtnYILjbX

KIvbGey7gSHxxIGFAX

t9iN13GNGID7eF2K1X

M51pNaoOCCreVUeRAX

ITNJaODmGV47RDDEGX

JoL6FRXgxIalJezkEX

zU6AVA571QAXy4lm5X

Y5LVQqnmakmf6tYkjX

ruMHJay9xncpCwSBZX

0XvZTJ1ijXqjEXjAOX

8iNLvMBArKQ1wrPHBX

EihLtUkWsirmNi0VbX

2otaPBbnx4I7kzjjzX

mylQWiq9xIqjwMXSeX

0tMRmaftZz8dSNOctX

C1LaLa3c2xbGRFPtbX

 fdslNu5BVfQA67oaxX

 ObpZyaxaiTKGg6tKaX

byd6Kr2f3pzU8owszX

aqroUVKkwNrQAr7vCX

mkYgbTWXwaxbUCQBxX

 

Posiadłość i ogrody Kilrudery znajdują się Bray. Był (i nadal jest) to dom 16 pokoleń rodziny Brabazon. W 1534 roku Sir Brabazon został wysłany do Irlandii. W zamian za swoje zasługi dla króla Henryka VIII otrzymał prawo własności do opactwo Św. Tomasza w Dublinie, a także posiadłości Kilrudery. W 1627 roku jego wnuk został I Hrabią Meath. W 1651 roku II Hrabia Meath wybudował nowy dom w Kilrudery (poprzedni spłonął 6 lat wcześniej w czasie wojny domowej). W latach 1820 – 1830 X Hrabia przeprowadził gruntowną przebudowę domu. W rezultacie dwór zyskał tudorski styl architektoniczny.

W latach 50tych XX za czasów XIV Hrabiego wieku dwór przeszedł kolejną przebudowę. Dom znajdował się wówczas w nie najlepszym stanie. Wspaniałe wejście do budynku zostało wtedy zburzone i cała powierzchnia dworu znacznie zmniejszona.

Obecnie posiadłość ma 323 hektary. Jest w posiadaniu XV Hrabiego i Hrabiny Meath i jest użytkowany przez rodzinę. Ogrody i część dworu można zwiedzać. Były tu kręcone znane filmy i seriale telewizyjne.

Spędziłam tam razem z koleżanką bardzo przyjemne popołudnie. Wykupiłyśmy wycieczkę po dworze. Można obejrzeć tylko kilka pokoi na parterze i posłuchać o historii budynku i rodziny. W bibliotece są zdjęcia dworu sprzed ostatniej przebudowy.

Bray, Co. Wicklow

iwM7nHZSXF0iHVz2PX

za3xwHJmBjbCweBsEX

 mpk2ryayaXvaRQsKkX

RrnRZz84HpK3bT0KuX

M9ef4aHrd5rqKrjbwX

2EipdJ68AaMCdmrHUX

2nHbcIKPUfhmGOhTbX

 1beY35ksHrAu5x96KX

 ndR9vfBQo8dqWFWffX

1Mmcno1GJg5XhWYdJX

sdbaCqf87sorHmOjGX

4U6f5MPwDsNJFUemYX

XQFdvtLzQSc8rHB5oX

jExM9dByGpbBPTV9WX

cULTnJv3NvnGYhv4lX

J69dzuYVIA0ny3SkYX

TEvbcUy5vkIbwHucQX

yKHYOVbij2hEIG7YrX

k582suAakRb5weuQQX

EEDG2kyLi6uogtCzXX

vXZXiUdLmT8DQ7t4GX

l7a8p46nJ3kpmI8bcX

nRPCg9TWPZYN5J5DTX

g9AndEZarQeNlBQlsX

Wprowadzam się do nowego miejsca w Bray 3 dni przed rozpoczęciem pracy. Na jakimś forum znajduję faceta, który świadczy usługi transportowe. Mam niewiele rzeczy, ale ten transport wynosi mnie sporo mniej niż normalna taksówka. Kierowca jest Polakiem. Cała podróż trwa około 40 minut i większość drogi on albo zadaje pytania, których nie zadaje się obcej sobie, albo prezentuje swoją niezbyt ciekawą, pełną pogardy dla innych osobowość. Wypakowuję swoje rzeczy do nowego domu. On odjeżdża i po kilku minutach dzwoni, że może byśmy poszli na kawę. Dyskretną kawę, jak dodaje. Jak ktokolwiek, a zwłaszcza odrażający gościu, który ma żonę, pracującą na niego, by on mógł odnaleźć siebie, ma tupet by coś takiego proponować???

Mój nowy dom okazuje się pomyłką, o czym przekonuję się po 5 minutach. Jak mogłam nie zauważyć że tu jest tak brudno??? Przez kilka godzin sprzątam swój pokój i łazienkę i rozpakowuję nieliczne rzeczy. Problemem nie do pokonania staje się kuchnia, której się po prostu brzydzę. Gdy pytam o odkurzacz właścicielka domu zastanawia się przez chwilę, po czym wyciąga go spad sterty ciuchów. Odkurzacz nie ma tej plastikowej sztywnej rury ze szczotką, ale ona twierdzi, ze tej części nigdy nie było. Odkurzać trzeba więc w kucki. Po tygodniu i tak okaże się, że był to luksus który się więcej nie powtórzy, bo głupie dzieci właścicielki odkurzały kulki styropianowe – bez odkurzaczowego worka w środku. Odkurzacz kaput. Dom najczęściej wygląda jak po włamaniu, rzeczy walają się po podłodze, szafki w kuchni są zawsze otwarte. Przy stole nie można usiąść bo brudne skarpetki, brudne talerze i całe mnóstwo innych rzeczy się wala po blacie. No i dzieci. Jej zdaniem ciche. Moim, trudne do zniesienia. (Choć właściwie dla mnie większość dzieci zalicza się do tej kategorii.) W Halloweenowy weekend oglądam inne mieszkanie, i decyduję się tam za kilka dni przeprowadzić. W Halloween można tu zobaczyć czarownicę na przystanku autobusowym, albo zjawy spacerujące ulicą (tych akurat się boję).

W swoje urodziny zamiast skakać ze spadochronem i chodzić po górach w Nowej Zelandii jestem w pracy. Rano, gdy loguję się do systemu wyskakuje zapytanie, czy skoro są moje urodziny powinna tu być. Klikam – tak. Komputer zaczyna śpiewać happy birthday, a potem dołączają się współpracownicy:) Wieczorem pakuję się, bo to moja ostatni noc w domu u brudaski. Następnego dnia za to idę z koleżanką do Board Gais Energy Theatre – najnowszego i największego teatru w Dublinie. Bilety sponsoruje mój pracodawca :)Tym razem zamiast sztuki wyświetlany jest tu film Gwiezdne Wojny (2009) a muzykę zapewnia orkiestra. Wrażenia super. Muzyka jest cudowna, a film też mi się podoba. Jedyny minut to, że ludzie żrą popcorn, widać nie da się oglądać i nie jeść. Na sam koniec mała dziewczynka rzyga między rzędami foteli.

Nowy dom – cisza, spokój i czysto. Nowa praca jest super. Wszyscy mili, dobrze się pracuje. Ale po ponad dwóch latach przerwy, mózg mi czasem nie nadąża. W tygodniu po pracy tylko czytam książki i leżę w łóżku. W weekendy za to nadrabiam zaległości towarzyskie i miło spędzam czas z dawno niewidzianymi znajomymi.

Bray to małe miasteczko w Hrabstwie Wicklow. Leży nad morzem, na południe od Dublina. Jest tu słynna Bray Head – góra z krzyżem i cudnym widokiem na morze. Stąd tez można się wybrać na spacer po klifach.

Baltinglass, Co. Wicklow

hKCoWCUTxG9LVXQABX

DcrsduDBGBbqAo7ZBX

IMfv9rx2b6h8Tj6ByX

pzJTffix0A0rfEWchX

nkeIkTJLU4YgVkeHkX

qkwukWabjHBgsWhjGX

tTEKGqJMwcD81DSgxX

Baltinglass to małe miasteczko w Hrabstwie Wicklow. Tu teraz mieszka moja bardzo dobra koleżanka, z którą kilka lat temu dzieliłam mieszkanie. Przez miasteczko przepływa rzeka Slaney. Znajdują się tu ładne stare budynki i ruiny średniowiecznego opactwa. Widoki z okien koleżanki są imponujące, na rzekę i pobliskie wzgórza i pasące się konie.

Nadrabiamy dwu letnią rozłąkę przy butelce wina i jakoś nam się nie zbiera na spacery, poza wieczornym wyjściem na obiad do pobliskiej knajpy.

Dublin, Ireland

cDKY8HcULbNwmyPOKX

x2zLwyjlfeeBu6AUFX

VwvuXbLHPOWARly9bX

Wf5QQLwSHafKVefgsX

JV6ahxkm7gG16xXvsX

n6jZU5n2J6uftPzxCX

ap9x9pU9fZTWcuGrjX

hHmK3mo4KwjTdC5rtX

wFA59tbcJUzyq3k7kX

AY3MwHAmptcv4ox5FX

bceoOVQtVPjL42Pf6X

0hHczXOQK8w3gaiUkX

8tU9TrxgohD2s2TdOX

jGqxasmMpyImDOaDsX

CdtHyphfKbbf35tseX

PaIRbYUjBObouwWxEX

MOFLynNAcJEPo5GX7X

pF0L9WLxVHbljpWIFX

wDTpctYovEQKE3dEvX

3nxCa2Y1pb91COYmGX

pOZVqIGtqB8YaylrVX

trkFiEReXzUHpHQfsX

2z3VaszN2shnokSTKX

aFKM9ul3rAavvRkq9X

j43QqVkdhWFbW2hjLX

yBao0hQ0iUarXrOWLX

xDKbgNmTb7hVcKlEmX

B8WBrdwKFW4J95gTSX

6w4XhgLojzQcLNbChX

XZZp1emV1CtEqBLaJX

Xdl11XlbjI5EkTDomX

Yo74JbSWPb6WEWTR4X

LouDo23TbMYWq5uIsX

bRHBAG892asA1QBpCX

E5Z5ztGnuT3WSYk8TX

rBMTdHpjWxsHaSL70X

nhfPle9Ccfs8KooKBX

ZJLkjSutteEHdNNn2X

yNaK92y0tSqJazASjX

PIcMEF0RLaXSFV64TX

ps1xUB00aYk07KDQTX

lgfxgMWntXooKiEyyX

W Dublinie ląduję wczesnym popołudniem. Jest koniec września. Pogoda ok. Na lotnisku czeka na mnie koleżanka, która była tak dobra, że postanowiła mnie przygarnąć zanim się jakoś urządzę. Tego samego wieczora kurier przywozi moją paczkę. Ta edycja pobytu w Irlandii ma być minimalistyczna. Kierowca robi chamską uwagę na temat oddzielania ziarna od plew, gdy widzi, ze w portfelu mam złotówki i euro.

Następnego dnia wysyłam jedno cv i telefon mój dzwoni co chwilę. Agencja rekrutacyjna organizuje mi interview w dwóch bardzo dobrych firmach. Obie opcje będę oznaczać przeprowadzkę poza Dublin, by nie tracić czasu na dojazdy.

Kolejny tydzień jestem zajęta, bo każdego dnia mam rozmowę albo u potencjalnych pracodawców, albo w firmie rekrutacyjnej. Obie firmy zapraszają mnie na drugą rozmowę i obie potem chcą zaproponować mi pracę. Obie wydają się być świetne, a ja postanawiam kierować się swoimi przeczuciami i wybieram tę w małym, nadmorskim miasteczku niedaleko Dublina. Przy okazji jednej z rozmów oglądam pokój do wynajęcia, tylko 10 minut na piechotę od pracy. Nie wiem czy to świetny humor po świetnej rozmowie kwalifikacyjnej i obłędny zachód słońca, ale najwyraźniej niezbyt dokładnie przyglądam się domowi, w którym decyduję się zamieszkać. Pracę mam rozpocząć za tydzień, więc czas spędzam na łażeniu po mieście i oglądaniu dwa razy z rzędu Bridget Jones.

Po raz kolejny przekonuję się o nadzwyczajnie przyjaznym usposobieniu Irlandczyków. Gdy kierowca autobusu życzy mi powodzenia na rozmowie o pracę, gdy ktoś nadkłada drogi by zaprowadzić mnie w miejsce, którego szukam, wreszcie gdy zatrzymany na ulicy facet pędzi przez business park, by znaleźć firmę, gdzie za kilka minut mam spotkanie.

Przy pierwszej wizycie w sklepie widzę początek świątecznego szaleństwa (choć to dopiero koniec września). Zdarzało mi się widywać świąteczne gadżety już w sierpniu.

W wieczornym autobusie Polka drze się do telefonu, klnie jak szewc i komentuje mentalność Polaków per ”oni”.

Koleżanka pracująca dla bardzo znanej amerykańskiej firmy, z powodu przestojów w projektach, w godzinach pracy zajmuje się zbieraniem jeżyn z krzaków wokół biura. Wieczorami robi z nich dżemy.

Realizuję plan sprzed kilku lat i razem z inną koleżanką kupujemy bilety na viking splash tour – przejazd żółtą amfibią po mieście i pływanie po Grand Canal. To w czasie tej wycieczki dowiaduję się że miasto, w którym spędziłam tyle lat ma podziemną rzekę – Poodle, wpadającą do głównej rzeki Liffey.

Warszawa na pożegnanie

TkECpbok58HbVB9PLX

jR1EItqaXy5QMivblX

IVFikUF0KRhFN6sSdX

4tHS8TZYq1sXXI5VPX

MfjZ8FLm0nofACvpwX

9LJAqQEWXmghakRZoX

X8VikivPHf5wVvdaAX

 

W Warszawie spędzam ostatnie kilka dni. Parę ostatnich spraw do załatwienia, spotkania z bliskimi.

Wyjeżdżać z Polski po ostatnich 4,5 miesiąca tu spędzonych nie jest łatwo. Staram się wziąć w garść ale i tak wyję po kątach. I choć przecież nikt mnie nigdy nie zmuszał, do żadnego z wyjazdów to zawsze ciężko wyjeżdża mi się z rodzinnego domu.

Na lotnisku każdemu z nas pocą się oczy. Na odprawie osobistej na lotnisku w Modlinie, Irlandczyk przechodzi przez bramkę i słyszę jak celniczka donośnie go poucza. On mówi do niej po angielsku. Celniczka woła jego żonę – Polkę i mówi jej, że skoro jej mąż przyjeżdża do Polski, to powinien mówić po polsku. Jestem w szoku. Irlandczyk chce rozmawiać z managerem, czy jak tam się kierownik zmiany celników nazywa. Inny pracownik próbuje to załagodzić i przeprasza za tę babę. Mówi, że może ona nie krzyczała, tylko głośno mówiła bo jest głośno. Ja sobie myślę, że to straszne chamstwo, ale sama chyba (i bardzo nie słusznie) bym się raczej nie wykłócała. Celniczka na pewno nie może mieć PRLowskich nawyków, ze względu na swój nie dość zaawansowany wiek. Ale ma za to chyba poczucie władzy (jako funkcjonariusz – to już trąci PRLem) i dużo chamstwa to tego. Zawsze wydawało mi się, że na lotnisku (zwłaszcza międzynarodowym) w obsłudze klienta muszą pracować ludzie którzy znają przynajmniej angielski. Kiedyś, podróżując z Okęcia w towarzystwie znajomego Azjaty musiałam być jego tłumaczem, bo celnik nie zwrócił się do niego ani jednym słowem, tylko mnie o wszystko pytał. A gdzie jest w tego Pana paszporcie data urodzenia? A co ten Pan tu robił? A gdzie ten Pan pracuje w kraju, w którym mieszka? Wierzyć się nie chce, że pracownicy lotnisk w Polsce nie znają języków.

 

Na zdjęciach znaki nadchodzącej jesieni.

Bieszczadzkie połoniny jesienią

wG3l8SegklZMab1V9X

EAuUIWa8AzqUdb4slX

LuWQB3gvyRitAEPUHX

mdBXLgD3HvhcqC4eHX

uOJHiScRkbSFNaarvX

Q0hU7Y9eRb04Qb8uAX

SamItVmVakljJ61UNX

LMtAsaPlrMAahj0EPX

mXD1JRCD37GgZOA6rX

9RmLGkzywe2er4dlbX

FhvTz2hRI1msw1b4eX

pruE80MGWfgyvOvOhX

RPiqatop5aAAldTsFX

yv2BXUF34eub52elpX

mVWsZMBaWJ9FUlnWXX

Gp9Amr3pWHOmZoOzIX

G4J0TibnynHaxo5UeX

aF0r0Nx39j9RL1jZrX

Ty0bKLzaXJPpW1fwpX

biaz3zG2ERhcCambqX

iivRoy7OuUSustLc2X

VwHifs24Rai2BkyPyX

fEKxlW8xkliaDv3yAX

GX7VVtiq6b1Hoj09NX

WzUJGb3L3Grw1C78PX

buPyiG6eqmZTvqRbAX

PbZkpp2osddD83GkZX

bR55TP3Wfl1qaRiLuX

7mKrEOJpnmX2HUD8RX

0IQUoSNmjQBUFaO40X

CjbCEjgvfoZmIjBACX

4ZCYXnvWNjzVbbwVAX

shw3cIHRAgXbqaKA7X

4xLjaXQMhUgF9uYsTX

cWGMztSz7974MDJcRX

 

Rano Tata podwozi mnie na autobus jadący w stronę Ustrzyk Górnych. Pogoda zapowiada się niepewnie. Wieś jest pustawa. Piję herbatę w schronisku. Gdy kupuję bilet do Bieszczadzkiego Parku Narodowego, pani w okienku mówi, że sama bałaby się iść:) Na szlaku Połoniny Caryńskiej prawie zupełnie pusto. Świeci słońce i jest ciepło, ale co jakiś czas przez niebo przetaczają się chmury. Krajobraz zachwyca. Na koniec dwuletnich, wspaniałych wakacji i super czasu spędzonego ostatnio w Polsce, potrzebuję pobyć chwilę sama, wsłuchać się w siebie i nastawić na zmiany.

Przed wejściem na Połoninę Wetlińska piję herbatę w barku i słucham opowieści turystów, o tym jak ich gospodarz poluje na jelenie na rykowisku. Lepiej, by się sam zastrzelił.

Na noc zatrzymuję się w Chatce Puchatka na Połoninie Wetlińskiej. Jest to najwyżej położone schronisko w Bieszczadach. Tak jak wcześniej myślałam, to świetny punkt do patrzenia w gwiazdy. Jak na zamówienie niebo jest czyste. Noc jest bardzo zimna. Długo stoję na zewnątrz i podziwiam naturę. Wewnątrz Chatki opieram się plecami o komin by się rozgrzać. Schronisko jest pełne, atmosfera fajna. Tylko jeden typek zachowuje się jakby trafił pod zły adres. Zajmuje podwójnym łóżko, a na drugim muszą się stłoczyć trzy osoby. Upiją się prawie do nieprzytomności, zachowuje głośno i pół nocy trąbi nosem w chusteczkę, jak słoń, ponoć ma alergie na koty, które mieszkają w schronisku.

Rano krajobraz skryty jest w gęstej mgle. Cała trasę do Kalnicy idę z poznaną w schronisku przemiłą dziewczyną. Nic nie widać, za to bardzo przyjemnie się rozmawia. Potem zaczyna padać i tak zacina, że mam całe spodnie mokre. Robi się zimno. Poniżej krawędzi lasu, pod wiatą przebieram się. Na szczęście mam drugie spodnie, a całkiem przemoczone majtki zmieniam na te wczorajsze. Reszta trasy wiedzie przez las. Z oddali słyszymy jelenie na rykowisku. Przestaje padać i wychodzi słońce. Jemy razem obiad, a potem łapię autobus do Sanoka. Stamtąd odbierają mnie rodzice i jedziemy na kolację. W restauracji przy kominku rozwieszam mokre ciuchy i patrząc na bardziej eleganckie towarzystwo wokół, nie wyciągam przemokniętych skarpet.

Przez cały pobyt w górach ciągle jem placki ziemniaczane. Nasza gospodyni częstuje nas pysznymi gołąbkami z ziemniakami i cebulą.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się w Łańcucie i spacerując po ogrodach, z zewnątrz oglądamy pałac. Obiad jemy w Nałęczowie. Bardzo żałuję ze to tylko krótki postój, bo Nałęczów jest piękny, pełen starych, uroczych willi.

 

 

 

 

 

 

 

Jesienne Bieszczady

3t1SbdjYlfPawteR6X

mUHDCqBJjrNeFpIX0X

usMBpar3JhfntVIilX

OK0YfreMbzbganF93X

iN4PxT7huZ9fhr4wtX

1y7121jJb7vzzS80pX

6neSoli7jNyUgcdnNX

hAQxzuOTYfKznq9CDX

A18cQ0CXYZMkxvA5ZX

Ax8PBUolAUdaUCVv9X

O0aYwllBhMRqAXNK7X

cQzEezMwbTXRaJw6JX

KC9z9aGQvmQ7Nq0GNX

NqFbtRCsUKE12ZxrAX

uG3wQW39GfXRQRlwpX
4wo9Z2ObA82R7N2pwX

khXvYh82qahQM4Ty1X

GCmYuNfhz5LRpHNo7X

BD6LB5lbZEYRtc2miX

W8bicKbRd62FDbNaOX

gnVxGyszVUwlKF9LcX

AiybGcygOpFdgAbYOX

sWX0kSbb5RlcI9Yr2X

biG37obSoXFysHu2JX

vvSK3dlfJIXb4cxAnX

GNLGUrgvaeWiHCbdjX

Xb2aWCkby41IbSyvTX

jxzgBCyguGN7kDZfhX

iQaiGbkgf7uBt04VDX

4zqAYywPRsJaaaba9X

bgAoDSxfyabaRx215X

ZjJjlnjOuPzXOePg6X

46zAecKDxljqm2NUCX

bSydESUPWNJgi5JpNX

VOiXeLbdvgbphcU91X

qsnaAh9BCeQmJCFDWX

uxyE8bZnue7A06htGX

GmZfmTfyqeMDo0KdaX

B2l9Dp4pQ1eiey4aEX

eUaim97tUbRqmwiaBX

IthMfwhZKuaV6I0drX

5Ob38hOErfyPplLO7X

oSmp1v7gCLreorrNEX

kU21ACv4PdhdyX1wjX

cqf6LCBsp9baNdGXYX

 zrYwaUWOBTK6AzrS0X

q57kYs86W17XB3Nb7X

PYwxSCqzria0zUnfNX

RSMLbIng75NywkgSEX

 xW3pnbeYXlQZWlNbPX

 JERNG5vJvJZ1slX1OX

 6od4o5LygbwcmpdWzX

 bGxKM1Eq3uOyba5P8X

yXrYMM90csXbgWzvpX

6vuU7xCz9jaad7Am1X

ZpIW9d53YGBLdams7X

Yl3qquMriKF1P8BHnX

xggybfSBK0e8au2XCX

KYFbMzCvHLpPtqUwBX

oiPTTUcUbYHoDZe2GX 

Gdy w połowie września jedziemy w Bieszczady, większość ludzi kracze, że dobra pogoda już się skończyła i nie będzie fajnie. Po drodze w Bieszczady odwiedzamy zamek w Krasiczynie. Budynek oglądamy z wewnętrznego dziedzińca i z zewnątrz. Spacerujemy po parku, gdy zaczyna mocno padać.

W Bieszczadach zatrzymujemy się z tym samym miejscu, uroczym ekologicznym gospodarstwie.

Odwiedzamy Arłamów. Teraz jest tu luksusowy hotel. Kiedyś Lech Wałęsa był tu internowany. Poprzez mgłę nic nie widać, choć Rodziciele zapewniają mnie, że widoki są tu piękne 🙂 Oprócz wielkiego piękna Bieszczady skrywają wiele historii. Wcześniej było tu wiele, nieistniejących już dziś, ukraińskich wsi (m. in. Arłamów).

Oglądamy kilka drewnianych cerkwi. Część z nich zostało przerobione na kościoły. Niektóre są w nie najlepszym stanie. Prawie przy każdej jest malutki cmentarz.

Mgły spowijają wzgórza i czuć jesień. Na targu słyszę jak ktoś, patrząc na szykujące się do odlotu ptaki, (szum ich skrzydeł słychać nawet w nocy) mówi, że za 40 dni spadnie śnieg.

Udaje nam się wypić herbatę w Siekierezadzie. Latem musielibyśmy czekać w długiej kolejce. Na ścianach zdjęcia Jędrka Połoniny.

Trafiamy na Święto Ziemniaka w Równi i występy ukraińskiego zespołu.

W Bieszczadach w wielu miejscach można kupić miód. A przy okazji dowiedzieć się, że miód ze sklepu, płynny nawet rok od kupna, z naturalnym miodem mam niewiele wspólnego.

Choć zazwyczaj nie chodzę do ZOO, robię wyjątek dla niewielkiego ośrodka zwierzęcego prowadzonego przez leśniczego, w Lisznej. Są tu jelenie (rozkojarzone, bo w czasie rykowiska) daniele, muflony, kozy, nutrie, dziki i sporo gatunków ptaków. Mały kozioł prześmiesznym głosem dopomina się o mieszankę ziaren, a daniel, bez żadnej kurtuazji odgania samice ze swego stada i wystawia pysk, by tylko jego karmić.

Cudna Warszawa

2OECHxAers8QeogoAX

FJjWXfyxYUgIzjayoX

X8wLpavdxMXUYMUrcX

z7jchukuugm9EbqHOX

No1adNdAvX7wu5NtlX

cuyWduobaNCMYxzhFX

yKUWntbYd6UqfqvMNX

XbcXvUDpaoBgqqq6CX

 6uVU66qSbIq23RfVKX

 DDApripOZPnmc0FgCX

 YrfGeAo4V9iN3bw5NX

 xIsbZa2sKPVLd0aixX

a94AEDb3a5mfUMBarX

BXUpCOmmAin2MV2iDX

wZHd4dBPxB6AT8JINX

 JFaEWrdJSeDSMiT8GX

 w6JO0Gpc70GalJOUXX

 WYXYPNEv1lsgybsnaX

0gpCX2UOCZMsUCZYAX

Kd1U5p7WDcYGBSUlQX

ImtLzPVRerQKKO1CjX

qSesBXZaOqjh9u80lX

VNs3Ty3lO0lABX3bkX

 IkWYAXp2xc5oGyb1kX

9tOkRSrAGuc6Nvv0sX

eCP9Oarbjz8mcpsQfX

a7q7vr6TxkcYfL8kRX

pwAWgHMpFzXiRTqUfX

uZHdR3SrLrfSA4xqjX

R0db8pfm8CjaYS1L6X

S4Ih6R7930d5RA418X

1sU0FyuvGLm98BU3KX

7XrcsMFbbVbTYH0x2X

NncZpVQiFvN4TrMcNX

oaZ1sMmDfXU6MQ27ZX

KRs8y3xtwHm2fpuysX

dq9aggrcykkRIVhGRX

EuDTYEcuQagvJgmq4X

b3NbOY3cLV59yKR62X

248ggLeOEPyvtypBCX

Jqd5D6Jzju3zEnXYYX

USCoYo2fJltv0ezaiX

2DujJjMdnktx0lNHjX

XmxRc0Oxa7OEwRaOsX

7L7z52EOTxbkpcUU1X

BbVlCq8RibVobRlCfX

pHOtPdGHKqadlsO4rX

e2kst1OKaN0qtsayVX

bxbJ8rQ0UPBGpMVAeX

9PGFLHqAb0lLjguJDX

YntpdPSxDtL7DAjCLX

2ISJAuN8x4wnT581bX

5XVU0tTwI3rXnvAnqX

3rSy9a5CQMglFANOSX

O2eeiZbrcJYR0QHomX

 

Pływamy po Zegrzu. W zacisznej zatoczce czytamy książki, gdy okrąża nas wielodzietna rodzina łabędzia. Zapuszczają żurawia do łódki i wysępiają dmuchane otręby. Gdy pierwszy zaczyna się z lekka dławić, reszcie rzucam je do wody. Moja Siostra uczy się pływać na wakeboard, a ja uczę się ją ciągnąć za motorówką.

Wybieram się z Rodzicielami na pokaz fontann. Szukamy miejsca parkingowego i utykamy w małym zatorze. Nagle jakiś facet wsiada do zaparkowanego na poboczu samochodu, gwałtownie cofa, o mało nie uderzając w nasz samochód, wyskakuje z mordą, używając słów powszechnie uważane za wulgarne. Boję się wariatów. Fontanny się fajne. Stajemy z nie tej strony co trzeba, więc wyświetlane obrazy widzimy od tyłu.

To pierwszy raz, kiedy mam możliwość wybrać się na Festiwal Kultury Żydowskiej. Udaje mi się tylko wziąć udział w zorganizowanej wycieczce po cmentarzu Żydowskim na Woli. Cmentarz jest cudny i tajemniczy. Trochę zaniedbany, choć widać wolontariuszy próbujących ujarzmić naturę. Przewodniczka ciekawie opowiada, pokazuje piękne nagrobki, których sama pewnie bym nie odnalazła. Jest to jeden z trzech cmentarzy Żydowskich w Warszawie i jednocześnie jedyny czynny.

Ciocia zabiera mnie na Plac Europejski i przez moment czuję się jak w Singapurze. Znajduje się on na Woli. Jest jeszcze nie całkiem skończony ale to fajne, klimatyczne miejsce.

Dużo jeżdżę na rowerze i nieustannie zachwycam się pięknem mojego miasta.

Spotykam się z dawno nie widzianą rodziną i znajomymi. Zbieram nowe informacje do drzewa genealogicznego mojej rodziny. Ksiądz z lokalnej parafii pomaga mi w odkrywaniu historii mojej familii.

Tuż po powrocie do Polski, w maju, znajduję pismo z mojego irlandzkiego banku w sprawie ubezpieczenia do karty kredytowej, które płaciłam przez kilka lat. Bank chce mi zwrócić pieniądze, które wydałam na to ubezpieczenie. Termin odesłania formularza minął ponad pół roku wcześniej i zastanawiam się czy w ogóle warto inwestować w znaczek pocztowy. Wysyłam jednak, mimo przekonania, że mi odmówią. Wyjeżdżając z Irlandii informowałam ich, że będę podróżować i nie będę miała dostępu do korespondencji. Po około 2 miesiącach dostaję pismo, że pieniądze zostały mi już przelane na konto. Tak wygląda obsługa klienta w Irlandii 🙂

Dla porównania mój, już były, bank w Polsce. Bank z czołówki rankingu, gdzie miałam konto 10 lat. Od wielu lat moja Ciocia miała upoważnienie do mojego konta. Wyjeżdżając do Indii na początku zeszłego roku potwierdziłam jeszcze raz w banku, że z tym upoważnieniem jest wszystko w porządku. Gdy zaszła potrzeba wypłacenia pieniędzy, okazało się, że do upoważnienia brakuje jednego dokumentu, który muszę podpisać osobiście. Reklamacje nic nie dały. Pieniądze miały być nie do ruszenia do czasu aż wrócę do domu, co nie miało nastąpić przez co najmniej kolejny rok. Gdy zachorowałam i nieoczekiwanie musiałam na trochę wrócić do Polski, jedną z pierwszych rzeczy jakie zrobiłam było zamknięcie konta w tym banku. Zaznaczyłam, że poza dokumentami związanymi z zamknięciem rachunku nie życzę sobie żadnej korespondencji od nich. Po roku dostaję list z płytą – nowe regulaminy tegoż banku. Na moją internetową reklamację, że nie jestem ich klientem i nie chcę otrzymywać żadnej korespondencji dostaję papierową odpowiedź, że nadal będę otrzymywała od nich listy. Najpierw się zapieniam, że jak to, przecież sobie nie życzę i mam do tego prawo. Niekompetencja pracowników tego banku i brak odpowiedzialności za ich działania jest oburzająca i żenująca jednocześnie. Zamierzam napisać pismo, aż im w pięty pójdzie. Później, gdy przechodzi mi złość, czas jaki musiałabym na to poświęcić zdecydowanie bardziej wolę spędzić na leżeniu w hamaku, z książką. A listami z banku napalę w kominku. Czy tak wygląda obsługa klienta w Polsce?

Wilga

XQOvoKJIydvhOu6ESX

 

b8AGMMYmsg8u4qn4kX

SbKEKJeFctJQRjAKtX

aaRFMlIkaRRA035YlX

GJxQ8bb4gJ7bd4LSHX

5DgVrKKZRHrQzsQuUX

0yEZZnD90T1Ii650qX

Dvu902DYpAdHsMGGYX

NTaavOZ5SplyWFApvX

wfwynE2xyBOqh6xgiX

gh4Kb5jVjbV1mviPcX

Fc5kjskroirMU1OJYX

8dqUx5bsaNRUQp7o9X

QRS1Q4OzqRex1IeKlX

nykvTRHOzv9UcbyeaX

GfcVvaCltkTum7RMEX

JjsxEha0UOLhRP12nX

z9Tbl3262WVFg2C13X

A6GI710DWRDT1SyjQX

jHSQtAKrhjXwLWRPDX

p9jSYPbZaPBOgGugAX

r7doO4UVxDi0COyqmX

zz8zSBn713Daqbl6VX

Wysiadam z PKS – u w Wildze i od razu przy drodze zaczynam zbierać grzyby. Jest koniec sierpnia. Pogoda cudna, grzybów mnóstwo. Co dzień spaceruję z Ciocią po lesie. Jeździmy na rowerach. Wieczorem, po zmroku siedzimy na schodach i patrzymy w gwiazdy. Widzę chyba milion, choć podobno człowiek może zobaczyć jednocześnie tylko trzy tysiące. W ciemności widać z dala światło w okienku najbliższego domu. Palimy w kuchni i piecu, a po domu roznosi się zapach suszonych grzybów. W pobliskich sadach dojrzewają jabłka, a w stawiku, który kiedyś wydawał mi się wielki jak morze, kąpią się ludzie