Beijing

IMG_2323ddd1IMG_22641IMG_2295IMG_22371IMG_2159sssIMG_2194IMG_2238IMG_2366IMG_2343dddIMG_2258ddd1IMG_2302IMG_22821IMG_21911IMG_2386dddIMG_2188dddIMG_2261IMG_2296IMG_2340IMG_2319IMG_2245

To poczucie zagubienia to chyba lekki szok po 2 miesiącach spędzonych w krajach anglojęzycznych. Teraz znacznie lepiej się tu odnajduję 🙂

Rano spotykam się z poznanym wcześniej Amerykaninem i razem jedziemy obejrzeć świątynię Nieba. Jest otoczona parkiem. Jakiś chór śpiewa. Stoję zasłuchana i tęsknię za swoim chórem, który został w Dublinie. Świątynia jest ładna, nie można wejść do środka. Kręcimy się chwilę po parku, zaglądamy na kilka wystaw. Metrem jedziemy do Pałacu Letniego. Na którejś z kolei przesiadce gubimy się i już więcej nie spotykamy. Teren Pałacu jest ogromny. Widoczność bardzo słaba, to chyba mgła połączona ze smogiem. Wdrapuję się na sam szczyt wzgórza. Później łódką płynę do innej części kompleksu. Miła pani daje mi mandarynkę. Wypróbowuje na niej wszystko co umiem powiedzieć po chińsku.

Wzdłuż głównych ulic Pekinu ciągną się wszelkie luksusowe sklepy odzieżowe, kosmetyczne, samochodowe – cokolwiek kto sobie wymarzy. Z ciekawości zaglądam do jednej ze znanych sieciówek i okazuje się, że ceny są sporo wyższe niż w Europie.

W sklepie z tanimi ubraniami sprzedawczyni stojąc na środku obcina sobie paznokcie.

Już dawno nie wiedziałam tylu rozdartych bachorów co w Chinach. Ich rodzicami często są ludzie którzy nie mają rodzeństwa (dzięki polityce jednego dziecka). Nad tymi rozpuszczonymi gnojkami skaczą więc rodzice i dwa komplety dziadków.

Gdy w hostelu rowerzysta z Francji rozwiesza swoje ubrania (chyba tylko do wywietrzenia) a Chińczykowi wydaje się, że palenie w toalecie (która jest w naszym pokoju) jest ok, to żałuję, że nie mam maski gazowej.

Następnego dnia znów spotykam się z koleżanką. Tym razem dokładnie wiem gdzie i się nie spóźniam ani nie błądzę. Idziemy do restauracji z hot pot. Dostajemy fartuchy, mi dają coś do związania włosów, dokładnie nakrywają nasze kurtki i torby. I możemy zacząć gotować 🙂

Na środku stołu lądują dwa rodzaje zup i w nich gotujemy różne warzywa i makarony. Bardzo dobre. Potem jadę na dworze i kupuję bilet do Xi’an. Ostatniego dnia w Pekinie, jeszcze w łóżku, czytam wiadomości i nie mogę uwierzyć. Chłopak z Francji płacze. Czy to się kiedyś skończy? Paryż to było pierwsze miejsce gdzie pojechałam sama.

Idę na spacer wokół jeziora, które jest blisko mojego hostelu. Wokół mnóstwo hutongów. Jest sobota i sporo osób spaceruje. Bardzo przyjemne miejsce.

Po południu zbieram manele i jadę na dworzec. Przy wejściu na dworzec sprawdzają bilety i skanują bagaże. Potem trzeba iść do właściwej poczekalni i dopiero jak na wyświetlaczu pojawia się mój pociąg, znów ktoś sprawdza mi bilet i mogę zejść na peron. Na teren dworca wpuszczani są tylko podróżni – bez biletu się nie wejdzie. Perony są pusty. Dopiero kiedy nadjeżdża pociąg to można zejść na peron po raz kolejny pokazując bilet.

 

Great Wall and Beijing

IMG_21161IMG_19211IMG_1990ddd1IMG_19471IMG_1988dddIMG_2051IMG_2116IMG_1989sssIMG_18761IMG_1985IMG_2083IMG_1975dddIMG_2076IMG_1991dddIMG_2139dddIMG_2058IMG_1971IMG_1957dddIMG_20611

Poddaję się i na Wielki Mur Chiński jadę ze zorganizowaną wycieczką. Najpierw odwiedzamy miejsce pochówku cesarza Zhu Di – trzeciego cesarza z dynastii Ming. A właściwie to niezupełnie, bo on i jego żona pochowani są w górach za grobowcem. Wszyscy zaangażowani w pogrzeb zostali zabici, by miejsce to pozostało tajemnicą. Później jak to na wycieczce, wizyta w państwowym wielkim sklepie w wyrobami z kamienia nefrytu. Potem lunch i w końcu jedziemy do Badaling. W tym miejscu Wielki Mur jest chyba w najlepszym stanie, po rekonstrukcji. W wielu miejscach Mur jest w totalnej rozsypce. Wielki Mur wije się przez wzgórza i góry. Jest to piękny widok, bardzo malowniczy. W drodze do Badaling mijamy wiele wzgórz. Te blisko autostrady toną w jesieni, te dalsze w smogu zmieszanym z jesienną mgłą.

Na miejscu nie mamy zbyt dużo czasu więc na Mur wjeżdżamy kolejką. Łącznie Mur ma ponad 8,5 tysiąca kilometrów długości. Na to składa się w większości mur wzniesiony ludzkimi rękami, ale także bariery naturalne jak wzgórza i rzeki. Mur był budowany kilkukrotnie. Każdy mężczyzna, stary czy młody musiał brać udział w budowie. Jak to przy takich przedsięwzięciach, bardzo dużo ludzi straciło tam życie. Nie ma jednak żadnych cmentarzy wokół. Ciała zmarłych zostały wmurowane w Mur.

Na początkowym odcinku przy górnej stacji kolejki jest dość tłoczno. Wystarczy jednak trochę się oddalić by napawać się widokiem w samotności. Ze względu na swoje położenie Mur w wielu miejscach jest bardzo stromy, dużo schodów i pochyłych płaszczyzn. Dość śliskich. W deszczu pewnie prawie nie do przejścia.

Niestety smog przemieszany z jesiennym mało przejrzystym powietrzem sprawiają, że widoczność jest kiepska. Może wrócę tu jeszcze w lepszej porze roku.

Wielki Mur Chiński jest na liście Światowego Dziedzictwa Kultury Unesco a także jest na liście 7 Nowych Cudów Świata.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się na ceremonię i degustację herbaty, gdzie potem namawiają na zakupy. Ach, te wycieczki.

Wieczór spędzam w towarzystwie amerykańskiego kardiologa, pijąc piwo w hotelowym lobby, jedząc na ulicy owoce kaki wyglądem i wielkością przypominające dorodne pomidory i kończąc na snack street.

Moda uliczna to najróżniejszych kolorów maski na twarz i czapki uszatki z czerwoną gwiazdą na czole.

Uwaga na Chinki mówiące dobrze po angielsku, zaczepiające na ulicy i proponujące wspólną kawę czy herbatę. To naciągaczki.

 

Beijing (Pekin), China

IMG_1883IMG_18361IMG_1701IMG_1882IMG_1700dddIMG_1784dddIMG_18951IMG_1833sssIMG_1858IMG_1724IMG_1729IMG_1885IMG_17801IMG_1752IMG_1881IMG_1890dddIMG_1722IMG_1742dddIMG_1815ddd1

Jest 3 rano w Auckland gdy wstaję. Po pół godzinie wychodzę na przystanek autobusowy, muzyka jeszcze dudni w niektórych klubach, a po ulicach snują się grupy podpitych facetów. Jadę na lotnisko. Przy odprawie paszportowej celnik się pyta czy miałam udane urodziny 🙂 W samolocie nowozelandzkiej linii instrukcja bezpieczeństwa wyświetla się na ekranie w formie teledysku do muzyki z Men in Black 🙂

Przesiadka w Sydney. Idę do mojej bramki i proszę pracownicę chińskich linii lotniczych o wydrukowanie biletu, bo w Auckland nie mogli mi wydrukować biletu na ten lot. Ona mówi, że lot jest już zamknięty. Gdzieś dzwoni. Przychodzi jakiś facet i coś grzebie w systemie. Za mną staję facet, który mówi, że zgubił swój bilet na lotnisku. Słyszę jak pracownica linii mówi, że czekają jeszcze na pasażera, który na lotnisku zgubił swój paszport i musiał się wrócić do odprawy paszportowej po jakieś zaświadczenie. W końcu udaje im się otworzyć lot i mam bilet w ręku. Lot na trasie Sydney – Beijing to prawie 15 godzin, łącznie z około dwugodzinnym międzylądowaniem.

Z latania to lubię start, lądowanie i turbulencje. Długie loty nie należą do moich ulubionych. Prawie całą drogę czytam książkę.

Na lotnisku w Nanjing gdzie jest międzylądowanie nikt nawet nie pyta gdzie zamierzam się zatrzymać. Tego się obawiałam, bo nie wydrukowałam sobie rezerwacji. Gdy jeszcze w Melbourne występowałam o wizę do Chin musiałam przedstawić rezerwację na cały pobyt. Jak dostałam wizę to rezerwację zmieniłam na 4 dniową:) Przy prześwietlanie bagażu podręcznego celnik przeszukuje moją torebkę w poszukiwaniu zapałek których nie mam. Pudełko z tamponami ogląda wnikliwie, otwiera i natychmiast odkłada do torebki:)

Dochodzi północ gdy ląduję w Pekinie. Kiedy z bagażem opuszczam lotnisko słyszę wokół siebie tylko taxi, taxi. Bankomat na lotnisku znów mi robi problemy i zaczynam nienawidzić swojego banku. Jacyś faceci proponują kurs po rzekomo niskich cenach. Nie jestem na tyle zdesperowana, żeby skorzystać. Ostatecznie taksówka z licznikiem wybija połowę okazyjnej ceny lotniskowego naciągacza, jednak dowozi mnie nie do moje hostelu. Mówię kierowcy, że to nie tu ale on tylko się uśmiecha i gestem ręki pokazuje że to tu. Po kilku minutach takiej wymiany uwag werbalno niewerbalnych poddaję się i wysiadam. Recepcja tego hostelu jest jeszcze otwarta, chłopak pokazuje mi na mapie gdzie jest mój hostel. Gdy wychodzę mówi, żebym uważała na siebie. Dochodzi pierwsza w nocy. Gdy idę przez ciemne ulice to mam wrażenie, że wszystkie lekcje które dał mi Wszechświat poszły chyba w las. Na końcu jednej z ciemnych uliczek jest jakiś dziwny hotel, ale recepcjonistka nie wie gdzie jest mój hostel. Jestem bardzo zmęczona, bo to już druga noc gdy prawie nie śpię. Jest mi zimno. Przypomina mi się dzień sprzed kilku lat – mój pierwszy dzień w Indiach. Pod koniec dnia tylko jedno pytanie miałam w głowie – what the fuck I’m doing here??? Więc wiem, że jutro będzie lepiej, ale dziś ogarnia mnie frustracja. W końcu na ulicy widzę jakiegoś chłopaka. Jest odwrócony plecami gdy mówię excuse me. Odwraca się i to nie Chińczyk 🙂 Uff. Hiszpan, który uczy się chińskiego. Odczytuje mój adres zapisany po chińsku, pyta kogoś i łapie mi taksówkę. Po kilku minutach jestem w hostelu. Jest druga w nocy.

Rano (jest niedziela), ktoś mi mówi, że w poniedziałki Zakazane Miasto jest zamknięte. Więc zbieram się i jadę. Z kartką z napisanym po chińsku adresem. Pekin tonie w barwach jesieni. Zupełnie jakbym w ciągu kilkunastu godzin lotu odbyła też podróż w czasie. Z wiosny do jesieni.

Wsiadam do autobusu i kieruję się w stronę kierowcy żeby zapłacić za bilet. Ktoś krzyczy. Odwracam się i widzę panią, na specjalnym stanowisku w autobusie, która sprzedaje bilety. Bilet kosztuje 2 yuany. Najmniejszy banknot jaki mam to piątka. Pani zaczyna krzyczeć i ludzie wokół mnie przeszukują kieszenie. Ktoś mi rozmienia pieniądze 🙂

Zakazane miasto jest tuż przy placu Tienanmem, za Bramą Niebiańskiego Spokoju z wielkim portretem Mao na froncie. Kupuję bilet i spaceruję wokół imponujących budynków. Niestety do większości nie można wejść. Podziwiam więc architekturę i kolory. Zakazane Miasto jest ogromne. Nie udaje mi się zobaczyć wszystkiego. Zaliczam kilkukilometrowy spacer do przystanku autobusowego. Po drodze z daleka oglądam chyba codzienną uroczystość zdjęcia flagi na Placu Tienanmen. Gdy z kartką w ręku docieram do hostelu to czuję moc:)

Następnego dnia jadę w to samo miejsce. Najpierw długo spaceruję przez upatrzony poprzedniego dnia Park Zhongshan. Chyba w tym parku odnajduję radość z bycia w Chinach. Spaceruję i  uśmiecham się do ludzi, bo to najbardziej uniwersalny z języków. Potem idę na Plac Tienanmen. Jest wielki. Z jednej strony jest ogromny gmach Muzeum Historii i Rewolucji Chin z drugiej Wielka Hala Ludowa. Na środku jest Mauzoleum Mao. Wejście bezpłatne. Jest już zamknięte ale specjalnie mi nie żal 🙂 Na tyłach placu jest Qianmen – brama Pekinu. Piękna, wielka budowla. Gdy kręcę się tam podchodzi jakiś lokals i nienagannym angielskim pyta skąd jestem. Wie, że II Wojna Światowa zaczęła się od ataku na Polskę. Pyta o moje plany na zwiedzanie Chin. Zegnamy się i po chwili nie mogę go wypatrzyć choć wokół było niewiele osób. Na Placu nie ma żadnej tablicy upamiętniają (cej ofiary masakry, która się tam odbyła.

Ciemno robi się już koło 17 tej. Chodzę po mieście. W McDonaldzie pokazuje palcem na rysunek herbaty. Na ścianie napis perfect moment. Może i tak 🙂 Przez przypadek trafiam na jedną ze snack street. Oglądam grillowane larwy, małe koniki morskie, ośmiornice. Z przerażeniem zauważam, że małe skorpiony czekające na swoją kolej na grillu, są nabite żywcem na patyki. Ruszają nóżkami i ogonami. Kupuje pieczone kasztany. Ponoć najlepsze są na Placu Piggale, ale tam sprzedawca nie chciał mi sprzedać jednego na spróbowanie. Tym razem ryzykuje i kupuję całą torebkę. Całkiem dobre. Z okna autobusu widzę spacerującego psa w ubraniu i butach.

Kolejnego dnia spotykam się z koleżanką. Nie udało nam się spotkać w Delhi, bo choroba mnie zmogła. Ona zdążyła się w tym czasie przeprowadzić do Pekinu. Wychodzę z hostelu odpowiednio wcześnie. W ręce kartka z adresem po chińsku. Mimo to ktoś kieruje mnie w zupełnie inna stronę. Błąkam się po różnych ulicach, pytam różnych ludzi. Chiny bez chińskiego łatwe nie są. Na spotkanie docieram spóźniona godzinę, ze łzami w oczach. Siedzimy w fajnym miejscu – Bookworm (mól książkowy), połączeniu księgarni, biblioteki i kawiarni. Potem jadę do Lama Temple a następnie kręcę się po uliczkach z hutongami. To tradycyjne chińskie domy. Parterowe i małe. Nie ma w nich łazienek, więc po drodze mijam wiele publicznych toalet.

Wygląda na to, że pieszy na pasach i na zielonym świetle nie ma jednak pierwszeństwa. Mam wrażenie, że kierowcy widząc przechodzących przez ulice wręcz przyspieszają. Mniejsze ulice przechodzę więc po irlandzku – tam gdzie mi pasuje, jak krowa po polu (uważając oczywiście na samochody). Wielopasmowe, tak jak w Indiach, razem z innymi pieszymi. Samochód może nadjechać z każdej strony, często pod prąd. Staram się jednak nie denerwować w myśl zasady kto jest bez winy…itd. Po kilku latach prowadzenia samochodu w Irlandii wjechałam pod prąd samochodem Taty na wielopasmowe rondo na Bielanach. Na swoją obronę mam to, że byłam pierwsza do skrętu i gdy światło się zmieniło wjechałam na rondo tak jak to robię w Irlandii. Nadjeżdżający z naprzeciwka kierowcy byli chyba w szoku, nikt nie trąbił, zatrzymali się i czekali, aż zawrócę.

Chiny a właściwie Chińska Republika Ludowa to państwo w Azji Wschodniej. Powierzchnia to 9.6 mln km2 – 3 największe państwo na świecie. Populacja pierwsza na świecie – prawie 1.4 miliarda ludzi.

Pekin jest stolica Chin od 850 lat. A cała historia Pekinu to 3000 lat. Populacja to około 20 milionów. Największe miasto w jakim byłam do tej pory. Pekin to najbardziej zanieczyszczone miasto na świecie. Smog oplata go przez większość dni w roku. Wiele osób nosi maski na twarzach. Mieszkańcy ochoczą dołączają się do zanieczyszczenia kopcąc wyjątkowo podle cuchnące papierosy.

 

Auckland

IMG_1664IMG_1659IMG_1628dddIMG_1674dddIMG_1619fffIMG_1622dddIMG_1662IMG_1669dddIMG_1670dddIMG_1666dddIMG_1644dddIMG_1639IMG_1624IMG_1617IMG_1647IMG_1648fffIMG_1629ddIMG_1641

Auckland to największe miasto Nowej Zelandii. Jest położone na północy północnej wyspy między morzem Tasmana a Oceanem Spokojnym. Miasto jest ładne, ale szczególnie po pięknych miejscach jakie oglądałam przez ostatnie dni, raczej nie rzuca na kolana. Spędzam tu tylko jeden dzień. Kręcę się trochę po mieście, większość czasu siedzę w parku Victioria i czytam książkę. Hostel jest centrum. I nawet dają darmowe obiady:)

Pranie i suszenie ubrań kosztuje 10 dolarów, więc stwierdzam, że będę chodzić w brudnych. A przynajmniej do czasu następnego przystanku 🙂

Wieczorem siedzę nad zatoką i patrzę na żaglówki.

 

Queenstown

IMG_1516IMG_1540IMG_1513IMG_1480IMG_1465fffIMG_1523IMG_1527IMG_1498IMG_1509IMG_1567dddIMG_14941IMG_1462dddIMG_1608IMG_1577IMG_1460IMG_1489ddd

Do Queenstown dojeżdżam po południu. Pogoda jest piękna. Robienie zdjęć zostawiam jednak na następny dzień. Jestem strasznie zmęczona. Lokuję się w najtańszym hostelu w mieście. Za to widok z okna jest wart milion dolców. Dziewczyna z recepcji daje mi klucz do dorm, ale nie pasuje on do zamka. Schodzę jeszcze raz do recepcji, dwa piętra w dół i dostaję nowy klucz – ten też nie pasuje. Schodzę jeszcze raz, tym razem wściekła i mówię, że ma mi przynieść dobry klucz na górę. Po chwili ona przychodzi z kluczami, żaden z nich nie pasuje. Pojawia się chłopak, który jest z tego pokoju. Otwiera drzwi i okazuje się że wszystkie łóżka są zajęte. Dzięki temu, za tę samą cenę dostaję łóżko w mniejszym dorm.

Hostel jest ok, czysty, wbrew temu co było w opiniach w necie. Ludzie w hostelu wydają się mili, ale kiedy przysłuchuję się rozmowom to sama nie wiem. Głównym tematem jest seks, i to kto z kim go uprawiał w hostelach a także, kto widział innych uprawiających seks w dorm. Spałam w wielu hostelach, w różnych krajach, na różnych kontynentach i na szczęście jeszcze nigdy nie widziałam ludzi uprawiających tam seks. Jeden chłopak opowiada jak to po pijaku chciał wejść do łóżka dziewczyny która mu się podobała (nie wspominał, czy on się jej też podobał), zapomniał, że tego dnia ona opuściła już hostel i inny chłopak, który spał w tym łóżku nie był zachwycony tymi zalotami. Miła dziewczyna, z którą dzielę dorm opowiada mi, że chwilowo spotyka się z chłopakiem, który z randki w barze wyszedł niby do toalety, a tak naprawdę wrócił do hostelu nie mówiąc jej o tym. Ku mojemu zdziwieniu według niej nie był to powód, żeby z nim zerwać. Zwierza się ponadto że z jednej strony chciałaby mieć chłopaka i normalny związek, ale z drugiej strony nie będzie to proste skoro sypia z kim popadnie. Czuję się, jakbym wylądowała w jakiejś równoległej rzeczywistości.

Pierwszego dnia w Queenstown pada od rana. Chmury przykrywają góry. W zasadzie się cieszę, bo wciąż jestem zmęczona. Poza tym chyba przewiało mi szyję podczas skoku. Śpię do 10. Przez większość dnia czytam książkę. Po południu idę na spacer po mieście. Jest pięknie położone na zboczach gór otaczających jezioro Wakatipu. Kręcę się po mieście, potem idę do ogrodów, położonych nad brzegiem jeziora. Im dalej na południe południowej wyspy tym zimniej. Wiosna nieśmiało się tu zaczyna. Kwitną tulipany, pachną bzy i świeżo skoszona trawa. Obserwuję parę kaczek doglądających swoje dzieci. Przyglądam się różnym ptakom. Widzę jak męska kaczka napastuję żeńską, ale tej się to nie podoba i z głośnym kwakaniem i machając skrzydłami przegania niechcianego zalotnika :)Drzewa mają ten zarezerwowany dla wiosny odcień zieleni.

Nad brzegiem jeziora jest pomnik poświęcony nowozelandzkim żołnierzom, którzy zginęli w czasie pierwszej i drugiej wojny światowej. Prawie każde, miejsce, które odwiedziłam w Australii i Nowej Zelandii, ma taki pomnik. Przez to że formalnie głową obu tych państw jest monarcha brytyjski, muszą one wysyłać swoich żołnierzy, by walczyli w nie swoich wojnach. I gdyby (mam nadzieję, że to się nie zdarzy) Wielka Brytania toczyła nowe wojny, to żołnierze z obu tych krajów zasilą szeregi by walczyć o Koronę. Kiedy rozmawiałam z jednym z Australijczyków, dlaczego nie pozbędą się formalnego zwierzchnictwa Zjednoczonego Królestwa, to powiedział, że dla nich to też jest to jakaś gwarancja bezpieczeństwa. Oba te narody są małe jeśli chodzi o populację, i gdyby jakieś nieszczęście się zdarzyło to liczą na to że Brytyjczycy przemierzą świat by ich bronić.

Następnego dnia są moje urodziny. Ze względu na różnicę czasu (12 godzin z Polską) w tym roku są rozciągnięte na 2 albo i 3 dni 🙂 Już rano czekają na mnie miłe maile od bliskich. Wszechświat robi mi prezent i pogoda jest znacznie lepsza niż poprzedniego dnia. Słońce przebija się przez chmury. Wybieram się na Queenstown Hill – 907 mnpm. Trasa wiedzie przez las, a potem ścieżka wspina się coraz wyżej po otwartym terenie i panorama miasta, jeziora i gór jest jak na dłoni. Gdy jestem na szczycie chmury się rozwiewają. Poza Christchurch Nowa Zelandia uraczyła mnie przepięknymi widokami, i tym razem nie jest inaczej. Robię dużo zdjęć, choć one nie oddają piękna tego miejsca. W drodze powrotnej spotykam Irlandkę z Dublina, więc rozmawiamy co tam słychać na Zielonej Wyspie.

Obserwuję jak z innego wzgórza startują paralotniarze. Piękne 🙂

Dostaję mailem certyfikat ze skoku ze spadochronem. W czasie swobodnego spadania osiągnęliśmy prędkość 200 km na godzinę 🙂

Wieczorem idę na piwo z dwoma fajnymi koleżankami z hostelu i w ten sympatyczny sposób kończę ten miły dzień. Dostaję mnóstwo życzeń od rodziny i znajomych, bardzo to miłe 🙂

W mojej rodzinie 4 listopada to znacząca data, bo tego dnia urodziły się także moja Babcia i Ciocia.

Mailem dostaję certyfikat za skok ze spadochronem i wiadomość, że w ciągu swobodnego spadania mieliśmy prędkość 200 km na godzinę. Nic dziwnego, że mi szyję przewiało 🙂

Wanaka

IMG_1273IMG_1360skydivewanakanz00041dddskydivewanakanz00043dddIMG_1280IMG_1286IMG_1402IMG_1295IMG_1404IMG_1393IMG_1348IMG_1304IMG_1320IMG_1329dddIMG_1385IMG_1333IMG_1247IMG_1355IMG_1293ddd

 

Autobus dojeżdża do wsi Tarras. To tylko kilka budynków. Kierowca autobusu pyta czy ktoś z pasażerów chciałby tu mieszkać:) Kierowca wysadza mnie przy drodze na Wanakę. Stąd muszę złapać stopa, bo cena za bilet autobusowy na dystansie 30 km jest zaporowa. Kierowca autobusu radzi mi wystawić nogę na wabia. Skrzyżowanie jest całkowicie puste. Droga na Wanakę wiedzie przez pola, nie ma tam żadnych budynków. Pierwszy nadjeżdżający kierowca uśmiecha się przez szybę, ale nie zatrzymuje. Drugi zatrzymuje się. Dobra skuteczność, nawet 5 minut nie czekałam (i nie wystawiałam nogi). Miły chłopak z Niemiec podróżujący furgonetką od kilka miesięcy po Nowej Zelandii dowozi mnie do samego miasteczka.

W supermarkecie jest dużo poprzebieranych ludzi i przypominam sobie, że dziś Halloween.

Wieczór spędzam rozmawiając z rodzicami przez Skype’a i staram się nie myśleć o tym co zrobię jutro.

Rano odbiera mnie z hostelu samochód z firmy organizującej skoki ze spadochronem. W hangarze na mini lotnisku najpierw formalności a potem mogę już założyć kombinezon. Nawet się chyba nie denerwuję 🙂 To tak właśnie zamierzam uczcić moje urodziny, które będę za parę dni. Razem ze mną do samolotu wsiadają jeszcze 4 inne osoby, plus instruktorzy i kamerzyści. Samolot rusza, za 15 minut jesteśmy na wysokości 12000 stóp. Ja skaczę pierwsza. Już w samolocie mój partner tandemowy przypina mnie ciasno do siebie. Za chwilę drzwi się otwierają i siedzę na krawędzi. Czy się boję? Nie pamiętam 🙂 Zresztą to już nie czas na strachy. Wypadamy, bo to nie jest skok:) Pęd powietrza zatyka mi noc i nie mogę oddychać. Uczucie, jak kiedy mi się śni że skądś spadam. 45 sekund swobodnego spadania w różnych pozycjach. Po chwili mój partner otwiera spadochron. Zwalniamy i mogę już oddychać. On luzuje trochę linki i jest mi znacznie wygodniej. Widoki niesamowite. Jest piękna pogoda, na niebie ani jednej chmury, widoczność 100%. Oglądam góry i jeziora, maleńką z tej wysokości Wanakę. To takie trochę nierealne, jak oglądanie filmu. Lądujemy miękko na tyłkach.

Potem oglądam jak wyskakują inni. Z ziemi samolot wygląda jak mały punkcik. Na pamiątkę dostaję zdjęcia i film.

Resztę dnia spędzam na wędrowaniu po szlaku wokół jeziora Wanaka, aż do Glendhu Bay (zatoka). Widoki na piękne góry, ośnieżone szczyty, ścieżka wiedzie przez wzgórza, na pastwiskach pasą się owce. Z Glendhu Bay łapię stopa do Wanaki.

 

 

Mount Cook

 IMG_08831IMG_10111IMG_10551IMG_10564IMG_0692sss1IMG_08301IMG_11463IMG_08731IMG_1058sss1IMG_09651IMG_09871IMG_08481IMG_08571IMG_09491IMG_10721IMG_0827ddd1IMG_08151IMG_09271IMG_1142dddIMG_0679ddddIMG_09621IMG_1140sssIMG_1049sssIMG_1121IMG_1132

 Mój autobus do wioski Mount Cook odjeżdża przed południem. W Nowej Zelandii można wykupić bus pass na wybraną liczbę godzin. Każda trasa ma oznaczoną liczbę godzin na przejazd. Kursy są realizowane przez różne firmy przewozowe. Tym razem jest to chyba jakaś zorganizowana wycieczka, bo kierowca mówi jaki lunch będzie czekał na pasażerów w hotelu we wsi (mnie to nie dotyczy :)). Okazuje się że wycieczka zatrzymuje się tam tylko na lunch i jadą dalej. Kiedy deszcz uderza o okna autobusu, myślę jakie szczęście do pogody miałam poprzedniego dnia. Kiedy dojeżdżam do wioski Mount Cook szczyty gór toną w ciężkich chmurach. Zostawiam plecaki w hostelu i idę połazić po wiosce. Tutejsza populacja (zimą) wynosi tylko 150 osób, latem wzrasta do około 300 osób. W hotelu jest mały sklepik z jedzeniem, ale ceny są z kosmosu. Idę do Kea Point. Pogoda jest irlandzka. Zakładam rękawiczki i czapkę, jest zimno i wieje, a potem zaczyna kropić. Z Kea Point widać umierający lodowiec i błękitne jezioro z niego powstałe. Nie spotykam nikogo po drodze. Wracam do hostelu i gotuję coś na obiad. W hostelu jest darmowa sauna. Nie dla mnie to jednak, bo po jednej sesji przez wiele godzin miałabym czerwoną twarz jak Św Mikołaj w okresie świąt.

Wieczór spędzam przed kominkiem, okryta kocem, z laptopem na kolanach i piszę bloga. Ciepło myślę o tych co zawsze muszą spać w hotelach 🙂

Następnego dnia bo boskim śniadaniu wychodzę przed hostel i jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało staję jak wryta. Bo oto góry odsłoniły przede mną to co wczoraj kryły w chmurach. Piękne do bólu, majestatyczne, potężne, ośnieżone szczyty gór Sefton i Cook. Idę szlakiem do Hooker Valley (dolina). Po drodze oglądam zachwycające widoki. Większość czasu idę sama. Oprócz odgłosu moich butów na skałach i żwirze i mojego oddechu słyszę dookoła tylko odgłosy natury. Huk wodospadu, szum strumieni, głuche pomruki przesuwających się mas śniegu, śpiew ptaków. Nad jeziorem Hooker siedzę przez długi czas, nie mogę się napatrzeć na otaczające mnie piękno. W drodze powrotnej skręcam znów na Kea Point. Zupełnie inny widok, bez chmur zakrywających zbocza do połowy. W oddali widać górę Cook. Wieczór znów przed kominkiem.

Następnego dnia mój autobus do Wanaki odjeżdża wczesnym popołudniem. Znów więc idę do Kea Point. Kolejny piękny dzień. Ośnieżony szczyty błyszczą w słońcu. Po drodze mijam wielu Azjatów i wszyscy wyglądają jak reklamy sklepów sportowych.

 

Lake Tekapo

 

IMG_0575dddIMG_0381IMG_0508IMG_0371IMG_0491IMG_0551IMG_05641IMG_0445IMG_0561IMG_04821IMG_0613IMG_0505IMG_0507IMG_0485sssIMG_0410IMG_0540sssIMG_0436dddIMG_0500

W południe dojeżdżam do jeziora Tekapo. Jest przecudne. Zostawiam plecaki w hostelu i idę na górę John. Na jej szczycie jest obserwatorium astronomiczne. Szlak wiedzie przez las. Jest cicho. Po drodze spotykam tylko kilka osób. W obserwatorium można wykupić wieczorną wycieczkę połączoną z obserwacją gwiazd. Ale to będzie musiało poczekać na następny raz. W drodze powrotnej wybieram dużo dłuższą drogę. Idę przez pastwiska z owcami. One uciekają na mój widok. Może myślą, że chcę je zjeść, albo choć obciąć im futro. Napawam się widokiem gór i jeziora. Jest piękna pogoda. Gdy siedzę na ławce zatopiona w myślach słyszę jakieś tupanie. Odwracam się i widzę zająca. To tupanie musi coś oznaczać, bo zwykle kicają bezszelestnie. Potem widzę jeszcze kilkadziesiąt zajęcy. Tylko białe ogonki śmigają 🙂

Late Tekapo to jedno z najlepszych miejsc na świecie do oglądania gwiazd. Jak jest już całkiem ciemno to wychodzę z hostelu. Mijam mini miasteczko i idę w kierunku kościoła. Nie byłam tu w ciągu dnia więc trochę błądzę w ciemnościach. W końcu podążam za światłem czyjejś latarki. Koło kościoła jest kilka osób. Dziś jest pełnia. Z jednej strony super, bo obserwuję jak księżyc wyłania się zza góry i odbija w jeziorze. Z drugiej nie najlepiej. W jego świetle wiele gwiazd jest niewidocznych. Siedzę przez dłuższą chwilę. Przypomina mi się noc sprzed ponad roku, kiedy to z dwojgiem przyjaciół byliśmy zmuszeni nocować w paprociach na zboczu góry. Wybraliśmy się na zdobycie najwyższej góry Irlandii – Carrantouhill. Dzień był piękny, słońce, ciepło. Weszliśmy na Carrantouhill, potem na Benkeeragh. Trochę się chyba przeliczyliśmy z czasem, a poza tym jakoś wolno nam się szło w dół. Zaczęło się ściemniać, wciąż ścieżka na parking widoczna była w dole, ale my mieliśmy nadal kawał drogi. Gdy całkiem się ściemniło, a my zaczęliśmy się potykać o krzaki postanowiliśmy zostać tam na noc. Była to dobra decyzja, szczególnie że na naszej trasie była skała z wielometrowym spadkiem, a bez latarki moglibyśmy tego nie zauważyć. Noc była piękna. Jako że było strasznie zimno, prawie nie spałam. Obserwowałam księżyc i gwiazdy. Kolega chrapał w najlepsze, a ja z koleżanką starałyśmy się nie zamarznąć 🙂 Tę noc okupiłam potężnym wielotygodniowym kaszlem.

No więc obserwuję przez jakiś czas gwiazdy nad jeziorem Tekapo. Robię kilka niezbyt udanych zdjęć i wracam do hostelu, gdzie już ogień pali się w kominku 🙂

Rano jeszcze raz idę w stronę kościoła. Jest mały i pięknie położony nad brzegiem jeziora, na tle gór. Niebo jest zachmurzone. Nie ma śladu po wczorajszym słońcu, ciężkie chmury przykrywają niebo.

 

Christchurch

IMG_0336fffIMG_03501IMG_0349fffIMG_0364dddIMG_0311dddIMG_0330fffIMG_0355fffIMG_0356fffIMG_0333IMG_0306IMG_0361IMG_0303IMG_0358

Rano opuszczam hostel w Wellington i idę na przystań promową. Rejs promem zajmuje 3.5 godziny. Piękne widoki. Mijamy zielone, górzyste, niezamieszkałe wyspy wystające z oceanu.

Prom dopływa do miejscowości Picton. Wygląda ładnie z daleka, ale nie mam czasu jej obejrzeć, bo muszę złapać autobus do Christchurch. Po drodze oglądam zielone, aksamitne wzgórza, lasy, winnice, pola z owcami, krowami, końmi i sarnami. Niektóre wzgórza porośnięte są kwitnącymi na żółto krzakami, zupełnie jak w Irlandii. Przez długi czas autobus jedzie wzdłuż wybrzeża, podziwiam czarne plaże przez okno. Zatrzymujemy się na krótki postój w Kaikoura. W sklepach które mijam już Święta. Idę na kamienistą plażę. Szare kamienie w połączeniu z szarym niebem.

Do Christchurch docieram późnym popołudniem. Miasto zostało bardzo zniszczone w czasie trzęsień ziemi, które nawiedziły te okolice w latach 2010 – 2011. Na ulicach prawie nie ma ludzi. Jest dużo pustych placów, gdzie kiedyś stały budynki. Bardzo dużo budynków zostało już odbudowanych, mimo to wciąż to jest plac budowy. Robi wrażenie chaotycznego i niedokończonego. Dworzec autobusowy zieje pustką.

Nie mam gdzie zostawić plecaka, więc postanawiam zrobić kilka zdjęć rano. Autobus do hostelu wlecze się przez przedmieścia około 40 min. Jestem zła, że dobrze nie popatrzyłam, gdzie ten hostel jest, zwłaszcza, że rano muszę złapać z centrum następny autobus.

Kierowca jak się później dopatruję przegapił miejsce gdzie powinnam wysiąść. Pytam jakiejś kobiety pracującej w ogródku jak dość do hostelu, a one proponuje że mnie podwiezie 🙂 Hostel jest położony kilka minut na piechotę od plaży. Zostawiam plecaki i idę na spacer. Niebo jest zachmurzone i zaraz zacznie się ściemniać. Idę przez wydmy i napawam się pięknym widokiem. Wieje zimny wiatr, ale dobrze się przewietrzyć po paru godzinach w autobusie. Zapada zmrok, jest pusto, w oddali podświetla się molo. Jest cudnie. Wyobrażam sobie jak pięknie tu jest w ciągu dnia. Idę przez puste molo, wiatr wieje jak w Irlandii 🙂

Następnego dnia rano jadę do centrum. W drodze na przystanek autobusowy przechodzę przez uroczą rzeczkę, a potem na 5 minut wchodzę do ogrodu botanicznego.

 

Wellington, New Zeland

 IMG_0156IMG_0235IMG_0161IMG_02491IMG_0144gggIMG_02471IMG_0269IMG_0142gggIMG_0159gggIMG_0204IMG_0180IMG_0243

Nowa Zelandia położona jest na południowy wschód od Australii, na Oceanie Spokojnym. Składa się z 2 głównych wysp: północnej i południowej, a także szeregu mniejszych wysp.

Jej powierzchnia to 268 tyś km2 (trochę mniejsza niż Polska). Populacja to tylko 4,6 miliona mieszkańców. Głową państwa jest królowa Elżbieta II reprezentowana przez gubernatora generalnego. Stolicą Nowej Zelandii jest Wellington.

Wellington położone jest na południu północnej wyspy.

W Wellington ląduję o 6 rano. Nocny lot i zmiana czasu powodują, że w ogóle nie śpię tej nocy. Poprzedniej też krótko, więc czuję się jakby mnie ktoś walcem przejechał. Na lotnisku każą pokazywać przywiezione żarcie i grożą karami. Wyciągam więc wszystko i na wszelki wypadek pokazuje także moje buty treakingowe – zadziwiająco czyste tym razem. Dojeżdżam do miasta autobusem. Bankomat na lotnisku, ani te w mieście nie chcą mi wypłacić pieniędzy. Niezbyt fajna sytuacja. Dzwonię do mojego irlandzkiego banku i na szczęście to chodzi o zadziwiająco niski limit jaki bank ustalił na wypłaty z bankomatów w Nowej Zelandii. Idę jeszcze raz, wybieram odpowiednią kwotę i tym razem mam kasę w ręku. Uff.

Niewyspana snuję się po mieści. Jest ładne, położone nad zatoką. Otoczone wzgórzami. Pogoda rano jest piękna, po południu nadciągają chmury i zaczyna wiać. Idę na długi spacer wybrzeżem, a potem do ogrodu botanicznego.

Następnego dnia nadrabiam zaległości w spaniu i potem zupełnie nie w moim stylu spędzam 2 godziny rezerwując autobusy, noclegi i lot a także coś ekstra z okazji moich nadchodzących urodzin. Na całą Nową Zelandię mam tylko 2 tygodnie. Niewiele, bo jest tu wiele pięknych miejsc. Ale obawiam się że mój budżet i tak został już potężnie nadwyrężony. Resztę dnia spędzam na łażeniu po mieście i okolicznych wzgórzach.