Mount Cook

 IMG_08831IMG_10111IMG_10551IMG_10564IMG_0692sss1IMG_08301IMG_11463IMG_08731IMG_1058sss1IMG_09651IMG_09871IMG_08481IMG_08571IMG_09491IMG_10721IMG_0827ddd1IMG_08151IMG_09271IMG_1142dddIMG_0679ddddIMG_09621IMG_1140sssIMG_1049sssIMG_1121IMG_1132

 Mój autobus do wioski Mount Cook odjeżdża przed południem. W Nowej Zelandii można wykupić bus pass na wybraną liczbę godzin. Każda trasa ma oznaczoną liczbę godzin na przejazd. Kursy są realizowane przez różne firmy przewozowe. Tym razem jest to chyba jakaś zorganizowana wycieczka, bo kierowca mówi jaki lunch będzie czekał na pasażerów w hotelu we wsi (mnie to nie dotyczy :)). Okazuje się że wycieczka zatrzymuje się tam tylko na lunch i jadą dalej. Kiedy deszcz uderza o okna autobusu, myślę jakie szczęście do pogody miałam poprzedniego dnia. Kiedy dojeżdżam do wioski Mount Cook szczyty gór toną w ciężkich chmurach. Zostawiam plecaki w hostelu i idę połazić po wiosce. Tutejsza populacja (zimą) wynosi tylko 150 osób, latem wzrasta do około 300 osób. W hotelu jest mały sklepik z jedzeniem, ale ceny są z kosmosu. Idę do Kea Point. Pogoda jest irlandzka. Zakładam rękawiczki i czapkę, jest zimno i wieje, a potem zaczyna kropić. Z Kea Point widać umierający lodowiec i błękitne jezioro z niego powstałe. Nie spotykam nikogo po drodze. Wracam do hostelu i gotuję coś na obiad. W hostelu jest darmowa sauna. Nie dla mnie to jednak, bo po jednej sesji przez wiele godzin miałabym czerwoną twarz jak Św Mikołaj w okresie świąt.

Wieczór spędzam przed kominkiem, okryta kocem, z laptopem na kolanach i piszę bloga. Ciepło myślę o tych co zawsze muszą spać w hotelach 🙂

Następnego dnia bo boskim śniadaniu wychodzę przed hostel i jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało staję jak wryta. Bo oto góry odsłoniły przede mną to co wczoraj kryły w chmurach. Piękne do bólu, majestatyczne, potężne, ośnieżone szczyty gór Sefton i Cook. Idę szlakiem do Hooker Valley (dolina). Po drodze oglądam zachwycające widoki. Większość czasu idę sama. Oprócz odgłosu moich butów na skałach i żwirze i mojego oddechu słyszę dookoła tylko odgłosy natury. Huk wodospadu, szum strumieni, głuche pomruki przesuwających się mas śniegu, śpiew ptaków. Nad jeziorem Hooker siedzę przez długi czas, nie mogę się napatrzeć na otaczające mnie piękno. W drodze powrotnej skręcam znów na Kea Point. Zupełnie inny widok, bez chmur zakrywających zbocza do połowy. W oddali widać górę Cook. Wieczór znów przed kominkiem.

Następnego dnia mój autobus do Wanaki odjeżdża wczesnym popołudniem. Znów więc idę do Kea Point. Kolejny piękny dzień. Ośnieżony szczyty błyszczą w słońcu. Po drodze mijam wielu Azjatów i wszyscy wyglądają jak reklamy sklepów sportowych.

 

Lake Tekapo

 

IMG_0575dddIMG_0381IMG_0508IMG_0371IMG_0491IMG_0551IMG_05641IMG_0445IMG_0561IMG_04821IMG_0613IMG_0505IMG_0507IMG_0485sssIMG_0410IMG_0540sssIMG_0436dddIMG_0500

W południe dojeżdżam do jeziora Tekapo. Jest przecudne. Zostawiam plecaki w hostelu i idę na górę John. Na jej szczycie jest obserwatorium astronomiczne. Szlak wiedzie przez las. Jest cicho. Po drodze spotykam tylko kilka osób. W obserwatorium można wykupić wieczorną wycieczkę połączoną z obserwacją gwiazd. Ale to będzie musiało poczekać na następny raz. W drodze powrotnej wybieram dużo dłuższą drogę. Idę przez pastwiska z owcami. One uciekają na mój widok. Może myślą, że chcę je zjeść, albo choć obciąć im futro. Napawam się widokiem gór i jeziora. Jest piękna pogoda. Gdy siedzę na ławce zatopiona w myślach słyszę jakieś tupanie. Odwracam się i widzę zająca. To tupanie musi coś oznaczać, bo zwykle kicają bezszelestnie. Potem widzę jeszcze kilkadziesiąt zajęcy. Tylko białe ogonki śmigają 🙂

Late Tekapo to jedno z najlepszych miejsc na świecie do oglądania gwiazd. Jak jest już całkiem ciemno to wychodzę z hostelu. Mijam mini miasteczko i idę w kierunku kościoła. Nie byłam tu w ciągu dnia więc trochę błądzę w ciemnościach. W końcu podążam za światłem czyjejś latarki. Koło kościoła jest kilka osób. Dziś jest pełnia. Z jednej strony super, bo obserwuję jak księżyc wyłania się zza góry i odbija w jeziorze. Z drugiej nie najlepiej. W jego świetle wiele gwiazd jest niewidocznych. Siedzę przez dłuższą chwilę. Przypomina mi się noc sprzed ponad roku, kiedy to z dwojgiem przyjaciół byliśmy zmuszeni nocować w paprociach na zboczu góry. Wybraliśmy się na zdobycie najwyższej góry Irlandii – Carrantouhill. Dzień był piękny, słońce, ciepło. Weszliśmy na Carrantouhill, potem na Benkeeragh. Trochę się chyba przeliczyliśmy z czasem, a poza tym jakoś wolno nam się szło w dół. Zaczęło się ściemniać, wciąż ścieżka na parking widoczna była w dole, ale my mieliśmy nadal kawał drogi. Gdy całkiem się ściemniło, a my zaczęliśmy się potykać o krzaki postanowiliśmy zostać tam na noc. Była to dobra decyzja, szczególnie że na naszej trasie była skała z wielometrowym spadkiem, a bez latarki moglibyśmy tego nie zauważyć. Noc była piękna. Jako że było strasznie zimno, prawie nie spałam. Obserwowałam księżyc i gwiazdy. Kolega chrapał w najlepsze, a ja z koleżanką starałyśmy się nie zamarznąć 🙂 Tę noc okupiłam potężnym wielotygodniowym kaszlem.

No więc obserwuję przez jakiś czas gwiazdy nad jeziorem Tekapo. Robię kilka niezbyt udanych zdjęć i wracam do hostelu, gdzie już ogień pali się w kominku 🙂

Rano jeszcze raz idę w stronę kościoła. Jest mały i pięknie położony nad brzegiem jeziora, na tle gór. Niebo jest zachmurzone. Nie ma śladu po wczorajszym słońcu, ciężkie chmury przykrywają niebo.

 

Christchurch

IMG_0336fffIMG_03501IMG_0349fffIMG_0364dddIMG_0311dddIMG_0330fffIMG_0355fffIMG_0356fffIMG_0333IMG_0306IMG_0361IMG_0303IMG_0358

Rano opuszczam hostel w Wellington i idę na przystań promową. Rejs promem zajmuje 3.5 godziny. Piękne widoki. Mijamy zielone, górzyste, niezamieszkałe wyspy wystające z oceanu.

Prom dopływa do miejscowości Picton. Wygląda ładnie z daleka, ale nie mam czasu jej obejrzeć, bo muszę złapać autobus do Christchurch. Po drodze oglądam zielone, aksamitne wzgórza, lasy, winnice, pola z owcami, krowami, końmi i sarnami. Niektóre wzgórza porośnięte są kwitnącymi na żółto krzakami, zupełnie jak w Irlandii. Przez długi czas autobus jedzie wzdłuż wybrzeża, podziwiam czarne plaże przez okno. Zatrzymujemy się na krótki postój w Kaikoura. W sklepach które mijam już Święta. Idę na kamienistą plażę. Szare kamienie w połączeniu z szarym niebem.

Do Christchurch docieram późnym popołudniem. Miasto zostało bardzo zniszczone w czasie trzęsień ziemi, które nawiedziły te okolice w latach 2010 – 2011. Na ulicach prawie nie ma ludzi. Jest dużo pustych placów, gdzie kiedyś stały budynki. Bardzo dużo budynków zostało już odbudowanych, mimo to wciąż to jest plac budowy. Robi wrażenie chaotycznego i niedokończonego. Dworzec autobusowy zieje pustką.

Nie mam gdzie zostawić plecaka, więc postanawiam zrobić kilka zdjęć rano. Autobus do hostelu wlecze się przez przedmieścia około 40 min. Jestem zła, że dobrze nie popatrzyłam, gdzie ten hostel jest, zwłaszcza, że rano muszę złapać z centrum następny autobus.

Kierowca jak się później dopatruję przegapił miejsce gdzie powinnam wysiąść. Pytam jakiejś kobiety pracującej w ogródku jak dość do hostelu, a one proponuje że mnie podwiezie 🙂 Hostel jest położony kilka minut na piechotę od plaży. Zostawiam plecaki i idę na spacer. Niebo jest zachmurzone i zaraz zacznie się ściemniać. Idę przez wydmy i napawam się pięknym widokiem. Wieje zimny wiatr, ale dobrze się przewietrzyć po paru godzinach w autobusie. Zapada zmrok, jest pusto, w oddali podświetla się molo. Jest cudnie. Wyobrażam sobie jak pięknie tu jest w ciągu dnia. Idę przez puste molo, wiatr wieje jak w Irlandii 🙂

Następnego dnia rano jadę do centrum. W drodze na przystanek autobusowy przechodzę przez uroczą rzeczkę, a potem na 5 minut wchodzę do ogrodu botanicznego.

 

Wellington, New Zeland

 IMG_0156IMG_0235IMG_0161IMG_02491IMG_0144gggIMG_02471IMG_0269IMG_0142gggIMG_0159gggIMG_0204IMG_0180IMG_0243

Nowa Zelandia położona jest na południowy wschód od Australii, na Oceanie Spokojnym. Składa się z 2 głównych wysp: północnej i południowej, a także szeregu mniejszych wysp.

Jej powierzchnia to 268 tyś km2 (trochę mniejsza niż Polska). Populacja to tylko 4,6 miliona mieszkańców. Głową państwa jest królowa Elżbieta II reprezentowana przez gubernatora generalnego. Stolicą Nowej Zelandii jest Wellington.

Wellington położone jest na południu północnej wyspy.

W Wellington ląduję o 6 rano. Nocny lot i zmiana czasu powodują, że w ogóle nie śpię tej nocy. Poprzedniej też krótko, więc czuję się jakby mnie ktoś walcem przejechał. Na lotnisku każą pokazywać przywiezione żarcie i grożą karami. Wyciągam więc wszystko i na wszelki wypadek pokazuje także moje buty treakingowe – zadziwiająco czyste tym razem. Dojeżdżam do miasta autobusem. Bankomat na lotnisku, ani te w mieście nie chcą mi wypłacić pieniędzy. Niezbyt fajna sytuacja. Dzwonię do mojego irlandzkiego banku i na szczęście to chodzi o zadziwiająco niski limit jaki bank ustalił na wypłaty z bankomatów w Nowej Zelandii. Idę jeszcze raz, wybieram odpowiednią kwotę i tym razem mam kasę w ręku. Uff.

Niewyspana snuję się po mieści. Jest ładne, położone nad zatoką. Otoczone wzgórzami. Pogoda rano jest piękna, po południu nadciągają chmury i zaczyna wiać. Idę na długi spacer wybrzeżem, a potem do ogrodu botanicznego.

Następnego dnia nadrabiam zaległości w spaniu i potem zupełnie nie w moim stylu spędzam 2 godziny rezerwując autobusy, noclegi i lot a także coś ekstra z okazji moich nadchodzących urodzin. Na całą Nową Zelandię mam tylko 2 tygodnie. Niewiele, bo jest tu wiele pięknych miejsc. Ale obawiam się że mój budżet i tak został już potężnie nadwyrężony. Resztę dnia spędzam na łażeniu po mieście i okolicznych wzgórzach.

 

Melbourne po raz ostatni

IMG_0094ggIMG_9904gggIMG_0031ffIMG_0010ffIMG_9984fffIMG_9972fffIMG_0004IMG_9979IMG_0007IMG_0093gggIMG_0017dddIMG_0018IMG_9910fffIMG_98841IMG_9912hhh

Ostatnie 3 dni spędzam w Melbourne. Czas na ostatnie spotkania, ostatnie spacery po mieście, ogarnięcie bloga, bo o ile udaje mi się pisać w miarę na bieżąco, to z publikacją wychodzi trochę gorzej.

Wypad z Wujkiem na rowerach do Yarra Flats Park. W części parku jest Heidelberg School Artists Trail. Wzdłuż ścieżki rowerowej są ustawione tablice z reprodukcjami obrazów malowanych w parku przez różnych malarzy na początku XX wieku. Krajobraz wygląda już zupełnie inaczej, bo drzewa urosły 🙂

W końcu wybrałam się na darmową wycieczkę z przewodnikiem po parlamencie stanu Victoria, który jest w Melbourne. Każdego dnia kiedy byłam w centrum miałam zamiar to zrobić, ale zawsze coś ciekawszego znajdowałam do robienia. Bardzo się cieszę, że ostatecznie się zdecydowałam, bo budynek w środku jest piękny. Budowa została rozpoczęta w czasie gorączki złota w 1855 roku a ukończona w 1929 roku. Wykończony prawdziwym złotem, został ostatnio wyceniony na 600 miliardów dolarów australijskich.

Przedostatni dzień z koleżanką, opowieści co zobaczyłam i przeżyłam 🙂 Robienie krokietów z kapustą i grzybami i placków ziemniaczanych – koleżanka i gadanie – ja 🙂 (w domu potem usłyszałam że cebulą zalatuje), oglądanie kabaretow na youtube.

Ostatni dzień spędzam z kuzynką i jej chłopakiem, którzy zabierają mnie na obrzeża miasta gdzie obserwujemy kangury, które kryją się przed nami w krzakach. Potem łazimy po Carlton, Fitzroy i Collinwood. Oglądamy grafitti i murale znanych artystów jak Putos, Dvate, Reach czy NOST.

Potem obiad w rodzinnym gronie i rozmowy przy stole, za ktorymi na pewno będę tęsknić 🙂

Australia, a raczej mały jej wycinek, który udało mi się zobaczyć w ciągu tych 5 tygodni bardzo, mi się podobała. Miasta które widziałam były bardzo ładne, ale to po co najbardziej warto tu przyjechać to natura. No ale najbardziej podobało mi się to że mogłam spędzić czas z dawno nie widzianą koleżanką i rodziną, która tu mieszka. Może kiedyś wrócę i zobaczę inne części Australii.

 

Brisbane

IMG_97011IMG_9798fff1IMG_9809ddd1IMG_9856fff1IMG_9863fff1IMG_97411IMG_97441IMG_97671IMG_97731IMG_97741IMG_9704fff1

Brisbane to stolica stanu Queensland i jednocześnie trzecie największe miasto Australii. Przecięte jest rzeką Brisbane która wije się przez miasto. Jest to naprawdę ładne, można by powiedzieć nawet urocze miasto. Ma bardzo relaksacyjną atmosferę. Dużo zieleni i parków. Jest na tyle małe, że całe centrum można swobodnie obejść na piechotę. W mieście jest też darmowy prom po rzece, więc, można też obejrzeć je z innej perspektywy. Warto wybrać się do ogrodu botanicznego położonego nad brzegiem rzeki. Stamtąd jest tylko krótki spacer do pięknego mostu (Story Bridge), który był otwarty w 1940 roku. Nad rzeką przy ślicznym deptaku są bezpłatne miejskie baseny.

W Brisbane spotkałam się z koleżanką poznaną w Newcastle i bardzo miło spędziłyśmy czas włócząc się po mieście, idąc kilometrami do upatrzonego miejsca na obiad, pijąc cider na na Quenn’s Street, łażąc po lokalnym markecie jedzeniowym.

W Brisbane miałam zatrzymać się u ludzi poznanych w Singapurze. Wiedzieli, że wybieram się też do Australii i zaprosili mnie do siebie. Dali mi numer telefonu i dopiero po jakimś czasie zaczęłam się zastanawiać z którego miasta byli. Doszłam do wniosku, że musiało to być Brisbane. Kilka dni przed przyjazdem zadzwoniłam do nich, bardzo milo nam się gadało, no i jak powiedziałam, że za kilka dni będę w Brisbane to zapadła cisza, a potem zdanie – no, ale my mieszkamy w Perth (to tylko 5,5 godziny samolotem z Brisbane :). Do Perth niestety z braku czasu już się nie wybiorę tym razem, ale następnym to już na pewno.

Kuzynka która też zaprosiła mnie do siebie musiała wyjechać służbowo więc zatrzymałam się w hostelu. Wszystko było spoko do czasu jak ostatniego dnia ktoś wyrzucił moje jedzenie z lodówki i z braku czasu przed wyjazdem na lotnisko, na obiad miałam bułkę i banana – zupełnie jak Małysz kiedyś 🙂

 

Newcastle, Port Stephens and Hunter Valley

IMG_9277dddIMG_9641IMG_9598IMG_9256dddIMG_9245sssIMG_9262IMG_9288IMG_9585IMG_9612sssIMG_9651dddIMG_9619IMG_9451IMG_9573IMG_9318

Newcastle. Parę osób mnie pytało po co tam jadę 🙂 Chyba głównie po to, żeby spotkać się z poznaną w Tajlandii znajomą. Poza tym to całkiem ładne miasto położone nad morzem w stanie New South Wales. Przez miasto przepływa rzeka Hunter. Newcastle jest sporo fajnych szlaków spacerowych, część wzdłuż rzeki a część wzdłuż wybrzeża, latarnia morska i baseny nad samym brzegiem morza.

Blackbutt Reserve (rezerwat) znajduje się na przedmieściach Newcastle. Jest to park z wieloma szlakami spacerowymi. Jest tu też rodzaj małego jakby zoo. Wejście jest bezpłatne. To tu zobaczyłam koale. W języku aborygenów koala znaczy no drink (nie pije). To dlatego, że wszystkie potrzebne im płyny zapewniają im liście eukaliptusów. Jeśli koala pije wodę znaczy, że jest albo chory albo jest straszna susza. Koale wyglądają jak misiulki do przytulania, ale jak się spojrzy na ich pazury to jednak bym ich nie przytulała:) Były też najróżniejsze ptaki, jeden śpiący wombat – jedyny żywy jaki do tej pory widziałam, kangury, wallabies (kangury małe) i emu.

Następnego dnia wybrałam się do Port Stephens. Jako, że nie wiedziałam gdzie dokładnie chcę pojechać, to kierowca autobusu polecił mi Nelson Bay. Nie był to najlepszy wybór, bo to niezbyt piękne miasteczko z wąską, dość krótką plażą. Wydmy polecone mi przez koleżankę obejrzałam tylko przez okno autobusu.

Hunter Valley to dolina pełna winnic. Żeby tam się dostać musiałam jechać ponad godzinę autobusem a potem ktoś z firmy autobusowej odebrał mnie z przystanku co wiązało się ze sporą dodatkową opłatą. Dolinę zwiedzałam autobusem hop on hop off. Chyba po raz pierwszy widziałam winnice. Pogoda była piękna. Chwilami aż za gorąco. Najpierw pojechałam do Hunter Valley Gardens (ogrody) i tam spędziłam dość sporo czasu. Ogrody są ładne, średniej wielkości. Zostały otwarte w 2003 roku. Jest tu kilka ogrodów tematycznych i kilka małych jeziorek. Potem zatrzymałam się jeszcze w dwóch miejscach, oglądając winnice i małą wioskę.

Z winnic odebrała mnie znajoma, którą poznałam w Tajlandii. Spędziłyśmy miły wieczór w Newcastle spacerując i gadając. Kolację zjadłyśmy w pizzerii, gdzie kelner spojrzał na mnie z uznaniem mówiąc wow! taka mała dziewczyna może zjeść tak wielką pizzę 🙂

Moja znajoma od kilku lat nie wynajmuje żadnego mieszkania. Czasem mieszka w hostelu, czasem u znajomych. Dzięki temu może sobie pozwolić na więcej podróży. Nie spotkałam do tej pory kogoś tak wolnego. W sensie nie przywiązanego do miejsca. I pomyśleć że polski urząd skarbowy robi problemy z akceptacją podatku od wynajmu, bo chwilowo nigdzie nie mieszkam 🙂

Kiedy okazuje się, że nocny autobus do Brisbane jest bardzo drogi, wybieram pociąg. Muszę najpierw dojechać do Broadmeadow. Autobusem, bo pociągi do Newcastle zostały wstrzymane wiele miesięcy temu. Piękna stacja kolejowa stoi opuszczona, choć całą noc palą się tam światła. Plotka głosi, że miasto chce sprzedać tereny, na których znajdują się tory kolejowe. Jest niedziela i autobusy nie jeżdżą tak często. Wsiadam do autobusu, który polecił mi recepcjonista z hostelu, ale kierowca twierdzi, że powinnam jechać innym. Tłumaczę mu, że mam mniej niż godzinę do odjazdu mojego pociągu i nie mogę czekać na inny. W końcu po długich rozmyślaniach stwierdza, że wie gdzie powinnam wysiąść. W Broadmeadow ulice są puste. W końcu nadjeżdża rowerzysta, który nie jest pewny gdzie jest stacja kolejowa. Idę więc dalej ulicą mając nadzieję na jakiś kierunkowskaz. Dogania mnie miły facet na rowerze. Objechał najbliższe ulice i znalazł dworzec. Dziwne to dla mnie bo wyobrażałam sobie, że skoro to międzystanowe połączenie kolejowe o długości prawie 800 km to w Broadmeadow jest duża stacja kolejowa. Kiedy tam docieram, czeka na mnie stacja o rozmiarach wiejskiej stacji kolejowej w Polsce. Różnica jest taka, że jest tam czysta, działająca toaleta. Pociąg jest ok. Nikt nie siedzi koło mnie przez całą podróż więc mogę się rozwalić na dwóch siedzeniach, gapić się przez okno, słuchać piosenki która jest moją obecną muzyczną obsesją (Ewa, nie Bednarek tym razem:)) i przyglądać się dziwnym pozycjom do spania jakie przyjmują moi współpasażerowie. Za oknem przesuwa się krajobraz, miękkie zielone wzgórza, czarne krowy (bez kropek bordo), w oddali zalesiona wzgórza, z mgłą unoszącą się o zmierzchu. Pociąg dość wolno się toczy, choć może biorąc pod uwagę dystans jaki mamy do pokonania w ciągu 10 godzin, to może jednak nie aż tak wolno. Tory wiją się wśród pól. Po drodze mijamy nieliczne miejscowości, domy stojące pośrodku niczego, strumienie i małe stawy Kiedy dojeżdżam w końcu do Brisbane mogę zaśpiewać razem z Beverly Craven – it’s 4 o’clock in the morning.

 

Sydney and Bondi beach

 

IMG_9049IMG_8965IMG_9090dddIMG_90111IMG_8914IMG_9096IMG_8902IMG_9002IMG_9156IMG_8948IMG_9013

Sydney to największe miasto w Australii i stolica stanu New South Wales. Niestety spędziłam tu tylko niecały dzień. Miasto bardzo mi się podobało. Łaziliśmy kilka godzin. Zaczęliśmy od kultowego budynku Opery, a potem poszliśmy wzdłuż rzeki Parramatta. Po drodze mijaliśmy The Rocks, piękny Harbour Bridge, park z obserwatorium astronomicznym, uliczki ze starymi budynkami, Darling Harbour (port), Chinatown aż doszliśmy do Hyde Park. W Sydney jest też duży ogród botaniczny, ale nie starczyło już czasu na to. Podobała mi się atmosfera tego miasta.

Mam nadzieję, że kiedyś wrócę do tego miasta na trochę dłużej.

Następnego dnia mój kuzyn wrócił do domu a ja zaczęłam podróż w swoim starym stylu 🙂 Zostawiłam plecaki w hotelu i pojechałam na kultową Bondi Beach. Nie oglądałam wcześniej zdjęć z plaży i trochę inaczej ją sobie wyobrażałam. Jest to plaża w zatoce, ładna, dość szeroka i niezbyt długa. Sporo surferów. Ładne budynki dookoła. Posiedziałam tam sobie kilka godzin napawając się spokojem tego miejsca i gapiąc na morze. Potem odebrałam plecaki i wsiadłam w pociąg jadący do Newcastle.

 

 

Katoomba and Blue Mountains

IMG_8778IMG_8701__CopyIMG_8855fffIMG_8896IMG_8708IMG_8664IMG_8710_dddIMG_8862IMG_8815IMG_8765IMG_8842fffIMG_8866fffIMG_8868

Katoomba to urocze małe miasteczko położone w Blue Mountains (Niebieskich Górach). Właściwie to pierwsze małe miasteczko, które mi się podoba. Poprzednie przez które przejeżdżaliśmy były zorganizowane wokół dużego skrzyżowane, budynki niezbyt piękne, parterowe lub z jednym piętrem. Ogólnie nieciekawe. Ale Katoomba jest inna. Położona na wzgórzu, pełna uroczych domów. Dla odmiany łatwo dostępna pociągiem albo autobusem z Sydney. Na tyle mała, że do szlaków można dojść na piechotę. Wiodą one brzegiem klifu albo przez las. Piękne widoki na Blue Mountains. Niebieskie od niebieskawej poświaty bijącej od drzew eukaliptusowych porastających góry i doliny. Szlakami można wędrować godzinami, docierając do wielu miejsc z punktami widokowymi. Szlak w poniedziałek był zupełnie pusty. Tylko w okolicach, w które można było dojechać samochodem było sporo ludzi.

Chyba najsłynniejszym miejsce w Blue Mountains są Three Sisters (Trzy Siostry) – trzy smukłe skały ustawione w jednym szeregu.

Pierwszego dnia weszłam do małej kafejki. Wystrój i atmosfera super. Muzyka, a la irlandzka. Wspomnienia wróciły i zatęskniłam. Wróciliśmy tam tego samego wieczora na obiad a następnego dnia byłam tam chyba ze 3 razy. Okazało się, że ta restauracji, z obłędnym, trochę alternatywnym jedzeniem jest prowadzona przez organizację religijną (niektórzy mówią sektę). Jest to społeczność, w której wszyscy pracują dla wspólnego dobra. Ubierają się dość konserwatywnie, mężczyźni mają brody, kobiety długie włosy związane z tyłu głowy (trochę jak Mormoni). Nikt nie zarabia tam pieniędzy, a wszystkie potrzeby wyznawców pokrywa wspólnota. Zaprosili mnie, żebym z nimi została na dzień lub dwa. Może następnym razem:)

Blue Mountains są na liście Światowego Dziedzictwa Unesco.

 

Canberra

IMG_8590dddIMG_8416IMG_8415IMG_8544IMG_8404dddIMG_8566IMG_8576IMG_8462IMG_8610IMG_8515IMG_8461

Z Narodowego Parku Kościuszki jedziemy do Australian Capital Territory ACT (Australijskie Terytorium Stołeczne). Canberra to stolica Australii. Znajduje się w New South Wales (Nowa Południowa Walia). W mieście jest dużo terenów zielonych. Canberra robi dość dziwne wrażenie. Nie ma żadnego centrum. W środku miasta jest jezioro Burley Griffin i miasto jakby przysiadło na obu jego dłuższych brzegach. Transport publiczny raczej nie jest dobry.

To miasto to siedziba parlamentu narodowego i wielu państwowych instytucji.

Odwiedziliśmy Australian War Memorial. Jest to miejsce poświęcone pamięci 102 tyś Australijczyków, którzy stracili życie w kilku wojnach w ciągu ostatnich 100 lat. W środku jest świetne muzeum.

Parlament narodowy (nowy budynek) usytuowany na Capital Hill jest dostępny do zwiedzania. Załapaliśmy się na darmową wycieczkę z przewodnikiem, ale można też zwiedzać indywidualnie. Trochę historii budynku, który został oddany do użytku w 1988 roku, pełny jest symboli związanych z Australią. Obok jest stary budynek Parlamentu z 1927 roku i ogrody przylegające do niego – także udostępnione dla zwiedzających.

Mount Ainslie jest tuż obok war Memorial. Jest to najwyższa góra w obrębie miasta. Ma 843 mnpm. Otoczona jest ładnym parkiem. Ze szczytu rozciąga się widok na miasto. To chyba też najlepszy punkt do oglądania panoramy miasta nocą.

Black Mountain położona jest po przeciwnej stronie miasta niż Mount Ainslie. Ma 812 mnp. Na szczycie góry jest wieża widokowa. Obok jest ogród botaniczny do którego nie udało nam się dotrzeć.

W północnej części miasta jest Cockington Green – park miniatur. Są tam miniatury budynków z angielskiej wsi, a w drugiej części parku znajdują się najbardziej znane budynki z wielu krajów świata. Wszystko zorganizowane w pięknym ogrodzie pełnym cudnych kwiatów.