Warszawa, Warszawa

FNcn7d72HNtMUvon8X

k0iprAW3P8ptMgIuUX

eZL7vOzfFxNGwJzV8X

sLx4W0ouBJEIPo2DJX

kf0WTziSTokdd7QNvX

jKrn4wbKjF0QD62iiX

GivoZWEqazDM5Et2bX

rYBlduzNWgk5bhmjsX

vT2LiE7gSl36yvjiKX

a1ZcGVHqmX3pTD6v8X

YoNuJvmjbgsAf3bHkX

PmLNjUbnU0aqNOwipX

1a2NcCmSdZO3FCeLlX

EObGyP40H5HJI66x4X

T3zmvIRDrHgX7zinTX

QubjUSi1C2dbUwBiHX

bFEuGyzrfc7A8DbffX
DbozMhejbXoF7B6l7X
zIlXFRpPrtNLI8VOFX

tl7nUnsuaHusZQMW3X

zWLfBcCssd63DqxpbX

6tf4tknWVUp17b56zX

PGhSZibnPwBEXepjdX

LuTwbIEIYuVXRshbaX

1xX6PGrWqn7dSbbhpX

XsJS226uF39JekHXcX

 da4KO94OMtXvDzLLxX

8Qxww6pWoc016qlXZX

 UTPCuPBJQAVK4WONXX

W32ncTV5p3qmPaXYrX

0TBhojZUCbJh5dvQmX

D20PO56vbdmH9kN8xX

ssuthhtkbTh5ZxOxxX 

EtxWcPS5omXEn0XARX

cSKNj5P4ZZdJcaqPnX

UqgbW2u6haaEdRMGxX

0zFvqsoYJtp33KbkqX

q5kNuvUKQNOQ5BvhhX

b968qazWAqnUx1IlMX

bYzyFRRou1baAgYZEX

fbQLgcckAM7mhFnGGX

1nWwlIF4YBJtcjqbDX

IS3GH21fpuLpbx80UX

VXAiBfGIAd6MgSIMVX

qs21hWPLmXrgHXo91X

PudC9adomsHAd8crbX

BJvrXnjzQbc22WVhRX

mKJvcoeEE2ZaKi9lfX

0qPUsccABfuo7RaxuX

W rocznicę wybuchu powstania Warszawskiego jadę do centrum. Chcę poczuć tę atmosferę i zobaczyć jak ruch uliczny się zatrzymuje w godzinę W. Dojeżdżam do Rotundy. Tu ruch uliczny i tak zostaje wcześniej zatrzymany przez policję. Na skrzyżowaniu zbiera się dużo ludzi Pierwszy raz mam okazję w tym uczestniczyć. Przejmująca atmosfera.

Faszyści, którzy rozpoczynają swój marsz drą się jak kibole. Skandują, że na drzewach zamiast liści będę wisieć komuniści oraz sierpem i młotem czerwoną hołotę. Zastanawiam się o jakich to komunistach jest mowa. Ustrój się zmienił 27 lat temu. Siłą rzeczy wielu polityków i urzędników to ludzie urodzeni i zaczynający swoje kariery zawodowe za czasów PRL. Czy to oni są tymi komunistami? Bo ze statutów chyba żadnej z partii w parlamencie nie wynika by była komunistyczna. Już raczej faszystowska (konserwatyzm w sprawach społecznych i socjalistyczne rozdawnictwo).

Jadę z Mamą w rowerowej Masie Powstańczej. Mimo padającego na początku deszczu przejeżdżamy tego dnia ponad 50 km.

Oglądam (choć może to za dużo powiedziane) paradę z okazji święta Wojska Polskiego. Jest dużo ludzi więc niezbyt wiele widzę. Podziwiam przeloty helikopterów i samolotów. Z przejeżdżającego sprzętu widzę głównie lufy czołgów.

Odwiedzam rodzinne cmentarze, uzupełniam drzewo genealogiczne mojej rodziny. Zaglądam na ruiny żydowskiego cmentarza w mojej okolicy. Smutny widok, pozostało tylko kilka poprzewracanych macew.

Odwiedzam z Mamą Planetarium w Centrum Kopernika oraz Muzeum Żydów Polskich.

Jeżdżę po okolicy na rowerze i zachwyca mnie piękno natury. Układam puzzle, które czekały na to kilka lat. Masowo obieram jabłka na przetwory.

Jeżdżę też trochę rowerem po centrum. Warszawa jest piękna, pełna historycznych, ciekawych miejsc.

Porządkuję szafy po raz nie wiadomo który. Zaczyna się od tego, że nie jestem pewna czy chcę zatrzymać jedną tunikę. A potem w przypływie szczerości z samą sobą kilka toreb zapełnia się ubraniami, których już nie będę nosić. To samo z książkami, choć to jest zawsze dla mnie trudne. W ogóle pozbywanie się rzeczy (tak by trafiły do kogoś komu się jeszcze przydadzą) zajmuje dużo czasu.

Lanckorona

XeVtzxCItGnM27vJTX

GXw9Oo7F9WEn9TB2kX

0jGqQfpfUMHGhHDRaX

aARhb3V2zPeKOgxtlX

xRpp4un6xgww9MvbSX

O9j8OMAbx02VuEkjeX

DkFZ4MJo1KAe0Xw90X

6qu1xxts0yN6QsIuWX

WsGQRug9TEtwBjt4BX

89fXmc60h1aq890XZX

WwnA5z8gp8mMEo9aFX

tKmtqNgWldPapChGuX

RJjhpw0XMwSL43ga4X

SEgBPbhbtJvP6F9x9X

XUkHzbAcMRJizFLBaX

FIgl0Q5lcqAu00gRCX

OCwmGm4cB0PH6WGR4X

ya4HWHpKiU5NbfSn2X

sIrv9IC9gLosHoXeoX

nj01YtAD3UcpsNkvPX

MxotUPhgq2yOwz1bAX

H6pV3lVPabMdqgrvtX

ey2BzglRg6aT54WvnX

zipsxyXPzfFup9WKXX

JRz7DTlbi4QT9wWMRX

adg3gbQeXxgw4AwI7X

tkoJm2fm6wV5p8wMbX

FoqWgvzteLioMno9pX

E0TNnbaufah2jZFkoX

fg2QplJqWPrQta1hdX

W5bZhpXkATqS4RjOhX

tDidNaP2OM7dnaUlWX

WXRyWbJFIHdl7dF7yX

p11o4B0ArpKDib3HuX

Lanckorona jest urokliwą, magiczną wsią w województwie małopolskim. W latach 1366 – 1934 posiadała prawa miejskie. Znajdują się tu ruiny zamku zbudowanego przez Kazimierza Wielkiego w połowie XIV wieku. Zamek był świadkiem wielu historycznych wydarzeń. Został wysadzony w powietrze w XIX wieku. Do dziś zachowały się fundamenty wież i pozostałości muru obronnego.

W Lanckoronie po raz pierwszy byłam kilka lat temu. Przeczytałam artykuł, w którym kilkoro celebrytów opisywało gdzie by chcieli mieszkać. Wszyscy wskazywali ciepłe europejskie miejsca, a jedna pani wskazała Lanckoronę. Zakochałam się w tym miejscu. To co mi się tu najbardziej podoba to piękna drewniana architektura. Budynki w rynku powstały w latach 1868 – 1872. Poprzednia zabudowa spłonęła w wielkim pożarze. Ocalał tylko jeden narożny budynek, pełniący dziś rolę Izby Regionalnej. Piękną drewnianą zabudowę można znaleźć nie tylko w rynku. Spacer bocznymi uliczkami dostarcza mnóstwo estetycznych wrażeń. Na wzgórzu zamkowym jest wiele urokliwych szlaków spacerowych. Północna część Góry Lanckorońskiej wraz z ruinami zamku wchodzi w skład kompleksu kalwaryjskiego wpisanego na listę UNESCO.

Zatrzymujemy się w tym samym pensjonacie – Willi Zamek, gdzie mieszkałam poprzednio. Cudny stuletni, drewniany budynek. Drewniane skrzypiące okna i widok z balkonu wart milion dolców.

Historia lanckorońskiego letniska zaczyna się w 1924 roku, gdy Pensjonat Tadeusz zaczął przyjmować gości. Jest to jeden z najstarszych prywatnych polskich pensjonatów. Założył go legionista Tadeusz Lorenc Senior. Drewniany dom w stylu zakopiańskim, z basenem w ogrodzie. Pensjonat jest pełny pamiątek po Józefie Piłsudskim. Na przełomie lat 40 tych i 50 tych syn założyciela – Tadeusz Lorenc skonstruował drewniany samochód, który można podziwiać na posesji. Samochód jest jedną w wielu jego ciekawych konstrukcji.

W Lanckoronie działa prawie stuletnia piekarnia, która zapachem kusi, by wieczorem nabyć jeszcze gorące wypieki.

To czas tuż przed rozpoczęciem Światowych Dni Młodzieży. Co jakiś czas spotykamy grupę pielgrzymów z różnych stron świata, lub z oddali słyszymy ich śpiewy.

Spacerem wybieram się z Mamą do Kalwarii Zebrzydowskiej. Jest popołudnie i na szczęście kościół jest prawie pusty.

W drodze powrotnej przejeżdżamy przez Kraków. Jest to dzień gdy Papież przyjeżdża do Polski. Nigdy w życiu tyle Policji nie widziałam. Potem zaczyna lać jak z cebra, ale wielu kierowców i tak nie skłania to by zwolnić.

Bieszczady po raz drugi

yaGpxPMZBO77fjqxOX

7yGx5HKaRui5sqTZaX

hPRr7HlFD1fdQM4SQX

n130AdbbHYgqGtvMKX

wEbiCdndM2g2dBCjqX

47vJk7MWCgzlylpsVX

 

nvwOSeTK493KTgrBFX

hJEhNYxOe6fCOi3L9X

CxeTwgwYF6giJBBEKX

tbn3NEbKVaXiaQLhOX

VbcMJXvUNX7RfD3TZX

k67qnVQBeeWcC7tkoX

fmxoLoPNnoIgSgrvHX

MgJwPOPPYjh4VSeLRX

3YGC5pVJujiERBbwtX

C00Rj0AgZWIbwYaMUX

mT5R4EpSOD6qklFkTX

ZxEEbHT7PcwONkf16X

XHFDwpxjYfDuQWylJX

ruu5qbsM27LnhmTumX

X12E3qoIU48bbUUuzX

VPaOQcxJ6QN50ri8rX

6DROD0IbHprzbCirXX

BBCYpYibuZVyeiO8DX

gjNswwMbMYUXakPDMX

m2hYHda1QFI4nqa6jX

9rHZYOYuDo7ulJohAX

SdtS364OT8Iva2bVjX

LjbeHSY86SJqSabiQX

RW7t13EAkJvcXy6wMX

SPxjpeGY3utfZWEq3X

vqy4xNWmy3IPTwaafX

5lvo3Nasrm32DaqBDX

aFZivodDCbdv7C32uX

2EZWDuyzddPyCavaMX

Dojazd do Ustrzyk Górnych zajmuje mi ponad dwie godziny. I tak mam szczęście, bo w czasie wakacji to jedyny ranny autobus jadący w tamtą stronę. Wędruję przez Połoninę Caryńską. Pogoda jest świetna, a widoki cudne. Mało ludzi na szlaku, głównie mijam ich w punktach widokowych. Nie mogę się napatrzeć na otaczający mnie krajobraz. Połoniną Wetlińską docieram do Chatki Puchatka. Urokliwe schronisko bez prądu i wody. A nocą pewnie doskonałe miejsce do patrzenia w gwiazdy.

Pływamy łódką po zalewie Solińskim. Niedaleko obok przepływa rower wodny. Pan w średnim wieku zwraca się do siedzącej obok pani – „kurwa, zamkniesz tego ryja?! Nie dość, że kieruję, to Ty ciągle gadasz!”. Śmiejemy się, ale to nie jest śmieszne. To nie pierwszy raz widzę w jakiej atmosferze niektórzy spędzają wakacje.

Spacerujemy po zaporach na Solinie i w Myczkowcach. Wchodzimy na szczyt starego kamieniołomu skąd jest wspaniały widok na zalew. Potem leśnymi ścieżkami i przez pola wracamy do gospodarstwa.

To w tej okolicy mieszkał Jędrek Połonina (Andrzej Wasilewski) rzeźbiarz, malarz, poeta, pieśniarz bieszczadzki, a przede wszystkim bardzo ciekawa osobowość. Był uważany za króla cyganerii bieszczadzkiej, najwybitniejszą osobistość środowiska tzw. zakapiorów.

Słucham opowieści jak niektórzy rolnicy gospodarują i przechodzą mnie ciarki. Pozostaje jedynie wierzyć, że jedzenie jest poddawane kontrolom nim trafi na rynek.

W drodze do Lanckorony zatrzymujemy się w skansenie Miasteczko Galicyjskie.

 

Bieszczady

kfBkYZblr1j5SAGPAX

sYecmwCziB55Y73cvX

xCgwlpPGINHJ4RX4jX

0kPxL0GYIETmLmm8hX

0mnjhjGUnoLpBlwytX

HFrKQ61H8OAT5ururX

HenuucUJo6Q6Y3YEqX

MLxNKNN1i2SBb7bk6X

dDb1H7TlIsPbTeh0UX

786oVKnlYnKhztJCxX

JNf7cFRTafz6Ms0TwX

HtbpVIiK5NqZG0v8FX

VqDEYVBq2eTjviDHgX

TA3GxoYcEsBXvYbx4X

xqzCePnmEOWjwrdGRX

wvQssU2PZktUTzgXbX

PWZc9Kox2fXiRorNUX

Aud9L75PJhwhtm2hHX

2a3yuNpZQ5n4uU4wSX

aypC6XOaYVjtbvlG0X

 ai4yEUBBDXCNUCSrxX

 r1tJjm4uRKEWnasaYX

62U6qtiwfFEnkkX8iX

vNWAG7Vg4flZDcAaZX

0gSf12z7PRNlAV6MgX

haBKlvOazjWEEWNaAX

w5kJhhTfQMp7V466aX

Xuxia0EDgnxZTWvGLX 

Oddaję mój aparat do serwisu i okazuje się, że poszło to co podejrzewałam – migawka. Za przyzwoite pieniądze reanimują go. Jest tak czysty, jak nie był od nowości i po raz pierwszy od kilku lat wszystko w nim działa:)

Bieszczady. Jedziemy (z Rodzicielami i Siostrą) samochodem zapakowanym niemal po dach. Dziś nie dziwię się czemu na obozy w liceum pakowałam się w wielki plecak i wielką torbę i pod tym ciężarem ledwo mogłam iść.

W Bieszczadach nigdy wcześniej nie byłam. Jest przepięknie. Zatrzymujemy się w ekologicznym gospodarstwie rolnym. Mam właściwie zerowe doświadczenie ze wsią i jestem zachwycona. Tym, że krowy są takie mądre, że same z pastwiska wracają na dojenie. Tym, że kaczki uciekają na staw kiedy pojawia się lis. Tym, że adoptowany przez gospodarzy piesek (prawdopodobnie przez kogoś wyrzucony) sam z siebie wie, jak pomagać zaganiać krowy gdy się nie spieszą by wracać na noc do obory.

Pierwszego dnia jedziemy wąskotorową kolejką bieszczadzką. Piękne widoki. Kolejka działa od 1898 roku. Jest ostatnią z kilku działających dawniej w Karpatach Wschodnich kolejek do przewożenia drewna. Na koniec dnia zatrzymujemy się by coś zjeść. Rodzice nie mogą naleźć aparatu fotograficznego (kupionego raptem dwa dni wcześniej). Zatrzymuje się jakiś samochód i ludzie pytają czy czegoś nie zgubiliśmy. Znaleźli aparat na parkingu, zapamiętali nasz samochód (obok którego parkowali), a potem cudem spotkali nas na drodze (my wcześniej pojechaliśmy do innej knajpki, ale nam się tam nie spodobało). Wszechświat czuwa:)

Zdobywamy Tarnicę we mgle, czy chmurze i siąpiącym deszczu, więc widoki prawie żadne. Jako plus mało ludzi na szlaku 🙂

Drezyny bieszczadzkie to też ciekawa forma podziwiania okolicy. Nam trafia się chyba trochę zepsuta, bo ciężko nam się pedałuje 🙂

Moja Siostra wraca wcześniej do domu, z Sanoka. Na dworcu autobusowym nie możemy odnaleźć, z którego stanowiska odjeżdża autobus, na który kupiła bilet online. Pani w informacji tłumaczy – „jego nie ma, ale on jest”. Ma rację, bo autobus, którego nie ma na rozkładzie przyjeżdża.

Idziemy do skansenu w Sanoku. Cudo. W skansenie jest ponad sto obiektów, które odtwarzają tradycyjne drewniane zabudowania wsi z okresu od XVII do XIX wieku. Poszczególne grupy etnograficzne (Łemkowie, Bojkowie, Pogórzanie i Dolinianie) mają swoje sektory ekspozycyjne w skansenie. Jeden z domków wygląda zupełnie jak ten z moich marzeń.

Łażę po polach, wieczorem patrzę w gwiazdy, jest bosko.