Bieszczadzkie połoniny jesienią

wG3l8SegklZMab1V9X

EAuUIWa8AzqUdb4slX

LuWQB3gvyRitAEPUHX

mdBXLgD3HvhcqC4eHX

uOJHiScRkbSFNaarvX

Q0hU7Y9eRb04Qb8uAX

SamItVmVakljJ61UNX

LMtAsaPlrMAahj0EPX

mXD1JRCD37GgZOA6rX

9RmLGkzywe2er4dlbX

FhvTz2hRI1msw1b4eX

pruE80MGWfgyvOvOhX

RPiqatop5aAAldTsFX

yv2BXUF34eub52elpX

mVWsZMBaWJ9FUlnWXX

Gp9Amr3pWHOmZoOzIX

G4J0TibnynHaxo5UeX

aF0r0Nx39j9RL1jZrX

Ty0bKLzaXJPpW1fwpX

biaz3zG2ERhcCambqX

iivRoy7OuUSustLc2X

VwHifs24Rai2BkyPyX

fEKxlW8xkliaDv3yAX

GX7VVtiq6b1Hoj09NX

WzUJGb3L3Grw1C78PX

buPyiG6eqmZTvqRbAX

PbZkpp2osddD83GkZX

bR55TP3Wfl1qaRiLuX

7mKrEOJpnmX2HUD8RX

0IQUoSNmjQBUFaO40X

CjbCEjgvfoZmIjBACX

4ZCYXnvWNjzVbbwVAX

shw3cIHRAgXbqaKA7X

4xLjaXQMhUgF9uYsTX

cWGMztSz7974MDJcRX

 

Rano Tata podwozi mnie na autobus jadący w stronę Ustrzyk Górnych. Pogoda zapowiada się niepewnie. Wieś jest pustawa. Piję herbatę w schronisku. Gdy kupuję bilet do Bieszczadzkiego Parku Narodowego, pani w okienku mówi, że sama bałaby się iść:) Na szlaku Połoniny Caryńskiej prawie zupełnie pusto. Świeci słońce i jest ciepło, ale co jakiś czas przez niebo przetaczają się chmury. Krajobraz zachwyca. Na koniec dwuletnich, wspaniałych wakacji i super czasu spędzonego ostatnio w Polsce, potrzebuję pobyć chwilę sama, wsłuchać się w siebie i nastawić na zmiany.

Przed wejściem na Połoninę Wetlińska piję herbatę w barku i słucham opowieści turystów, o tym jak ich gospodarz poluje na jelenie na rykowisku. Lepiej, by się sam zastrzelił.

Na noc zatrzymuję się w Chatce Puchatka na Połoninie Wetlińskiej. Jest to najwyżej położone schronisko w Bieszczadach. Tak jak wcześniej myślałam, to świetny punkt do patrzenia w gwiazdy. Jak na zamówienie niebo jest czyste. Noc jest bardzo zimna. Długo stoję na zewnątrz i podziwiam naturę. Wewnątrz Chatki opieram się plecami o komin by się rozgrzać. Schronisko jest pełne, atmosfera fajna. Tylko jeden typek zachowuje się jakby trafił pod zły adres. Zajmuje podwójnym łóżko, a na drugim muszą się stłoczyć trzy osoby. Upiją się prawie do nieprzytomności, zachowuje głośno i pół nocy trąbi nosem w chusteczkę, jak słoń, ponoć ma alergie na koty, które mieszkają w schronisku.

Rano krajobraz skryty jest w gęstej mgle. Cała trasę do Kalnicy idę z poznaną w schronisku przemiłą dziewczyną. Nic nie widać, za to bardzo przyjemnie się rozmawia. Potem zaczyna padać i tak zacina, że mam całe spodnie mokre. Robi się zimno. Poniżej krawędzi lasu, pod wiatą przebieram się. Na szczęście mam drugie spodnie, a całkiem przemoczone majtki zmieniam na te wczorajsze. Reszta trasy wiedzie przez las. Z oddali słyszymy jelenie na rykowisku. Przestaje padać i wychodzi słońce. Jemy razem obiad, a potem łapię autobus do Sanoka. Stamtąd odbierają mnie rodzice i jedziemy na kolację. W restauracji przy kominku rozwieszam mokre ciuchy i patrząc na bardziej eleganckie towarzystwo wokół, nie wyciągam przemokniętych skarpet.

Przez cały pobyt w górach ciągle jem placki ziemniaczane. Nasza gospodyni częstuje nas pysznymi gołąbkami z ziemniakami i cebulą.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się w Łańcucie i spacerując po ogrodach, z zewnątrz oglądamy pałac. Obiad jemy w Nałęczowie. Bardzo żałuję ze to tylko krótki postój, bo Nałęczów jest piękny, pełen starych, uroczych willi.

 

 

 

 

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s